Koszmar zaczyna się już w zerówce. Na lekcjach religii na środku klasy ksiądz sadza na kolana wybrane dziewczęta i przytrzymując je siłą, całuje, ściska, dotyka w miejscach intymnych. Ksiądz nie ukrywa specjalnie swoich skłonności. Wiedzą o tym ludzie w Tylawie. Nagłośnienie sprawy arcybiskup Michalik nazywa „szarpaniem dobrej opinii naszych księży” – tekst z 2001 roku.

„Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik”. Te słowa Jezusa, przytoczone w Ewangelii świętego Mateusza (18, 15-17), pozostają uniwersalną wskazówką postępowania wobec grzechu i zgorszenia, pojawiającego się wewnątrz chrześcijańskiej wspólnoty. Dotyczą również nagłośnionej przez „Gazetę Wyborczą” sprawy rzymskokatolickiego proboszcza z beskidzkiej wioski Tylawa, oskarżonego o seksualne wykorzystywanie dziewczynek ze swojej parafii. W maju doniesienia do prokuratury w Krośnie złożyli w tej sprawie Lucyna K., żona księdza greckokatolickiego z sąsiadującej z Tylawą wsi oraz brat Michał L., zakonnik z klasztoru augustianów w Krakowie. „Gazeta Wyborcza” po raz pierwszy opisała całą rzecz 4 czerwca. Obecnie prokurator przesłuchuje świadków – osoby najbardziej zdeterminowane spośród pokrzywdzonych dzieci i rodziców.

Brata Michała znam od dawna. Nie jest to ktoś, kto kłamie lub ulega konfabulacjom. Pracując wśród Indian na misjach w Peru, miał do czynienia z dziećmi – ofiarami wykorzystywania seksualnego. Na krakowskim Kazimierzu, gdzie znajduje się klasztor augustianów, opiekuje się także dziećmi z ubogich, nierzadko patologicznych rodzin. Jesienią ubiegłego roku opowiadał mi z troską o proboszczu z Tylawy i jego parafii. Zaliczyć ją można do „Polski C”, czyli do najbardziej zaniedbanych rejonów naszego kraju. Okoliczna ludność żyje w biedzie, którą trudno sobie wyobrazić mieszkańcowi Warszawy czy Krakowa. Tacy ludzie, często pozbawieni pracy, są najbardziej podatni na uzależnienia ze strony lokalnych „możnych” – urzędników, przedsiębiorców itd. W takich środowiskach najtrudniej jest rozbić zaklęty krąg skrywanej wstydliwie tajemnicy.

W przypadku Tylawy „nie” grzechowi i zgorszeniu ze strony pewnych ludzi w Kościele jako pierwsi powiedzieli inni ludzie Kościoła – działaczka greckokatolicka i rzymskokatolicki zakonnik

Miejscowy proboszcz jest tutaj duszpasterzem od 35 lat. Od wielu też lat, jak twierdzą autorzy wniosków do prokuratury, wykorzystuje seksualnie dzieci z Tylawy i kilku okolicznych wiosek – te same, które katechizuje, spowiada i przygotowuje do pierwszej komunii. Jego duszpasterskie kontakty z podopiecznymi były – jak dotąd – wręcz najczęstszą okazją do popełniania tych czynów. Tak przynajmniej wynika z opowieści kilku dziewczynek, które przemagając strach i wstyd, odważyły się na złożenie zeznań, nagranych na taśmę magnetofonową przez panią Lucynę i brata Michała. Wiarygodność tych nagrań, dokonanych w kwietniu i maju, potwierdzili psychologowie.

Trudno zresztą wątpić w ich autentyczność, gdy słucha się dzieci, które z oporami, łamiącym się głosem, mówią o tym, co przeżyły. Koszmar zaczyna się już w zerówce. Ksiądz podczas lekcji religii, na środku klasy, sadza sobie na kolana wybrane dziewczęta i przytrzymując je siłą, całuje, ściska, dotyka w miejscach intymnych. Młodsze, nieświadome tego, co z nimi wyprawia, kusi słodyczami, wobec starszych stosuje różne formy przemocy i szantażu, napastując je w swoim samochodzie czy też strasząc nieudzieleniem rozgrzeszenia, niedopuszczeniem do pierwszej Komunii lub bierzmowania. Pewną dziewczynkę namawiał do nocowania na plebanii, obiecując pomóc materialnie jej rodzicom (wiadomo skądinąd, że nocowały u niego inne dzieci). Nierzadko posługuje się pretekstem, jakoby jego ręce miały moc uzdrawiania. Jedna z nieletnich ofiar zwierza się przed mikrofonem: „Dzisiaj to też się zdarzyło”.

