Żydzi na wschodnim Wołyniu nie używali średniowiecznego ubioru i nie nosili pejsów. Kulturalnie Ginczanka czuła się Polką. Z antysemityzmem zetknęła się po raz pierwszy dopiero w Warszawie.

Tematem książki Marii Stauber „Musisz tam wrócić” jest Pamięć. I Miłość. Córka, Maria Stauber, narratorka i autorka, opowiada swojej dziewięćdziesięciodziewięcioletniej, tracącej pamięć, matce jej życie. Następuje zamiana ról. To matka jest teraz dzieckiem i słucha historii, które od nowa budują jej tożsamość. Utracony świat musi zostać drobiazgowo zrekonstruowany, dlatego w tych wspomnieniach tyle szczegółów dotyczących choćby wielokulturowego tygla przedwojennej Polski: Warszawy, Krakowa, Równego i Lwowa. I zapomnianych istnień ludzkich. 

Opowieść jest potrzebna nie tylko matce, ale i córce, która w ten sposób dopełnia swój los: „Przez te wszystkie lata niewiele, Lusiu, mówiłaś o tym, co się naprawdę wydarzyło (…). Po co było opowiadać, roztrząsać szczegóły, przywoływać kochanych ludzi, którzy tak nagle zniknęli. Latami nie wypowiadałaś nawet imienia swojej mamy, nie mówiłaś o siostrze. Kochałaś bezgranicznie swoje dzieci i ze wszystkich sił chroniłaś nas przed spojrzeniem w otchłań, w doły pełne ciał, brzemię ich okropnej śmierci zbyt ciężkie do udźwignięcia. (…) Po co było wpuszczać poprzez szczeliny ból? Miał pozostać tam, gdzie był. (…) Ważne było, aby w każdej chwili żyć intensywnie za tamte stracone lata. Energia wypełniała Cię całkowicie, popychała do działania. (…) Tymczasem ja, w tym dotkliwym milczeniu, utożsamiając się z ich śmiercią, żyłam w dziwnych mrokach życiowego niebytu”.

Stauber decyduje się mówić do matki i w jej imieniu opowiadać historię, która dla Lusi była nie do wysłowienia. Milczała, żeby żyć. Stauber z kolei mówi, żeby żyć. I w tonie rodzinnej gawędy ocala, przede wszystkim, nie śmierć najbliższych, ale ich życie.

Michał Głowiński w rozmowie rzece z Grzegorzem Wołowcem stwierdza, że „trauma oddziałuje też na fascynację życiem, bo w tym wypadku życie jest przywilejem, dziełem wielu ludzi, którzy przy uratowaniu tego życia pracowali”.

Książka Marii Stauber tych ludzi i ich dzieło przypomina, ale jest również, jak podtytuł głosi, historią przyjaźni, portretem podwójnym Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki.

***

„Żydowskość Równego w ciągu ostatnich lat pięciu odplątała się od rosyjskości. Wszędzie słyszy się tylko mowę polską” – pisał Ksawery Pruszyński w 1936 roku. W tym samym mniej więcej czasie, bo zaledwie rok wcześniej, Zuzanna Ginczanka, polska poetka pochodzenia żydowskiego, urodzona w Kijowie i dorastająca w Równem wyjechała na studia do Warszawy. W wielojęzycznym i wielonarodowym Równem (babka, która Ginczankę wychowywała, posługiwała się wyłącznie językiem rosyjskim) ukończyła polskie gimnazjum, przyjaźniła się z piszącymi po polsku poetami: Janem Śpiewakiem, Czesławem Janczarskim, Józefem Łobodowskim, korespondowała z Tuwimem. „Marzyła i pragnęła najmocniej, by się wspiąć na wyżyny polskiej poezji. (…) »Moja mowa jest dla mnie krajem« – pisała”.

W Warszawie w 1936 roku wydała swój pierwszy i jedyny za życia tomik, który ukazał się w Wydawnictwie J. Przeworskiego – „O centaurach”. Rok później do stolicy przyjechała jej przyjaciółka z gimnazjum z Równego, Lusia. Chciała studiować medycynę, ale było to niemożliwe. W Polsce wprowadzono numerus clausus. „Przyjmowano tylko dziesięć procent żydowskich studentów, a reszta chętnych, jeśli mieli na to odpowiednie środki, musiała jechać na studia medyczne do Pragi, do Paryża, do Brukseli”. Lusia zdecydowała się na Szkołę Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych na Czystem.

