Przed gdańskim kościołem św. Brygidy stoi pomnik tamtejszego byłego proboszcza. Wszystko wskazuje jednak, że uwiecznić należy także pamięć o jego ofiarach.

Jak to możliwe, że tylu porządnych ludzi to widziało lub o tym wiedziało – i nic z tym nie zrobiło? Takie pytanie ciśnie się na usta wielu osobom po lekturze wstrząsającego artykułu Bożeny Aksamit o ks. Henryku Jankowskim i ofiarach jego nieopanowanej seksualności. Redakcja „Dużego Formatu” pyta też od razu w podtytule tekstu: „Dlaczego Kościół przez lata pozwalał księdzu Jankowskiemu wykorzystywać dzieci?”.

Chyba jednak większość czytelników zapomniała (lub w ogóle nie wie), że część zarzutów wobec prałata o wykorzystywanie seksualne osób nieletnich była już intensywnie omawiana publicznie 14 lat temu. I że wtedy – po decyzji prokuratury umarzającej śledztwo – wielu odetchnęło ze swoistą ulgą… Dlaczego? Spróbuję to odtworzyć, także na swoim przykładzie.

Człowiek z symbolicznej fotografii

Żeby nie polegać tylko na, zawodnej wszak, pamięci, sięgnąłem do swojego archiwum dziennikarskiego. Wiedziałem, że wśród różnych tematycznie porządkowanych wycinków prasowych mam również teczkę z napisem „X. Prałat”. Jest nawet dość gruba. Pozwala m.in. dobrze sobie odtworzyć atmosferę z lat 2004-2005.

Pamiętałem z tego okresu chory pomysł ks. Janowskiego ze sprzedażą wina pod marką „Monsignore” oraz wody mineralnej z jego wizerunkiem. Zapomniałem jednak zupełnie, że – po odwołaniu prałata z funkcji proboszcza przez abp. Gocłowskiego – zwolennicy Jankowskiego protestowali przy kościele św. Brygidy z hasłami typu „Boże, pokonaj biskupa masona”, „Michnik decyduje, biskup wykonuje”… Wymalowali też obraźliwe napisy oraz swastykę i gwiazdę Dawida (tak, tak, jedno i drugie!) na samochodzie księdza, którego abp Gocłowski mianował administratorem parafii św. Brygidy. Pojawiały się wówczas także pomysły, aby ks. Jankowski kandydował do Senatu RP.

Tyle w tej teczce ciekawych szczegółów z lat tak niedawnych, a tak bardzo minionych, że aż chciałoby się o nich dłużej pisać. Teraz jednak wolałbym przede wszystkim odtworzyć ówczesne spojrzenie na ks. Jankowskiego z perspektywy środowiska „Więzi”.

Znamienny jest dialog ks. Jankowskiego z dziennikarzem „Gazety Wyborczej”:
– Czy całowanie ministranta w usta na pożegnanie było roztropne?
– Pana też mogę pocałować (śmiech)

Nie poznałem gdańskiego prałata osobiście. Był dla mnie najpierw bohaterskim kapelanem „Solidarności”, a potem szybko stał się uosobieniem rozpolitykowanego, nacjonalistycznego, niekiedy wręcz antysemickiego nurtu w polskim katolicyzmie. Było to dla mnie całkowicie sprzeczne z tym, czego uczył ojciec mojej wiary – Jan Paweł II. Było to również całkowicie sprzeczne z aksjologią „Więzi”, do której trafiłem w roku 1988.

Spieraliśmy się więc wielokrotnie mocno – i ja, i inne osoby z naszego kręgu – z ks. Henrykiem Jankowskim o sprawy bieżące, zwłaszcza o III RP i rolę Kościoła w wolnej Polsce, mając zarazem stale w pamięci jego zasługi z czasów PRL. Ludzie w moim wieku mieli przed oczami zwłaszcza dwie symboliczne fotografie ks. Jankowskiego – jak w 1980 r. spowiada robotnika w Stoczni Gdańskiej, siedząc przy improwizowanym ołtarzu, otoczony tłumem innych robotników czekających na strajkową Mszę świętą (fot. Leszek Biernacki) i jak w maju 1988 r. ekipa „Solidarności” wychodzi ze stoczni po nieudanym strajku, a na czele kroczy, rzecz jasna, Lech Wałęsa, którego pod ręce trzymają: z lewej strony Tadeusz Mazowiecki, a z prawej – ks. Henryk Jankowski (fot. Anna Beata Bohdziewicz).