Relacje poszkodowanych i świadków wskazują, że proboszcz z Tylawy krzywdzi i deprawuje już drugie pokolenie własnych parafianek. Jeśli to prawda, popełnia on ciężki grzech, tym cięższy, że obiektem jego niegodziwych zachowań są osoby, poddane przez Kościół jego szczególnej opiece duchowej, osoby, które tenże Kościół nazywa „najmniejszymi” – nie tylko dlatego, że są dziećmi, ale również dlatego, że pochodzą z najbardziej potrzebujących opieki, najuboższych rodzin. W świetle obowiązującego w Polsce i na całym cywilizowanym świecie prawa jest to także przestępstwo.

Ksiądz nie ukrywał specjalnie swoich skłonności. Wiedzieli o tym ludzie w Tylawie, dowiedziała się też z czasem pani Lucyna. W marcu, posłuszna nakazowi spowiednika, udała się do Przemyśla, by opowiedzieć wszystko przełożonemu proboszcza, arcybiskupowi Józefowi Michalikowi. Wedle jej relacji arcybiskup przyjął ją chłodno, sugerując, że jest to pomówienie oraz stwierdzając: „Jeżeli to prawda, powiem mu, aby się poprawił” oraz ostrzegając, że w wypadku niepotwierdzenia się zarzutów będzie musiała wszystko odwołać.

W maju w przemyskiej kurii zjawił się brat Michał, ale również on nie przekonał arcybiskupa, który podkreślał, że proboszcz z Tylawy cieszy się nienaganną opinią i nie chciał nawet wysłuchać przywiezionej przez zakonnika kasety z zeznaniami pokrzywdzonych dziewczynek.

Wiarygodność relacji dzieci z Tylawy potwierdzili kolejni specjaliści-psychologowie. Dlaczego zatem abp Michalik tak jednoznacznie zdezawuował działania i osoby autorów obu doniesień prokuratorskich?

Po pierwszych publikacjach „Gazety Wyborczej” abp Michalik wystosował list do księży archidiecezji, odczytany w niedzielę 10 czerwca w kościele w Tylawie, w którym zdecydowanie poparł proboszcza i zaprotestował przeciwko „szarpaniu dobrej opinii naszych księży, co jest przecież atakiem niewybrednym znanych nam pewnych grup i środowisk”. Arcybiskup zaznaczył też, iż nie wyklucza, że „tego rodzaju polityka zmierza do posiania niechęci do bratnich Kościołów i narodów”, co było oczywistą aluzją do greckokatolickiej przynależności obrządkowej pani Lucyny. O jej działaniach napisał: „Cel oskarżenia był chyba inny niż dobro dziecka i religii, skoro w rozmowie żadnych nazwisk nie zgodziła się podać, szermując ogólnymi zarzutami”. Abp Michalik scharakteryzował też brata Michała, nazywając go „ambasadorem w/w kobiety” i „dosyć dziwnym” zakonnikiem.

Arcybiskup podjął także wątek skandalu w komentarzu, zamieszczonym w tygodniku „Niedziela” (24/2001): „«Gazeta Wyborcza» znalazła ostatnio nowy temat – molestowanie dzieci. O co w tym wszystkim chodzi? Czy tylko o słuszną obronę dziecka, czy także o to, aby poderwać zaufanie do Kościoła, instytucji dydaktyczno-wychowawczych, niszczyć autorytety, odgrodzić nauczycieli, księży od dzieci i od ludzi? O wspólników fałszywej propagandy nietrudno”.

