Od samego początku istniała dla niego tylko jedna miłość – Rosja. Tak jak niemożliwe jest zrozumienie XIX-wiecznej Rosji bez Dostojewskiego i Tołstoja, tak nie zrozumiemy Rosji sowieckiej bez Sołżenicyna.

Sto lat temu urodził się w Kisłowodzku Aleksander Sołżenicyn. Zmarł dziewięćdziesiąt lat później w Moskwie. Podwójna rocznica urodzin i śmierci rosyjskiego noblisty przeszła w Polsce prawie bez echa. Piotr Głuszkowski pisał po śmierci pisarza, że zapomnieliśmy o Sołżenicynie do tego stopnia, że jego śmierć spotkała się w Polsce z dużym zaskoczeniem. „Brak informacji sprawił, iż nawet dobrze wykształceni i oczytani Polacy byli przekonani, że autor «Oddziału chorych na raka» już od dawna nie żyje!”. Dzisiaj to doświadczenie wydaje się jeszcze bardziej dojmujące.

Jego dorobek zawiera przede wszystkim dwa gatunki literackie. Pierwszy z nich to powieść, drugi – publicystyka. Jeśli jednak spojrzymy na przedmiot zainteresowania pisarza, a nie na formę literacką, to okaże się, że od samego początku istniała dla niego tylko jedna miłość – Rosja. Wszystko, co pisał, było poświęcone jej odnowie. Być może jeszcze zbyt mało czasu upłynęło od jego śmierci, by nowe pokolenie zmierzyło się gigantyczną spuścizną tego myśliciela. Jednak jest pewne, że Sołżenicyna powinien czytać każdy, kto chce zrozumieć Rosję. Tak jak niemożliwe jest zrozumienie XIX-wiecznej Rosji Dostojewskiego i Tołstoja, tak nie zrozumiemy Rosji sowieckiej bez Sołżenicyna. Być może był on ostatnim z wielkich rosyjskich pisarzy-proroków.

O nową Rosję Sołżenicyn walczył ze wszystkimi. Pierwszy i być może najważniejszy wektor jego zmagań, to sprzeciw wobec radzieckiej władzy. Związek Radziecki to nie Rosja, tak brzmiała główna teza linii oskarżenia. Szczególnie jego twórczość obozowa jest przykładem odsłaniania kłamstwa tego systemu. Drugi wektor zmagań związany był z wizją nowej Rosji. Co w miejsce Związku Radzieckiego? W tej kwestii Sołżenicyn cały czas prowadził spory z innymi dysydentami i obrońcami praw człowieka (m.in. z Andriejem Sacharowem i pokoleniem trzeciej emigracji). Istniał jednak jeszcze trzeci wymiar jego zmagań – stosunek do prawosławia. Już w 1974 roku Olivier Clément napisał książkę „Duch Sołżenicyna, w której ukazuje go jako pisarza na wskroś chrześcijańskiego. Sam pisarz wielokrotnie wypowiadał się na tematy prawosławia. Napisał list otwarty nie tylko do przywódców Związku Sowieckiego, ale i do patriarchy Pimena. Jaki był stosunek noblisty do chrześcijaństwa możemy przekonać się, śledząc historię jego przyjaźni z prawosławnym teologiem Aleksandrem Schmemannem.

Schmemann był nie tylko teologiem i dziekanem Seminarium św. Włodzimierza w Nowym Jorku, ale również wybitnym znawcą kultury rosyjskiej. Zanim spotkał się osobiście z Sołżenicynem, przeczytał i komentował jego książki. Od samego początku jego reakcją był zachwyt nad talentem rosyjskiego pisarza. W 1970 roku, na cztery lata przez przyznaniem nagrody Nobla Sołżenicyna i wygnaniem go ze Związku Radzieckiego, teolog pisał, że nowość zjawiska tego pisarza polega na tym, że był on „produktem” sowieckiej Rosji, a zarazem zachowywał całkowitą wolność od tego systemu: pozostawał wolny „nie od sowieckiej rzeczywistości, ale w samej sowieckiej rzeczywistości”. Z drugiej strony od samego początku uważał Sołżenicyna za twórcę chrześcijańskiego. „Dla mnie w «cudzie» Sołżenicyna najważniejsze i najbardziej radosne jest to, że pierwszy narodowy pisarz sowieckiego okresu rosyjskiej literatury jest jednocześnie pisarzem chrześcijańskim”.

