Czytam, że Radio Maryja rozprowadza wśród swoich miłośników książkę ks. Mariana Pirożyńskiego, zatytułowaną „Kształcenie charakteru”. Według komunikatu, wydanego przez o. Rydzyka, rozdano już (za darmo) 300 tysięcy egzemplarzy tego utworu, z zaleceniem, by wręczać je młodzieży.

Jak twierdzi Mikołaj Podolski, autor pozbawionego zacietrzewienia artykułu w Onecie, „Kształcenie charakteru” (pierwodruk 1946) „niesie szlachetne przesłanie. Wiele jego cytatów mogłoby służyć za życiowe credo. Zawiera też gro[s] trafnych porad żywieniowych, zdrowotnych i edukacyjnych”. Niestety, zawiera również porady dotyczące życia seksualnego, a w nim takie na przykład kwiatki:

„Żadna rozkosz nie poniża godności ludzkiej w takim stopniu, jak erotyczna. Toteż ludzie o wybitnych zdolnościach intelektualnych i o jakim takim poczuciu estetycznym czują obrzydzenie do zaśmiecania swego życia erotyzmem”.

Albo: „Człowiek, kierujący się w życiu rozumem, nie rozprasza swych sił, ale je skupia w dążeniu do celu. Energię zaoszczędzoną dzięki wstrzemięźliwości seksualnej stara się przelać na inne, szlachetniejsze konto. Natomiast idioci i matołki lubią obracać się w atmosferze brudów erotycznych: mówić o nich i myśleć”.

I dlatego właśnie się odzywam.

*

Ja ten sposób myślenia znam aż za dobrze. Byłem przekonany, że w ciągu lat, które upłynęły od czasów, gdy mnie wychowywano, z katolicyzmu udało się usunąć ten składnik. W końcu już „Miłość i odpowiedzialność” Karola Wojtyły (1960!) proponowała inną perspektywę myślenia o ludzkiej seksualności. Znani mi księża (fakt, że znam głównie duchownych odległych od RM) zarzekali się, że „teraz już jest inaczej”. Ale skoro, jak się okazuje, nie jest (lub nie zawsze jest), to kilka słów wypada napisać. Mam nadzieję, że uda mi się uniknąć przesadnej szczerości, ale nie da się ukryć, że ze stanowiskiem propagowanym przez „Kształcenie charakteru” mam własne, prywatne obrachunki.

Czy odbieranie podobnych nauk to było doświadczenie pokoleniowe? Tak przypuszczam, ale w gronie rówieśniczym myśmy raczej nie rozmawiali o seksie, więc ostatecznie nie mogę wykluczyć, że należę do jakiejś groteskowej mniejszości. Piszę „groteskowej”, bo – jakkolwiek to trochę boli – widzę w całej sprawie materiał na smutną komedię.

Oto przepis na nią: weź bardzo młodego człowieka, który chce żyć DOBRZE. Ufa swoim wychowawcom (także księżom), zdążył uwewnętrznić normy, znane mu z domu i z Kościoła. Nie wydają mu się one zresztą kontrowersyjne: wiadomo, że nie należy bić słabszych, kraść ani obmawiać. Ponieważ, jako dziecko, nie całkiem jeszcze panuje nad swoimi, w istocie zwierzęcymi odruchami, zdarza mu się oczywiście wprost przeciwnie: przywalić klasowemu chuchrze, zwinąć cukierka i powtórzyć plotkę, że Kowalski się posikał na matematyce. Za każdym razem spowiada się z tych czynów jak ze zbrodni. Powoli zaczyna domyślać się, że wartości, jakie wyznajemy, są zawsze odrobinę wyżej niż te, które umiemy wcielać w życie. Tak zaczyna się jego poczucie winy, które będzie mu towarzyszyć.

Do tego opowiedz mu, że najpiękniejszym doświadczeniem, na jakie ma szansę, jest spotkanie miłości. Nie chroń go, nie daj Boże, od sentymentalnej frazeologii w stylu „odnalezienie drugiej połówki”, „gdzie Kajus, tam Kaja” itd. Dorzuć (naszym bohaterem jest chłopiec), że kobiety są od mężczyzn z natury rzeczy szlachetniejsze, wrażliwsze i bardziej odpowiedzialne.

I teraz zacznij sączyć mu do ucha, że rozkosz erotyczna poniża godność człowieka. Że seks jest brudny. Każ mu się od pierwszej spowiedzi w życiu rozliczać z tego, „ile razy patrzył na brzydkie obrazy”, „ile razy robił coś brzydkiego ze sobą lub z inną osobą” (to autentyczne cytaty z pomocy do rachunku sumienia dla ośmiolatków z 1971 roku). Jeśli zorientujesz się, że zaczyna go interesować druga płeć, dołącz do rówieśników i wyśmiewaj jego zainteresowanie, wyśmiewaj z dodatkową i intuicyjnie dla niego czytelną motywacją, że w gruncie rzeczy się boisz i chcesz mu sprzedać własny strach.