Abp Michalik zareagował zatem tak, jakby cała sprawa była wyssanym z palca pomówieniem, a jej prowokacyjny i oszczerczy charakter był oczywisty i nie ulegający wątpliwości. Tymczasem wcale tak nie jest. Zarzuty stawiane proboszczowi z Tylawy są na tyle poważne i na tyle udokumentowane, że nie wystarczy przesądzać publicznie sprawy powołaniem się – w oświadczeniu, złożonym Katolickiej Agencji Informacyjnej przez sekretarza arcybiskupa, ks. Witolda Ostafińskiego – na rozmowę ordynariusza diecezji z samym oskarżonym oraz na opinię jego bezpośredniego zwierzchnika, księdza dziekana z Dukli. Sprawa pozostaje otwarta nawet mimo takich faktów, jak odcięcie się od działań brata Michała ze strony prowincjała zakonu augustianów oraz list wystosowany w obronie proboszcza przez 284 parafian (w tym ostatnim wypadku w grę mogą wchodzić zarówno wspomniane już realia „Polski C”, jak i zwykła niewiedza części sygnatariuszy).

Wiarygodność relacji dzieci potwierdzają kolejni specjaliści-psychologowie. Dlaczego zatem metropolita przemyski tak jednoznacznie zdezawuował działania i osoby autorów obu doniesień prokuratorskich? Dlaczego nie chciał wysłuchać nagranych na taśmie zeznań pokrzywdzonych i świadków? Dlaczego nie bierze pod uwagę opinii profesjonalistów i – jak dotąd – nie skierował proboszcza na specjalistyczne badania?

Publicysta „Niedzieli” napisał w komentarzu (25/2001): „Ważąc autorytety Lucyny K. i Michała L. oraz autorytet Księdza Arcybiskupa Józefa Michalika – moja waga przechyla się zdecydowanie na tę drugą stronę. Dlaczego? Ponieważ jestem przekonany, że skoro abp Michalik uznał, że powinien rzucić na szalę cały swój autorytet i ująć się za kapłanem – to znaczy, że miał ku temu poważne podstawy. Nie należy do nich imputowana ślepa i głupia obrona «swojego». To nie ta klasa. Tu może chodzić tylko o prawdę”. Rzeczywiście, w obronie proboszcza z Tylawy arcybiskup rzucił na szalę swój autorytet. Wątpliwe jednak, aby w tym wypadku jego postawa była przekonująca, zwłaszcza w sytuacji, gdy arcybiskupi sekretarz, ksiądz Ostafiński, stwierdził w oświadczeniu dla KAI, że kuria w Przemyślu „czeka na decyzję prokuratury”. A przecież wszystko razem – i słowa abp. Michalika i wypowiedź ks. Ostafińskiego – nie oznacza chyba tego, że jeśli potwierdzą się zarzuty wobec proboszcza, kuria przemyska oprotestuje ustalenia śledztwa!

Nie może być wątpliwości, że seksualne nadużycia to coś, co kompletnie dyskwalifikuje każdego, pozornie najlepszego nawet duszpasterza!

Niestety, wiele wskazuje na to, że wybór dokonany przez arcybiskupa – który wyraźnie uznał, że to nie dziewczynki zostały skrzywdzone, lecz ksiądz – świadczy o jakimś tragicznym pomyleniu ról: powołany z urzędu do obrony „najmniejszych”, kierując się zapewne swoiście rozumianym dobrem Kościoła, najpierw zbagatelizował przerażające doniesienia o krzywdzie wyrządzanej dzieciom, teraz zaś publicznie tej krzywdzie zaprzecza, rzucając cień nie tylko na oskarżycieli, ale też, pośrednio, na same bezbronne ofiary.

Sekretarz abp. Michalika powiedział KAI, że kuria przemyska o całej sprawie dowiedziała się z „Gazety Wyborczej”. Stoi to w sprzeczności ze słowami samego arcybiskupa, który w cytowanym wyżej liście do księży mimochodem potwierdził fakt rozmów, odbytych w kurii przemyskiej z panią Lucyną i bratem Michałem. A przecież pierwsza z tych rozmów miała miejsce na bez mała dwa miesiące przed złożeniem doniesień do prokuratury. Skargi te były zatem działaniem zgodnym z logiką cytowanych na wstępie słów Jezusa. „Upomnieniem w cztery oczy” byłyby tu kierowane do proboszcza wieloletnie sygnały biernego na ogół protestu ze strony zszokowanych, ale i zdezorientowanych rodziców, opór i nieme przerażenie w oczach wykorzystywanych dzieci. Z kolei „doniesienie Kościołowi” okazało się nieskuteczne, skoro w jakiś czas po swojej wizycie w Przemyślu pani Lucyna mogła usłyszeć od jednej z dziewczynek: „Dzisiaj to też się zdarzyło”.