Jej pobyt w Warszawie okazał się szczęśliwy. Poznała swojego pierwszego męża, Izka, syna Mojżesza Horowitza, finansisty i inwestora luksusowej kamienicy, wybudowanej w 1938 roku u zbiegu Wilczej i Emilii Plater. Pod tym adresem będą mieszkać do pierwszych dni września, potem uciekną pięknym czerwonym steyrem z płonącej Warszawy do Lwowa.

Nieprzychylną atmosferę Ginczanka starała się kwitować żartem – przychodząc na bal maskowy w Hotelu Europejskim z małą walizeczką i naklejką „Jutro na Madagaskar”

Gorycz związana z pochodzeniem (w okresie warszawskim) była również udziałem Ginczanki. Los Tuwima, człowieka tak bardzo jej przychylnego, stawał się i jej losem. Józef Łobodowski w szkicu zatytułowanym „Pamięci Sulamity” wspominał: „rosnący antysemityzm przerażał ją i budził w niej wstręt. Ale, gdy przyjechała do Warszawy i pokazano jej »Czarny Ląd« za »Żelazną bramą«, wpadła w przerażenie. »To ma być mój naród?!« Żydzi na wschodnim Wołyniu nie używali średniowiecznego ubioru i nie nosili pejsów. Byli to przeważnie litwacy, jak i cała rodzina Zuzanny. Kulturalnie czuła się Polką (…). W gimnazjum rówieńskim jej żydowskie pochodzenie nie było brane pod uwagę, z antysemityzmem zetknęła się po raz pierwszy dopiero w Warszawie”. Polskie gazety, ujawniając jej prawdziwe nazwisko i podkreślając obcość, grzmiały: „Koleżanko Gincburżanko, nie bądźcie Ginczanką!”. Nieprzychylną atmosferę Ginczanka starała się kwitować żartem – przychodząc na bal maskowy w Hotelu Europejskim z małą walizeczką i naklejką „Jutro na Madagaskar”.

W obliczu nadciągającej wojny Gombrowicz, najzupełniej serio, radził Ginczance, żeby zaopatrzyła się w truciznę, a Józef Łobodowski prosił, żeby uciekała do matki, do Pampeluny. Nie chciała. Po egzaminach wiosennych w 1939 roku pojechała na wakacje do Równego, do babci. Do Warszawy już nie wróciła. 

Podczas okupacji dziewczęta spotkały się we Lwowie. Po wkroczeniu Niemców ukrywały się w kamienicy należącej do rodziny Horowitzów przy ulicy Jabłonowskich 8a. Mąż Lusi, Izaak, zginął w pogromie jaki rozpętała utworzona przez Niemców ukraińska policja pomocnicza, babcia Zuzanny i większość rodziny Lusi zginęła w masakrach dokonanych przez Niemców na ludności cywilnej w Równem 7 listopada 1941 i 12 lipca 1942. We Lwowie w kamienicy przy Jabłonowskich dozorowała Zofia Chominowa, Polka donosząca Niemcom na ukrywających się Żydów i opisana przez Ginczankę w wierszu „Non omnis moriar”. 

Maria Stauber, „Musisz tam wrócić”

Maria Stauber, „Musisz tam wrócić”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

Lusia na fałszywych papierach zdecydowała się wracać do Warszawy, Ginczanka pojechała do Krakowa, gdzie ukrywała się pod różnymi adresami. Pod ostatnim z nich, przy Mikołajskiej 26, mieszkała miesiąc. W styczniu 1944 została aresztowana i przewieziona do krakowskiego wiezienia policji bezpieczeństwa Sicherheitspolizei. Gestapowcy znaleźli u aresztowanego wcześniej jej przyjaciela, Janusza Woźniakowskiego, gryps, w którym błagał przyjaciół o zaopiekowanie się Zuzanną podając nieroztropnie jej adres. Została rozstrzelana w Płaszowie 5 maja 1944 roku.

Kiedy Lusia w 1945 roku szukając przyjaciółki trafiła do mieszkania przy Mikołajskiej, został jej tam wręczony rękopis wiersza „Non omnis moriar” – na pomiętej, zapisanej ołówkiem kartce.

***

Krążę po Warszawie szlakiem Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki. Szpitalna 5 m. 15, to tu w latach 1936-39 mieszkała Ginczanka. Zadbane podwórko studnia przedwojennej kamienicy. Wchodzę na klatkę: drewniane schody i poręcze. Drugie piętro, pukam do drzwi. Zamknięte.

Jeszcze tam wrócę.

Muszę?

Chcę.