Błędów po prostu nie widzę

Dumni byliśmy w „Więzi”, że w roku 1996, przy wszystkich dzielących nas różnicach, udało się nam skutecznie zaprosić również ks. Jankowskiego do olbrzymiej ankiety „Rachunek sumienia Kościoła w Polsce”,  opublikowanej w numerze marcowym (który jeszcze w tym samym miesiącu zawieźliśmy w redakcyjnej pielgrzymce papieżowi Janowi Pawłowi II). Może prałat z Gdańska odpowiedział nam ze względu na szacunek dla Tadeusza Mazowieckiego – ówczesnego przewodniczącego naszego kolegium redakcyjnego?

W ankiecie tej ponad 70 osób z różnych środowisk katolickich miało odpowiedzieć na pytania o: 1) najcięższe błędy i  zaniedbania Kościoła katolickiego w Polsce po roku 1989, 2) błędy i zaniedbania w postawach własnych lub swojego najbliższego środowiska. Nawiązywaliśmy tym pomysłem redakcyjnym oczywiście do idei rachunku sumienia Kościoła przed rokiem 2000, głoszonej wówczas przez Jana Pawła II.

Ks. Jankowski potraktował temat, rzecz jasna, po swojemu. Odpowiadając na pytanie o Kościół w Polsce, rozstrzelonym drukiem napisał: „Ja tych błędów po prostu nie widzę”, dodając: „Nie widzę możliwości przeprowadzenia rachunku sumienia, jaki się nam proponuje. Kościół nie może podlegać takiej ocenie. Można oceniać ludzi i ich postępowanie. Można powiedzieć, czy proboszcz wybudował ładny czy brzydki kościół, albo czy jego uczynki były moralne czy też nie. To jednak nie ma nic wspólnego z działaniem Kościoła”.

Odpowiadając na pytanie o siebie, wyjaśniał zaś sens kazań politycznych. Otóż w życie publiczne, często „pod pozorem obrony wiary i Kościoła” przekrada się szatan, wlewając swój jad w nasze serca i umysły. Obowiązkiem duchownych jest więc wskazywać zagrożenia, zaś „wierni, którzy mienią się być synami Kościoła” powinni ujrzeć „właściwą treść i wagę posłania, jakie kieruje do nich Kościół poprzez usta swoich kapłanów. […] Pojęcie «politykierstwa z ambony» zostało ukute na potrzeby właśnie tych, którzy się obawiają, że Kościół może wskazywać drogę Prawdy, Sprawiedliwości i Bożego Pokoju”. Wina zatem leży nie po stronie kaznodziei, który jedynie spełnia swoją kapłańską powinność, lecz odbiorców, którzy chcą duchownych „ośmieszyć, wyszydzić i ukazać jako szkodliwych politykierów”.

Nieład etyczny na plebanii

Wbrew pozorom, Jankowski nie był w Kościele bezkarny. Abp Tadeusz Gocłowski początkowo wyraźnie obawiał się wpływowego i sławnego proboszcza, ale później był już bardziej stanowczy. Dwukrotnie obłożył prałata zakazem wypowiedzi publicznych. Najpierw, na 12 miesięcy, w roku 1997 – po tym, jak Jankowski podczas homilii stwierdził, że „nie można tolerować mniejszości żydowskiej w polskim rządzie”. Niewiele to pomogło.

Po raz wtóry karę nałożył Gocłowski na Jankowskiego w roku 2004, już gdy pojawiły się także zarzuty o molestowanie seksualne chłopców przebywających na plebanii. W dekrecie odwołującym z funkcji proboszcza postawił prałatowi 16 listopada 2004 r. dwa kluczowe zarzuty: „1) wykorzystywanie ambony dla celów pozaduszpasterskich […] i 2) nieład etyczny, który wytworzył Ksiądz na plebanii, a którego jako biskup nie będę tolerował, o czym mogłem się przekonać, przeglądając udostępnione mi przez prokuraturę […] akta w tej sprawie. Dokumentacja, w tym fotograficzna, nakłada na mnie obowiązek przerwania tej atmosfery, która budzi głęboki niepokój”.