Skądinąd należałoby przypuszczać, że jeśli występki księdza z Tylawy znane były od dawna przynajmniej części spośród parafian, to jakieś skargi na proboszcza powinny były dotrzeć do kurii w Przemyślu znacznie wcześniej. Tylawa nie leży przecież za chińskim murem, jest parafią archidiecezji przemyskiej, uczestniczącą w obiegu kościelnych informacji.

„Uczciwy i popularny katecheta, pobożny i niezwykle gorliwy proboszcz” – tak księdza z Tylawy ocenia arcybiskup Michalik w cytowanym już komentarzu w „Niedzieli”. Nie ma powodu, by całkowicie zaprzeczać tej opinii. Pośrednio potwierdza ją psycholog Ewa Karbarz-Farbisz, która w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” (27 czerwca), uwiarygadniając zarzuty o wykorzystywanie seksualne, określa jednocześnie księdza jako osobę jeżdżącą starym „maluchem” i chodzącą w obszarpanej sutannie, pomagającą finansowo wielu miejscowym rodzinom. Ale przecież nie może być wątpliwości, że seksualne nadużycia to coś, co kompletnie dyskwalifikuje każdego, pozornie najlepszego nawet duszpasterza! Nie sposób go ochraniać, tłumacząc się faktem, że całą sprawą zajęła się nielubiana przez część polskich katolików „Gazeta Wyborcza”.

Skoro krzywda niewinnych dzieci jest chociażby tylko prawdopodobna, to najważniejszym i najpilniejszym zadaniem jest teraz uniemożliwienie dalszego ich krzywdzenia oraz naprawa wyrządzonego zła – w takim stopniu, w jakim jest to możliwe

Oskarżony proboszcz broni się, głosząc, że atak na niego jest elementem rzekomego spisku grekokatolików, pragnących odebrać rzymskim katolikom kościół parafialny w Tylawie. W rzeczywistości nie ma powodu do formułowania takiego zarzutu wobec miejscowej wspólnoty greckokatolickiej. Wygląda na to, że proboszcz – dla ratowania własnej skóry – z premedytacją szermuje argumentem „obrony Kościoła i polskości”, wiedząc, że zdobędzie tym łatwe poparcie szerokiej rzeszy pochopnych „obrońców”.

W krajach Zachodu opinia publiczna już od wielu lat z niejaką regularnością wstrząsana jest informacjami o seksualnym wykorzystywaniu dzieci przez duchownych. W sądach toczy się wiele spraw przeciwko księżom, zapadają surowe wyroki więzienia oraz wysokie grzywny. Na początku władze Kościołów na Zachodzie często przyjmowały wobec oskarżeń postawę milczenia, bagatelizowania zjawiska, „obrony dobrego imienia” duchownych czy Kościoła – niejako ze wszelką cenę, tracąc z oczu dobro samych krzywdzonych dzieci. Tak rodziły się nagłaśniane przez media skandale z duchownymi w roli głównej, a nawet poważne kryzysy Kościoła w konkretnych krajach, jak choćby w Austrii.

Dziś już biskupi nie mogą sobie pozwolić na tego rodzaju postawę: zjawisko seksualnego wykorzystywania dzieci przez niektórych duchownych jest faktem, chociaż czasami okazywało się, że oskarżenia były wyssane z palca. Obecnie hierarchia szuka najlepszych sposobów niesienia wszechstronnej pomocy – od finansowej po duchową – skrzywdzonym dzieciom i ich rodzinom, tworzy się nowe programy formacji duchownych, zaczyna dbać o duchową i psychologiczną terapię księży, którzy dopuścili się zarzucanych im czynów. Tylko takie działania są godne Kościoła i ostatecznie tylko one właściwie służą jego wiarygodności.