Związek Radziecki to nie Rosja, tak brzmiała główna teza linii oskarżenia

Ta pozytywna ocena pisarze pojawia się także w kolejnych publikacjach Schmemanna. W recenzji powieści „Sierpień czternastego” pisze, że „u Sołżenicyna ponad wszystkim i ponad wszystkimi jest Bóg. (…) Bóg Sołżenicyna to Bóg żywy i prawdziwy, którego nie można wypowiedzieć słowami, ujrzeć wzrokiem, i posiąść. Bóg bezbrzeżnie daleki, Wszechmocny – ale i żywy, nieskończenie bliski unikalnej i bezcennej duszy człowieka. (…) I dlatego, że Bóg jest, człowiek, który przed nim stoi, nie jest pionkiem w grze, nie jest niewolnikiem, ale „tym, który odpowiada Bogu na dar otrzymanego życia (…) kimś wolnym i żyjący zgodnie z sumieniem”.

Sołżenicyn równie wysoko cenił działalność prawosławnego teologa. Znał go przede wszystkim z audycji w Radio Swoboda, które prowadził od 1953 do 1983 roku. Kiedy w 1974 roku pisarz znalazł się na emigracji w Europie Zachodniej, miał trudności w zorientowaniu się w sytuacji Cerkwii. Od razu zgłosili się do niego przedstawiciele różnych denominacji. Każdy chciał mieć proroka po swojej stronie. Napisał wtedy do Schmemanna list z prośba o spotkanie. W liście zaprasza go do Zurichu, żeby porozmawiać o problemie wielości prawosławnych cerkwi za granicami Rosji, a także prosi o udzielenie mu sakramentu spowiedzi i komunii. Będzie to ich pierwsze spotkanie.

W „Dzienniku” Schmemanna nikt inny, oczywiście poza rodziną, nie zajmuje tyle miejsca. O nikim innym nie wypowiada się w tak ciepły sposób. Nad biurkiem w jego letnim domu wisiały zdjęcia jego mistrzów: między innymi wspólne zdjęcie z Sołżenicynem. Dni spędzone razem z pisarzem w Zurichu były „najcudowniejszymi dniami” jego życia. Wszystko w postawie Sołżenicyna wywierało na nim ogromne wrażenie. Żyjąc przez kilka dni w górskiej chacie obok człowieka, który przyjął na siebie jarzmo służby, który całkowicie poświęcił się temu zadaniu, czuł się małym i ograniczonym przez przywiązanie do wielu drobnych sprawy życia codziennego. „Dla niego spacer nie jest odpoczynkiem ani zabawą, ale świętym aktem”.

Sołżenicyn o Rosji mówił „tutaj”. Zachód dla niego nie istniał. „Tam, gdzie on – tam jest Rosja”. Schmemann już wtedy zauważał, że nie rozumie on demokracji, mało tego – kontestuje ją i odrzuca w całości. Pomimo tego, wrażenie jakie wywierał sam pisarz, było niezmiennie pozytywne. Był on dla niego nie tyle nosicielem kultury, co nosicielem samej Rosji. Była to oczywiście Rosja Puszkina, Dostojewskiego, Czechowa. I po raz kolejny, podobnie jak u Oliviera Clémenta, pojawia się porównanie z prorokami: „Jego wiara porusza góry!”. Spotkanie zostało zakończone spowiedzią pisarza i przystąpieniem do sakramentu Eucharystii. Niesamowite jasne i radosne spotkanie dwóch niezwykle bogatych osobowości.

Do kolejnego dłuższego spotkania doszło rok później już za oceanem, gdy Schmemann towarzyszył pisarzowi w poszukiwaniach nowego domu. Od razu daje się zauważyć w dziennikach nowy ton. Już po przeczytaniu fragmentów nowych książek teolog notuje, że daje się w tej książce odczuć duch „wojny totalnej”, „kto nie jest ze mną, ten jest przeciw mnie”. Nie jest to jego zdaniem jeszcze pycha, ale jakieś upojenie „walką”. „I co więcej – brakuje w nich tej tonalności, która potrzebna jest dla chrześcijaństwa, centralnej i podstawowej, bez której walka ze Złem stopniowo wchłania w siebie samo zło (z małej litery) i gniew, tak zgubne dla duszy”. Jakaś część duszy mówiła tak, gdy tymczasem druga sprzeciwia się takiemu ujęciu sprawy.

Spędzili kilka dni, jeżdżąc po Stanach i Kanadzie w poszukiwaniu nowego domu dla pisarza, któremu z jednej strony chciałby się już osiedlić, z drugiej był ciągle niezadowolony, bo wszystko, na co patrzył, nie było Rosją. Podczas tych wspólnie spędzonych dni Schmemann poczynił kilka ważnych obserwacji odnoszących się nie tyle do twórczości, co do osoby samego Sołżenicyna. Początkowy zachwyt ustępował umiarkowanej krytyce.