Byłbym ostrożny z wysuwaniem dzisiaj oskarżeń o powszechną zmowę milczenia w sprawie ks. Jankowskiego. Wielu ludzi, owszem, coś słyszało, ale ilu o czymś wiedziało?

Ponad miesiąc później Prokuratura Okręgowa w Elblągu umorzyła jednak śledztwo w sprawie molestowania seksualnego na plebanii kościoła św. Brygidy, nie stwierdzając przestępstwa. Abp Gocłowski przyznał publicznie, że odetchnął z ulgą i wręcz marzył o takiej decyzji prokuratury. Ponieważ prałatowi postawiono zarzuty o charakterze „dramatycznym, miażdżącym, więc jeśli prokuratura umorzyła, to tylko się cieszyć”.

Jankowski zaś triumfował: „Nie było żadnego «nieładu». Była próba rzucenia we mnie najcięższego oskarżenia”. Znamienny jest zwłaszcza ten fragment jego dialogu z dziennikarzem „Gazety Wyborczej”:
– Czy całowanie ministranta w usta na pożegnanie było roztropne?
– Pana też mogę pocałować (śmiech).
– A gdybym nie chciał?
– Chciałby pan… To tylko oznaka szacunku, a nie zmysłowe igraszki.

Jednak nie złamał prawa

Po lekturze reportażu Bożeny Aksamit czyta się te słowa Jankowskiego z 2004 r. zdecydowanie inaczej. Pamiętam, że wtedy uznałem je za przejaw typowej dla gdańskiego prałata bezczelnej pyszałkowatości. Dziś skłonny byłbym przypuszczać, że za tą bezczelnością skrywała się tajemnica nieprawości dużo groźniejszej niż pycha.

W oparciu o wyznania ofiar autorka reportażu w „Dużym Formacie” opisuje bowiem nie tylko oskarżenia sprzed kilkunastu lat, lecz również nieznane dotychczas publicznie seksualne ekscesy księdza Jankowskiego, w tym wielokrotne gwałty na nastoletniej dziewczynce. Przypisane mu jest także ojcostwo dziecka 16-latki, która z tego powodu popełniła samobójstwo. Na tym tle inaczej wyglądają zarzuty z roku 2004.

Zastanawiam się sam, dlaczego piętnaście lat temu z pewną ulgą przyjąłem decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie zarzutów molestowania seksualnego nieletnich chłopców przez ks. Jankowskiego. Rzecz jasna, dziś już nie pamiętam dokładnie, ale myślę, że w grę wchodził splot kilku czynników. Z braku wiedzy, jak to w takich przypadkach, była to przede wszystkim kwestia zaufania do tych, którzy z (tak czy inaczej rozumianego) urzędu musieli wiedzieć więcej. Wydaje mi się, że można streścić moje (nasze?) ówczesne myślenie w taki sposób:

1. Przecież, przy wszystkich słabościach, można jednak mieć zaufanie do działań prokuratury w wolnej Polsce. A ponieważ oskarżenia były znane publicznie i opisywane w prasie, to gdyby coś naprawdę mogło być na rzeczy, prokuratorzy nie ryzykowaliby własnej twarzy, umarzając śledztwo.

2. Należy raczej mieć zaufanie do kompetencji biegłych sądowych: psychologów i seksuologów. Kto jak kto, ale oni na pewno potrafią odróżnić przestępcze zachowania seksualne od zwykłej międzyludzkiej serdeczności, także w relacji osób młodych do duchownych. A dodać trzeba, że – zwłaszcza po latach 80. XX wieku, kiedy nastąpił rozkwit duszpasterstw młodzieżowych w Polsce – wielu wiedziało przecież wtedy, że do księży często serdecznie się przytulali i chłopcy, i dziewczęta (dzisiejszy młody czytelnik mi pewnie nie uwierzy, ale działo się to zazwyczaj bez żadnego podtekstu seksualnego!). Duszpasterzy nazywano wtedy „wujkami”, a dla wielu osób byli de facto ojcami zastępczymi (zaś relacja seksualna z ojcem zastępczym była, podobnie jak kazirodztwo, nie do wyobrażenia).