Wszystko wskazuje jednak na to, że również i u nas zaczyna się powtarzać niedobry scenariusz początkowej reakcji władz Kościoła w USA, Irlandii, Francji czy Austrii: brak wrażliwości na krzywdę dzieci, zaprzeczanie faktom, zarzucanie antykościelnej postawy i wrogich intencji inicjatorom ujawniania skandali. Doświadczenia Kościoła na Zachodzie nie zdążyły nas jeszcze niczego nauczyć. Tymczasem w przypadku Tylawy „nie” grzechowi i zgorszeniu ze strony pewnych ludzi w Kościele jako pierwsi powiedzieli inni ludzie Kościoła – działaczka greckokatolicka i rzymskokatolicki zakonnik. Ale przede wszystkim to „nie” powiedziały same krzywdzone dzieci i przeżywające dramat ich rodziny. To właśnie jest prawdziwym bólem Kościoła!

Prawdziwe dobro Kościoła to nie jego wizerunek publiczny, nie obrona instytucji, ale dobro tych, których Ewangelia nazywa „owieczkami”, tych najmniejszych, o których mówi Jezus. Dobro Kościoła to dobro dzieci.

Sprawa wiarygodności Kościoła nigdy nie powinna przesłaniać sprawy jego cierpienia. Oznacza to, że ujawnienie gorzkiej i wstydliwej prawdy z jednej strony niesie Kościołowi ulgę w tym cierpieniu, z drugiej zaś – ostatecznie – bardziej służy sprawie jego wiarygodności, niż szkodzi jego reputacji. My, chrześcijanie – jak napisał święty Paweł (2 Kor 4, 2) – „unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące, nie uciekamy się do żadnych podstępów ani nie fałszujemy słowa Bożego, lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka”. To „okazywanie prawdy” waży więcej niż — położone na przeciwległej szali — błędy, słabości i grzechy synów i córek naszej wspólnoty.

Ale ostatecznie przecież nie o uwiarygodnienie Kościoła tu chodzi. Skoro krzywda niewinnych dzieci jest chociażby tylko prawdopodobna, to najważniejszym i najpilniejszym zadaniem jest teraz uniemożliwienie dalszego ich krzywdzenia oraz naprawa wyrządzonego zła – w takim stopniu, w jakim jest to możliwe, bo śladów spustoszeń, dokonanych w dziecięcej psychice, całkowicie usunąć się nie da. Minimum to nazwanie tej krzywdy jej właściwym imieniem i jednoznaczne opowiedzenie się po stronie pokrzywdzonych. „

Zasady postępowania w Kościele nie różnią się od tego, co robią sądy w analogicznych sprawach w demokratycznym państwie” – powiedział biskup Tadeusz Pieronek w wywiadzie pod tytułem „Grzech publicznego zgorszenia”, udzielonym „Tygodnikowi Powszechnemu” (24.6). To prawda. Jednak w sprawach, domagających się moralnie jednoznacznych, podstawowych ocen, Kościół ma prawo, a nawet obowiązek zabierać głos bez czekania na wyrok sądowy. Nie po to, by imiennie potępiać kogoś, komu jeszcze nie dowiedziono winy, ale w imię obrony tych wszystkich, którzy takiej obrony najbardziej w Kościele i od Kościoła oczekują.

Krzywdzone przez niektóre osoby duchowne dzieci i ich rodziny – o czym często się zapomina – również należą do Kościoła, są Kościołem! Nie można ich dobra dobru tegoż Kościoła przeciwstawiać. Jeśli ktoś tak czyni, sprowadza pojęcie „dobra Kościoła” do zasady swoistej solidarności instytucjonalnej. Tymczasem prawdziwe dobro Kościoła to – zwłaszcza w takich przypadkach, jak ten z Tylawy – nie jego wizerunek publiczny, nie obrona instytucji, ale dobro tych, których Ewangelia nazywa „owieczkami”, tych najmniejszych, o których mówi Jezus: „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili” (Mt 25, 45). Dobro Kościoła to dobro dzieci.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/2001.