A potem, kiedy w jego organizmie ruszą do pracy hormony, zamilknij i zostaw go samego z sobą.

Aha, kiedy już nie da się ukryć, że ma ochotę umawiać się na randki, albo sugeruj, że na to zdecydowanie za wcześnie, bo to teraz jeszcze nieważne (?!), albo sugeruj niby bez związku z bieżącymi wydarzeniami, że dziewczyny, które zwracają uwagę swoją kobiecością, są na pewno puste i głupie, a poza tym zestarzeją się i zbrzydną; dzięki czemu pozostawisz go w przekonaniu, że powinny mu się podobać te, które mu się nie podobają.

Nie udało ci się wychować kompletnego świra? Naprawdę? Co za niepowodzenie…

*

Erotyzm jest jedną z najsilniejszych sił, działających na człowieka. Wypreparowany z zafascynowania drugim człowiekiem jako całością, sprowadzony do pozbywania się napięcia seksualnego, jest oczywiście używką, która więcej obiecuje, niż przynosi (i może uzależnić). Ale gdy w miłości nie ma wymiaru seksualnego (nie mam na myśli seksu od pierwszej randki), stanowi ona nie mniejsze wynaturzenie niż seks bez miłości.

Mamy tu do czynienia z fundamentalnym błędem antropologicznym, w dodatku nie wywiedzionym wcale z Pisma Świętego, tylko wniesionym do głównego nurtu chrześcijaństwa przez bezżennych mężczyzn (którym trudno było wyrzec się czegoś tak pięknego i musieli to sobie obrzydzić) oraz przez świętego Augustyna, który nie umiał całkiem pozbyć się formacji manichejskiej (sprzed nawrócenia). Tymczasem człowiek jest całością duchowo-materialną (psycho-fizyczną) i podział na to, co cielesne, i to, co duchowe, ma charakter czysto funkcjonalny. Śmierć jest dlatego tak mrocznym doświadczeniem także dla chrześcijanina, że rozdziera tę całość. Zmartwychwstanie, jakie zapowiada Ewangelia, to zmartwychwstanie ciał, uleczenie tego rozdarcia.

A przy tym erotyzm jako relacja z drugim człowiekiem wymaga UMIEJĘTNOŚCI. No to weź dwoje ludzi pragnących wspólnej rozkoszy, ale zarazem niosących w sobie głębokie poczucie winy, że pragną przecież czegoś brudnego; udziel im przed pierwszą wspólną nocą jedynie ogólnikowych wiadomości o tym, czego się spodziewać, albo, jeszcze lepiej, nic im nie mów… Powiedz każdemu z nich z osobna, że najlepsza jest wstrzemięźliwość, nie wspominając nic o tym, że to drugie może mieć w danej chwili na ten temat inne zdanie, które warto uszanować.

Owszem, raz na tysiąc przypadków zdarzy się może para, która sobie z takim obciążeniem poradzi. Z pozostałych 999 par uzyskasz niemały procent zdradzanych w przyszłości żon i zdradzanych w przyszłości mężów oraz pewną grupę ludzi, którzy dojdą niebawem do smętnego wniosku, że seks jest przereklamowany, a przede wszystkim: olbrzymią liczbę bezwiednych EGOISTÓW, którzy ani pomyślą, że w udanym seksie każde dba o rozkosz tego drugiego, nie o własną. A nie pomyślą, bo będą przekonani, że tylko sobie folgują, bo przecież to drugie, kochane, nie może pragnąć czegoś tak wstydliwego i tylko ich pożałowana godnym żądzom ustępuje. Zwłaszcza tak będzie myślał mężczyzna (przypominam, co mu powiedziano: że kobiety to istoty wyższe, szlachetniejsze, wrażliwsze i bardziej odpowiedzialne).

Może ofiara tej zabawy po jakimś czasie i po co najmniej jednym rozwodzie strząśnie z siebie część tych bzdur. Choć zabiegi formacyjne, którymi poddani zostajemy od wczesnego dzieciństwa, pozostawiają głębokie ślady.

Chrześcijaństwo niesie w sobie mnóstwo wartości, także w wydaniu katolickim. Ale ta katolicka seksuologia była powszechnym źródłem nieszczęść. Porady księdza Pirożyńskiego nie są śmieszne.

Wieje od nich grozą.

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie jerzysosnowski.pl