Potrzebujemy głębokiej zmiany kościelnego myślenia, która pozwoli duchownym i świeckim zobaczyć w osobach z niepełnosprawnościami pełnowartościowych członków Kościoła. Po prostu.

– Czy ty tym tekstem nie zatrzasnąłeś sobie drzwi do seminariów duchownych? – zapytał mnie znajomy, gdy opublikowaliśmy „Perłę wytrąconą z rąk”. Miał dobrą intuicję. Zatrzasnąłem. Z hukiem. I w pełni świadomie.

Równe prawa

Kiedy we wrześniu zaczynaliśmy jako redakcja „Więzi” dyskusję o „niepełno(s)prawnych w Kościele”, wiedzieliśmy, że poruszamy temat tabu. Pamiętaliśmy jednak, że taka jest nasza rola – wsadzać kij w mrowisko, dawać do myślenia, budzić wierzących z drzemki samozadowolenia („przecież nikt tak dobrze jak Kościół nie pomaga potrzebującym”). Osobiście bardzo cieszę się z pogłębiających temat tekstów, które powstały w reakcji na temat numeru „Więzi”.

O co przede wszystkim chodziło w tej dyskusji? Podsumowując ją, Michał Zalewski SJ w swoim tekście na Deon.pl celnie zauważył, że osoby z niepełnosprawnościami w Kościele wcale nie potrzebują troski, lecz sprawiedliwego traktowania. „Jakie więc role powinny być powierzane niepełnosprawnym? Wszystkie, do których czują się zaproszeni przez Boga. Pracownicy kościelnych instytucji, liderzy wspólnot, kandydaci do kapłaństwa i życia zakonnego” – pisał jezuita. Z kolei Krzysztof Kurowski na łamach Więź.pl postulował zmianę modelu charytatywnego („pochylanie się nad potrzebującymi”) w kierunku wspólnej troski o umożliwianie osobom z niepełnosprawnościami niezależnego życia. Przebudowy wymaga zatem przede wszystkim kościelna mentalność, która wciąż w ludziach odbiegających od normy widzi przedmiot troski, a nie pełnoprawnych partnerów.

Przebudowy wymaga kościelna mentalność, która wciąż w ludziach odbiegających od normy widzi przedmiot troski, a nie pełnoprawnych partnerów

Wiem, że traktowanie osób z niepełnosprawnościami w Kościele to problem szerszy niż ich odtrącenie w seminaryjnych strukturach. Ono jednak stanowi jego doskonałą ilustrację. Tak samo jak mój przypadek.

W „Perle…” wspomniałem, że w jednym z zakonów „przebąkiwano” o tym, bym może został bratem zakonnym. W innym miejscu przyznałem, że później nieco nachalnie proponowano mi wstąpienie do pewnego zgromadzenia, ale odmówiłem. Odmowy te zostały przez część katolickich komentatorów potraktowane jako wyraz mojej pychy i braku wytrwałości – powinienem przecież próbować do skutku. Otóż wcale tak nie uważam. Każdy z kandydatów do życia zakonnego może przecież wybrać takie zgromadzenie, którego charyzmat mu odpowiada. Nie chodzi o to, by zacisnąć zęby i być „gdziekolwiek”. Takie samo prawo do „wybrzydzania” ma kandydat z niepełnosprawnością.

Wciąż marzę o Kościele, w którym pytanie o fizyczny stan zdrowia kandydata do kapłaństwa będzie padać – jeśli w ogóle – na samym końcu, po sprawdzeniu jego emocjonalnej i ludzkiej dojrzałości. Wyniknie z troski czy z chęci zrozumienia, a nie z lęku. I nie wpłynie na dalsze decyzje przełożonych. Wiem, że czeka nas jeszcze długa droga. Ks. Tomasz Szałanda bezkompromisowo pisał, że „głowy, seminaria, plebanie i kościoły nie są gotowe na obecność niepełnosprawnych powołanych”, zaś w kościelnej przestrzeni funkcjonuje niepisana zasada, by „takich nie przyjmować” do seminariów. Nastawienia nie zmienia się tylko dekretami, choćby wydanymi przez samego papieża. Potrzebujemy przede wszystkim głębokiej zmiany kościelnego myślenia, która pozwoli duchownym i świeckim zobaczyć w osobach z niepełnosprawnościami pełnowartościowych członków Kościoła. Po prostu.

Służba, a nie samouwielbienie

Podczas wizyty w radiu TOK FM mówiłem, że źródłem odrzucenia osób z niepełnosprawnościami przez Kościół jest przede wszystkim klerykalizm wśród duchownych (i świeckich) – poczucie wyższości, które sięga bardzo głęboko. Wynika on z kolei z niewłaściwego rozumienia kapłaństwa.

Celem sakramentu święceń jest sprawowanie posługi, służenie Kościołowi. Ten sakrament sam z siebie nie przekazuje  żadnej szczególnej łaski uświęcającej temu, który go przyjmuje. Ksiądz nie uświęca swoją osobą! Odwrócenie hierarchii wartości nastąpiło w teologii w XVII wieku, kiedy tzw. szkoła francuska kard. Pierre’a Berullego przeszła od „świętości kapłańskiej posługi” do „świętości stanu kapłańskiego, którą ksiądz osiąga z chwilą święceń”. Niestety, takie rozumienie kapłaństwa wciąż pokutuje w Kościele i to między innymi ono zamyka drogę do kapłańskich szeregów „niedoskonałym” osobom z niepełnosprawnościami. Jeśli kleryk od pierwszych lat seminarium żyje w przekonaniu, że jego powołanie jest bardziej święte od innych, nie dziwmy się, że kilkanaście lat później, będąc już osobą decyzyjną, tworzy zamknięty krąg samouwielbienia, niedopuszczający jakiejkolwiek inności.