3. Media też dobrze pełniły wtedy swoją funkcję kontrolną. A można im ufać, bo o sprawie pisała obszernie prasa świecka, dla której przecież w III RP ks. Jankowski był antybohaterem, wręcz personalizacją zagrożeń płynących z myślenia narodowo-katolickiego. Podejrzliwość mógł wzbudzać tylko fakt, że początkowo zarzuty wobec prałata pojawiały się głównie na łamach mało wiarygodnych tabloidów (w roku 2003 na polskim rynku pojawił się „Fakt” jako konkurencja dla rodzimego „Super Expressu” i obie redakcje ścigały się wtedy na sensacyjność). Dopiero później zaczęły zajmować się tym tematem poważne dzienniki. Robiły to jednak obszernie: relacjonowano oskarżenia, przedstawiano rozmowy z domniemanymi ofiarami i ich bliskimi, opisywano działania prokuratury. Skoro również media nie znalazły przygważdżających oskarżeń, to pewnie – wnioskowałem – nie daje się ich znaleźć…

4. Można też było w tej sprawie zaufać rozeznaniu abp. Gocłowskiego. Przecież zdecydowanie nie należał on do bezkrytycznych wielbicieli prałata, więc gdyby oskarżenia się potwierdzały, to rozszerzenie katalogu zarzutów wobec Jankowskiego o sprawy „de sexto” nie powinno przekraczać jego możliwości, a wręcz byłoby dla niego ułatwieniem – dawałoby mu bowiem mocniejsze argumenty za ukaraniem krnąbrnego duchownego.

5. Moje środowisko było i tak już wystarczająco z ks. Jankowskim skłócone. Lepiej więc skupiać się na tych zarzutach, które są absolutnie niekwestionowalne i gorszące (pycha, epatowanie bogactwem, antysemityzm, wyniosły styl życia, sakralizacja polityki i upolitycznianie liturgii) niż wspierać oskarżenia, co do których nie ma pewności, nawet jeśli ich siła rażenia mogłaby być dużo większa. Chodzi bowiem przecież nie o to, żeby tego człowieka zniszczyć, lecz żeby pokazać nieewangeliczność jego posługi. Roztropniej więc jest nie stawiać mu zarzutów zbyt dużych, powodujących śmierć cywilną, żeby nie okazało się, iż możemy stracić moralne prawo krytykowania go za inne, niewątpliwie szkodliwe działania.

Tak chyba myśleliśmy w roku 2004, czytając informacje o umorzeniu śledztwa. Powiedziałbym, że dla „Więzi” sprawa stawała się niejako „czystsza”. Nie dołączamy się oto do tych, którzy oskarżają ks. Jankowskiego w oparciu o słabe przesłanki, uznane za niewiarygodne przez biegłych i prokuraturę. Dlatego z pewną ulgą pisaliśmy w komentarzu po umorzeniu sprawy: „nie złamał prawa, od lat łamie jednak reguły zachowań, których przestrzegania mają prawo wymagać od kapłana inni członkowie Kościoła”.

Aż tak bardzo źle…

To nie tak, że uznawaliśmy wszelkie podejrzenia wobec duchownych o molestowanie seksualne za niewiarygodne. Przecież „Więź” trzy lata wcześniej stanęła jednoznacznie po stronie kobiet, które jako dziewczynki były wykorzystywane seksualnie przez proboszcza w Tylawie, a takie stanowisko redakcji oznaczało ostre zderzenie z arcybiskupem przemyskim Józefem Michalikiem. Ale w tamtym przypadku zarzuty były dla osób wrażliwych niepodważalne (ksiądz przecież osobiście kąpał małe dziewczynki i masował im brzuszki), zaś tłumaczenia oskarżonego i obrony – pokrętne i zupełnie niewiarygodne (rzekome zdolności bioenergoterapeutyczne duchownego i wyjątkowa troska o czystość wśród dzieci). W przypadku Jankowskiego – w oparciu o dostępną wówczas wiedzę – były oczywiście powody do niepokoju, ale niewystarczające do tego, by uznawać, że dochodzi do łamania prawa.

