Był trapistą, jednym z najważniejszych pisarzy religijnych wszech czasów, działaczem na rzecz pokoju i obrońcą praw człowieka.

Przyjął chrzest w wieku 23 lat. W 1941 roku wstąpił do klasztoru trapistów Gethsemani w stanie Kentucky. Kilka lat później napisał „Siedmiopiętrową górę” –duchową autobiografię, która stała się światowym bestsellerem, została przetłumaczona na ponad 15 języków i osiągnęła nakład przekraczający milion egzemplarzy.

Trapiści zwykle stronią od publiczności. Merton jednak ściągał uwagę rzesz czytelników, żyjąc w klasztorze. Czytali go nie tylko katolicy na całym świecie, dla wielu stał się duchowym guru. Był m.in. „pustelnikiem hipisów”, młoda dziewczyna prosiła o mszę św. w intencji zmarłego menadżera Beatlesów, Briana Epsteina.

Walczył z rozpasanym materializmem i wojną w Wietnamie. Dzięki niemu duchowe impulsy buddyzmu stały się użyteczne dla życia monastycznego. Jego pisma dotyczyły nie tylko duchowości kontemplacyjnej, były próbą zrozumienia myśli Dalekiego Wschodu i zintegrowania jej z zachodnią duchowością, Cechowały się także wiarą w wartość chrześcijańskiej aktywności społecznej.

O tym jak bogate było krótkie, zaledwie 53-letnie życie Martona i jego wielka charyzma, może zaświadczyć pięć tomów listów do 1800 osób: papieży, światowych przywódców, artystów. Jednym z nich był Czesław Miłosz, laureat literackiej Nagrody Nobla.

Dzięki lekturze „Siedmiopiętrowej góry” wielu młodych ludzi odnalazło drogę do życia zakonnego. Nie bez powodu Merton przez pewien czas pełnił funkcję mistrza nowicjatu. Jednym z jego nowicjuszy, który jednak nie odnalazł się w klasztornym życiu, był ks. Ernesto Cardenal, nikaraguański duchowny katolicki, poeta i zwolennik teologii wyzwolenia.

Kochał świat i szukał samotności. Dychotomia ta towarzyszyła mu przez całe życie. Ojciec Louis (takie było zakonne imię Mertona) był powołany do życia kontemplacyjnego, ale nie mógł też opuścić świata poza murami klasztoru. Po prostu chciał być człowiekiem, który szuka Boga w ciszy a zarazem z pasją bierze udział w życiu świata oraz kocha wymianę myśli z przedstawicielami Kościoła, polityki i kultury. Oni zaś widzieli w nim fascynującego rozmówcę, którego wolnemu i niezależnemu umysłowi towarzyszy duchowa głębia.

Rozwój talentu literackiego zawdzięczał przełożonym, którzy nie tylko nie robili mu żadnych trudności, ale wręcz zachęcali go do pisania. W latach 50. i na początku lat 60. Merton wspierał ruch praw obywatelskich w USA. Ostro sprzeciwiał się segregacji rasowej, pisał przeciwko wojnie koreańskiej, a później wojnie w Wietnamie. Odrzucał ideę „wojny sprawiedliwej” i zamiast tego propagował ideę autentycznego „niestosowania przemocy”.

To z kolei sprawiło, że miał problemy z przełożonymi. W 1962 r. na krótko otrzymał zakaz publikacji. Słynna amerykańska piosenkarka Joan Baez wraz z innymi poprosiła go, aby na jakiś czas opuścił klasztor i dołączył do ich ulicznych protestów. Jednak w tym czasie w Mertonie zrodziła się nieufność do własnego aktywizmu. Wycofał się do pustelni na terenie klasztoru i studiował duchowe tradycje Wschodu.

W 1968 r. otrzymał zgodę przełożonego na wyjazd na konferencję benedyktyńskich opatów w Tajlandii. W hotelu w Bangkoku, gdzie wygłaszał przemówienie, dotknął wadliwego wentylatora i został śmiertelnie porażony prądem.

Wcześniej podróżował po Indiach, gdzie spotkał się m.in. z Dalajlamą. Duchowy przywódca Tybetańczyków przyznał, że poznanie Mertona „zmieniło jego podejście do chrześcijaństwa”. Powiedział o nim: „Bardzo uczony, zdyscyplinowany człowiek o dobrym sercu”.

KAI, DJ