Niewątpliwie uważa go za wielkiego człowieka w jego proroczej samoświadomości i oddaniu misji. Rzeczywiście promieniowała od niego siła. Jednak podczas wspólnej podróży uderzyły go następujące fakty. Przede wszystkim jakiś prymitywizm świadomości, który dotyczy zarówno oceny ludzi jak i wydarzeń czy samej przyrody. „W istocie on nie odczuwa żadnych odcieni, żadnych trudności” – notował. Poza tym „nie rozumie ludzi, i może nawet nie chce ich zrozumieć”. Rozdziela ich zgodnie z gotowymi kategoriami i jest utylitarny w relacji do nich. „Brakuje mu miękkości, współczucia i cierpliwości”. Pierwszą jego reakcją jest nieufność i podejrzliwość. Oprócz tego „niesamowite poczucie własnej racji i nieomylności”. Schmemanna nie opuszczało poczucie, że spędza te dni z młodszym bratem, kapryśnym a nawet trochę rozpuszczonym, któremu wszystko trzeba wyjaśniać. Żadna z tych negatywnych cech nie przesłoniła jednak wielkości jego literackiego geniuszu.

Sołżenicyn zwyciężył potwora sowieckiej Rosji, jednak niepostrzeżenie stała się ona jego idolem. Zwyciężony smok powrócił pod postacią złotego cielca

Nie to jednak było przyczyną ochłodzenia wzajemnych relacji. Najbardziej bolało go to, że światopogląd Sołżenicyna można było sprowadzić w istocie do dwóch lub trzech bardzo prostych przekonań, w których centrum była oczywiście Rosja. „Jego skarbem jest Rosja, i tylko Rosja – moim Kościół”.

Schmemann zaledwie raz wystąpił z krytyką noblisty, po opublikowaniu przez niego „Listu z Ameryki”, w którym nawiązuje również do kwestii prawosławia. Zabolało go niezrozumienie chrześcijaństwa oraz instrumentalne traktowanie go w dyskusjach nad przeszłością i przyszłością Rosji.

Punktem zapalnym była ocena staroobrzędowców. Sołżenicyn widział w nich wcielenie dawnej Rusi, do której powinno się powrócić. Oskarżał Cerkiew prawosławną, że nie poprosiła nigdy o przebaczenie, za to jak ich potraktowała. Jego zdaniem w Rosji staroobrzędowej leninowska rewolucja byłaby niemożliwa. Schmemann natomiast dostrzegał w tym fenomenie pierwszy objaw ahistorycznego podejścia do wiary: „Sołżenicyn powinien wiedzieć, że jeśli coś przyczyniło się do zwycięstwa leninowskiej rewolucji, to właśnie ten element, który z taką siła przejawił się u staroobrzędowców. Jak słusznie twierdził o. Georgij Fłorowski, zjawisko to było pierwszym przejawem oderwania od korzeni (беспочвенности), rezygnacji z idei soborowości i wyjściem poza historię” .

Najbardziej dziwiło go to, jak Sołżenicyn, który z taką przenikliwością potrafił odsłonić błędy sowieckiej idolatrii, popełnia ten sam błąd w odniesieniu do staroobrzędowców. W innym miejscu „Dziennika” pytał: „Kto w rosyjskiej historii dostrzegał i mówił prawdę o samej Rosji? Być może tylko Puszkin, wszyscy inni, włączając nawet Dostojewskiego, tylko «częściowo», tylko do tej pory, póki nie zawładnęła nimi ślepa żądza, zmieniająca Rosję w idola, albo w potwora”. Sołżenicyn zwyciężył potwora sowieckiej Rosji, jednak niepostrzeżenie stała się ona jego idolem. Zwyciężony smok powrócił pod postacią złotego cielca.

Schmemann zawsze bronił twórczość Sołżenicyna. Kiedy pod koniec lat 70. kiedy całe emigracyjne środowisko zaczęło atakować noblistę, żona pisarza poprosiła właśnie Schmemanna, żeby odpowiedział na te oskarżenia. Aby pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, musiał ograniczyć się do kwestii literackich. Zawsze gotów był bronić pisarza-proroka, natomiast krytycznie odnosił się do proroka-polityka. Patrząc jak potoczyły się losy Sołżenicyna, wydaje się, że była to słuszna taktyka. Powszechnie znany jest fakt, że Władimir Putin był jedynym prezydentem, którego nie krytykował noblista.

Naszym skarbem jest Kościół, nie Rosja, nie Polska, nie Ukraina. Jeśli zwyciężyliśmy smoka komunizmu, korupcji, czy innych reżimów, musimy pamiętać, że bardzo łatwo może on stać się złotym cielcem. Molochem, który prędzej czy później pożera swoje dzieci.