Dość powszechne było przekonanie, że w zachowaniu Jankowskiego coś jest nie tak. Brakowało jednak twardych dowodów

Ówczesne myślenie dobrze oddaje aktualny komentarz Andrzeja Celińskiego, który dobrze znał ks. Jankowskiego jako działacz „Solidarności” i jeden z najbliższych współpracowników Lecha Wałęsy. Celiński napisał szczerze na FB: „Pewnie nikt z nas – w różnym stopniu, lecz jednak – odpowiedzialnych za to, co wokół «Solidarności» gdańskiej się działo, kto bywał na «ranczo» księdza Jankowskiego (bo tak nazywano plebanię parafii św. Brygidy) w latach 80. (później to już inna była historia) nie przypuszczał, że było aż tak bardzo źle. Podkreślam: «aż tak bardzo»”. Też tak to pamiętam. Dość powszechne było wtedy przekonanie, że w zachowaniu Jankowskiego coś jest nie tak. Brakowało jednak twardych dowodów…

Zachowanie ks. Jankowskiego było pod wieloma względami obrzydliwe. Danuta Wałęsowa tak wspominała prałata w swojej autobiografii: „w obecności kobiet i dorastających dzieci potrafił wypowiadać obleśne słowa. Niestety sama musiałam tego doświadczyć. Byłam oburzona”. Czym innym jednak – rzecz jasna, całkowicie nagannym moralnie – jest zachowanie obrzydliwe, a czym innym wykorzystywanie seksualne, którego nie udowodniono. Przekraczał granice zasad moralnych, ale czy złamał prawo?

Zmowa milczenia?

Pamiętając tamtą atmosferę, byłbym więc ostrożny z wysuwaniem dzisiaj oskarżeń o powszechną zmowę milczenia. Wielu ludzi, owszem, coś słyszało, ale ilu o czymś wiedziało? Sytuacja nie była aż tak klarowna, jak w Poznaniu – tam rzeczywista zmowa milczenia otaczająca homoseksualny folwark, jaki urządził sobie Wojciech Krolopp w chłopięcym chórze, trwała blisko 40 lat. Ba! Tam nawet dawni wychowankowie dyrygenta, w młodości wykorzystywani przez niego seksualnie, wysyłali do chóru swoich synów, mając świadomość, co może ich spotkać…

Nie oskarżałbym również w tej sprawie zbyt łatwo arcybiskupa Gocłowskiego. Można mu słusznie zarzucać – i to czyniliśmy na bieżąco – że zbyt długo tolerował inne publiczne grzechy ks. Jankowskiego. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, żeby znał wszystkie fakty opisane przez Bożenę Aksamit, zwłaszcza że główna bohaterka reportażu przyznaje, iż po raz pierwszy ujawnia po wielu latach fakt wielokrotnego gwałtu ze strony ks. Jankowskiego.

Co więc miał na myśli abp Gocłowski, stawiając Jankowskiemu zarzut „nieładu etycznego” panującego na plebanii? W rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” ówczesny metropolita gdański potwierdzał, że jego moralne zastrzeżenia wobec proboszcza wypływają nie tylko z materiałów postępowania prokuratorskiego, lecz także z rozmów „z rodzicami, przychodnią narkotykową, psychologiem szkolnym, a także z kapłanami, którzy przecież nie mieszkają na Księżycu, ale na plebanii św. Brygidy”. Na pewno chodziło o treści pornograficzne w komputerach domu parafialnego – nie było jednak pewności, czy prałat oglądał je wspólnie z ministrantami, czy też oni sami tam tak gospodarzyli w jego komputerze.

Z pewnością znane biskupowi i dyskutowane w jego otoczeniu były także oznaki czułości prałata wobec młodych mężczyzn. Ich zresztą sam „bohater” ani się nie wstydził, ani nie ukrywał. Również Peter Raina w książce „Ostatnia bitwa prałata” (wydanej w roku 2013, w oparciu o materiały ze śledztwa, które przekazał autorowi sam Jankowski!) opisuje, że prałat często całował ministrantów w usta i klepał po pośladkach. W wielu kręgach (jak się za chwilę okaże, nie tylko kościelnych) istniał jednak wówczas problem z interpretacją – czy takie gesty rzeczywiście wyrażają coś więcej niż serdeczną zażyłość. A skoro nie wiadomo, czym są – zaś prokuratura nie udowodniła aktów współżycia seksualnego z nieletnimi – to nie można stawiać zarzutów najpoważniejszych.

Efebofilia, ale…

Pretensje trzeba więc mieć przede wszystkim do prokuratury i biegłych. Bożena Aksamit cytuje ekspertyzę prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza, która posłużyła prokuraturze do umorzenia śledztwa w sprawie ks. Jankowskiego. Znany seksuolog napisał wówczas: „Zachowania polegające na całowaniu w usta, klepaniu po pośladkach, przyciąganiu mocno do siebie i jednocześnie przytulaniu do klatki piersiowej oraz głaskaniu po twarzy miały charakter publiczny. Wyżej wymienione zachowania księży wobec chłopców są dość często spotykane i w wielu przypadkach nie mają charakteru seksualnego, bywają formą okazywania bliskości”.

Dziś Lew-Starowicz tłumaczy, że zdiagnozował u Jankowskiego efebofilię, czyli skłonność do chłopców w okresie dojrzewania, ale powyższe stwierdzenie było tylko jedną z możliwych hipotez. „W mojej jednej opinii były różne hipotezy dotyczące księdza Henryka Jankowskiego. […] Nie jestem od oceny działań prokuratorskich i nie wiem dlaczego ta – a nie inna moja opinia – przeważyła. Na pewno dziś patrzy się dużo ostrzej na takie skłonności jak efebofilia, kiedyś patrzenie na te sprawy było bardziej łagodne”.

Niewykluczone, że prokuratura wolała raczej postępowanie umorzyć niż ściągać sobie na głowę kłopoty. Śledztwo w tej sprawie powinno zostać poddane publicznej weryfikacji

W innej aktualnej wypowiedzi prof. Lew-Starowicz wyjaśnia: „To, co opublikowano, jest wyrwane z kontekstu. […] Moja opinia nie była taka łaskawa. Nie rozgrzeszałem tam całkowicie tego zachowania. […] nie miałem okazji badać księdza Jankowskiego, bo nie poddał się badaniu. Opierałem się tylko na tym, co było w aktach sprawy i na wypowiedziach tam zawartych, a były one zróżnicowane”. Podkreśla: „w oparciu o akta sprawy zrobiłem opinię hipotetyczną. […] Próbowałem interpretować zachowania człowieka i dowiedzieć się, co siedzi w głowie człowieka, który robi takie złe rzeczy”. Chyba po latach seksuolog żałuje napisania tej opinii w taki właśnie sposób.

Niewykluczone, że również prokuratura – widząc, kogo sprawa dotyczy i jak jest trudna – wolała raczej postępowanie umorzyć niż ściągać sobie na głowę długoletnie kłopoty interpretacyjne. Po ostatnich publikacjach, dla jasności oceny pracy prokuratury, śledztwo w tej sprawie powinno zostać poddane publicznej weryfikacji – mam nadzieję, że materiały archiwalne nie zostały jeszcze zlikwidowane w elbląskiej prokuraturze.

Myślę, że wstydzić powinien się także mec. Roman Giertych. Kierowana wówczas przez niego Liga Polskich Rodzin wspierała ks. Jankowskiego, zwłaszcza jej gdański działacz Jacek Kurski. A trzy lata później sam Giertych – jako wicepremier i minister edukacji narodowej – manifestacyjnie wręczył gdańskiemu prałatowi Medal Edukacji Narodowej, najwyższe odznaczenie przyznawane przez resort oświaty. Giertych podkreślał przy tej okazji, że ks. Jankowski to „człowiek legenda, który poświęcił się wychowaniu nowych pokoleń”, który „łączył i łączy najważniejsze dla wszystkich Polaków wartości”. W kwestii molestowania zaś „wszystkie zarzuty były podłym kłamstwem, za które dotąd go nie przeproszono”. Inicjatywę Giertycha tak komentował wówczas abp Gocłowski: „Mógłbym wymienić bardzo wiele zasług księdza prałata Jankowskiego, ale nie w dziedzinie edukacji. Dlatego jestem tą inicjatywą zadziwiony i wyrażam współczucie panu ministrowi Giertychowi”.

Żydzisko takie wstrętne

Jest jeszcze jedna bardzo ważna osoba, która powinna w tej sprawie coś istotnego wyjaśnić opinii publicznej. To następca Gocłowskiego, abp Sławoj Leszek Głódź.

Gdy wiosną 2008 r. pojawiły się plotki, iż to on zostanie metropolitą gdańskim, ks. Jankowski skomentował: „Jeśli Głódź tu przyjdzie, zrobi z tą diecezją porządek po Gocłowskim”. W dzień przed ingresem nowego biskupa prałat z nadzieją w głosie mówił: „Dziś słońce świeci i niebo się śmieje. Dobrze, bardzo dobrze”.

Abp Głódź cofnął ks. Jankowskiemu zakaz głoszenia kazań. Prałat skwapliwie z tego skorzystał

Szybko okazało się, że Jankowski się nie przeliczył z nadziejami. Wzeszło dla niego słońce: już w lipcu 2008 r., trzy miesiące po objęciu archidiecezji, nowy biskup cofnął dawnemu kapelanowi „Solidarności” zakaz głoszenia kazań. Prałat skwapliwie z tego skorzystał. Głosząc słowo Boże w kościele św. Brygidy, obwieszczał światu, że Grzegorz Napieralski (ówczesny lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej) to „polityczna kreatura”, zaś Adam Michnik „chce być arcycenzorem kazań i książek”.

Cenzorem kazań nie chciał natomiast być ten, kto akurat powinien troszczyć się o ich treść: abp Głódź. Powiedział on wtedy dziennikarzom, że nie zna treści homilii Jankowskiego, „a cofnięcie zakazu głoszenia kazań jest wewnętrzną sprawą parafii i diecezji”. Nic więc dziwnego, że prałat Jankowski zapowiedział, iż „nie zrezygnuje z zamieszczania w swoich kazaniach aluzji politycznych”. Dziennikarzy serwisu tvp.info uraczył zaś opinią o swoim przeciwniku procesowym – oznajmił im, że pisarz Paweł Huelle to „Żydzisko takie wstrętne”.

Trafnie skomentowała strategię nowego metropolity gdańskiego Danuta Wałęsowa: „nie powinien przywracać księdza Jankowskiego. Cóż, arcybiskup Głódź chciał pokazać, kto rządzi w gdańskim Kościele, chciał też dopieścić zarówno prałata, jak i grono jego wielbicieli. I przy okazji popełnił złośliwość wobec Gocłowskiego”.

Rycerz Rzeczypospolitej

Szczególną laurkę wystawił abp Głódź ks. Jankowskiemu podczas jego pogrzebu w lipcu 2010 r. Rzecz jasna, wiadomo, jak się mówi o zmarłych, zwłaszcza zaraz po śmierci. Metropolita gdański poszedł jednak dużo dalej: określił prałata mianem „rycerza Rzeczypospolitej”, po czym (w pogrzebowej homilii!) zaatakował dziennikarzy: „Mówiono: kontrowersyjny – to modne słowo. Ale bądźmy ostrożni z tym dzieleniem człowieka na pół. […] Stał się w ostatnich latach negatywnym bohaterem mediów oraz obiektem ataków, pomówień, oskarżeń. Uprawiano wobec niego – można by rzec z włoskiego – «szakaladzio», a to znaczy «zagryźć na żywca»”.

W apoteozie prałata abp Głodź zabrnął jeszcze dalej dwa lata później – podczas poświęcenia pomnika ks. Jankowskiego 31 sierpnia 2012 r., w rocznicę porozumień sierpniowych. W kazaniu metropolita gdański stwierdził wówczas: „Ks. Jankowski to światło Chrystusa, które przywiózł stoczniowcom”.

Mamy dziś prawo oczekiwać od władz archidiecezji gdańskiej: wyjaśnień dotyczących powodów przywrócenia do łask ks. Henryka Jankowskiego, podjęcia działań zmierzających do wszechstronnego zbadania nowych i poprzednich zarzutów wobec zmarłego duchownego, wsparcia i pomocy dla osób pokrzywdzonych. Najlepiej, aby archiwum gdańskiej kurii zostało otwarte dla niezależnej komisji. Jeśli nie wyrazi na to zgody abp Głódź przed swoim odejściem na emeryturę, prędzej czy później będzie musiał to uczynić któryś z jego następców. Rzecz jasna, z zastrzeżeniem podobnym jak w przypadku prokuratury – o ile akta nie zostały zlikwidowane. Gdyby już ich nie było – również byłoby to znaczące…

Na pomniku przed kościołem św. Brygidy dawny tamtejszy proboszcz został uwieczniony z Biblią w ręku i trzema krzyżami na piersi – nawiązującymi do krzyży postawionych na placu Solidarności, upamiętniających robotników zamordowanych w grudniu 1970 r. Te wartości – Pismo Święte, chrześcijaństwo, ofiara robotników, „Solidarność” – pozostaną niezachwiane. Pamięć o dobrych dokonaniach ks. Jankowskiego – również przetrwa. Wszystko wskazuje jednak, że uwiecznić należy także pamięć o jego ofiarach.