Każdy z kandydatów do życia zakonnego może wybrać takie zgromadzenie, którego charyzmat mu odpowiada. Takie samo prawo do „wybrzydzania” ma kandydat z niepełnosprawnością

Czy klerykalne rozumienie kapłaństwa nie wymaga dziś odrzucenia, a przynajmniej głębokiej reformy? Postrzeganie księży jako nadludzi wymaga gruntownej refleksji także w kontekście zbrodni wykorzystywania seksualnego nieletnich (i tuszowania tych przestępstw). Na gruncie biblijnym takie podejście wydaje się nie do obrony: podstawowy cytat z Ewangelii św. Jana  „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” – odnosi się po prostu do uczniów Jezusa, a więc, jak podkreśla współcześnie Kościół, również do osób świeckich. Wszyscy uczestniczymy w powszechnym kapłaństwie, wszyscy jesteśmy powołani – również osoby z niepełnosprawnościami.

Odnoszę też wrażenie, że wywyższenie kapłaństwa w praktyce do dziś oznacza przede wszystkim rozumienie duchownego jako osoby pozbawionej jakiejkolwiek fizycznej skazy. Gdy natomiast sięgnąć do Ewangelii, okaże się, że to starożytne wyobrażenie zostało zniesione przez samego Chrystusa. On sam nie uciekał przed bólem, słabością i cierpieniem, nie uchylał się od nich, co więcej – po Zmartwychwstaniu nie ukrywał śladów swoich ran. Tak, można powiedzieć, że najwyższy kapłan stał się w pewnym sensie osobą niepełnosprawną. Skoro zatem zdrowie samo w sobie nigdy nie powinno być w chrześcijaństwie wartością absolutną (Jezus, co prawda, uzdrawiał fizycznie chorych, ale nie było to istotą Jego misji), czemu do dziś uchodzi za takie w oczach kościelnych decydentów?

Wszystko zależy od wrażliwości przełożonych

Z poczuciem wyższości wiąże się także idea mówiąca o tym, że „kapłan jest pośrednikiem łask Boga”. Tymczasem – jak postuluje ks. Grzegorz Strzelczyk w książce „Wolność, wiara, Bóg” – „w teologii powinniśmy pozbyć się idei pośrednictwa w odniesieniu do duchownych. Ani papież, ani biskup, ani żaden ksiądz nie jest pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem”. Gdyby tak było, osobisty kontakt z Najwyższym byłby niemożliwy dla osób spoza kapłańskiego stanu, a przecież taka relacja z Bogiem to istota chrześcijaństwa. „U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę” – pisał Benedykt XVI.

Źródłem odrzucenia osób z niepełnosprawnościami jest przede wszystkim klerykalizm wśród duchownych, wynikający z niewłaściwego rozumienia kapłaństwa

Co ciekawe, w „Więziowej” dyskusji znalazłem potwierdzenie mojego przeczucia: w zostaniu zakonnikiem nie przeszkodziło mi wcale prawo kanoniczne. Jak wyjaśniał o. Wiesław Dawidowski, prowincjał polskich augustianów, „kryteria doboru kandydatów do zakonu są jednocześnie sztywne i płynne. Wprawdzie Kodeks prawa kanonicznego wśród licznych wymogów wymienia zdrowie, jednak pod tę kategorię niepełnosprawność fizyczna wcale podpadać nie musi”. Wszystko zatem zależy od wrażliwości przełożonych.

Z nią natomiast niestety bywa źle. Zaraz po publikacji tekstu zgłosiło się do mnie kilka osób, które miały bardzo podobne doświadczenia – zostały odtrącone przez struktury Kościoła z powodu bardzo lekkiego stopnia niepełnosprawności. Najdawniejszy poznany przeze mnie przypadek pochodzi z roku 1992, ostatni – z ubiegłego. Nie byłem pierwszym, nie będę ostatnim…

Droga

Na koniec kwestia być może najważniejsza. W internetowej dyskusji znaleźli się komentujący, którzy życzyli mi – z pewnością w dobrej wierze – bym znalazł zgromadzenie, które mnie przyjmie w swoje szeregi. Kilka osób wskazywało nawet wspólnoty zakonne, utworzone przez mężczyzn odrzuconych przez kościelne struktury z powodu fizycznej niepełnosprawności. Dziękuję za te rady, lecz oba te rozwiązania są już nie dla mnie. Po pierwsze, w „Perle…” pisałem o przeszłości. Nie marzę już o zostaniu zakonnikiem, zaś uświadomienie sobie tego było dla mnie w ostatnich miesiącach wyzwalające. Trzeba mieć odwagę również do tego, by zrezygnować. Po drugie – nie sądzę, by warto było pielęgnować własne urazy czy tworzyć getta. Lepiej integrować się ze społeczeństwem, także z kościelną wspólnotą.

Po Zmartwychwstaniu Jezus nie ukrywał śladów swoich ran. Najwyższy kapłan stał się w pewnym sensie osobą niepełnosprawną

„Perła wytrącona z rąk” była nie tyle zwróceniem uwagi na osobisty przypadek odtrącenia, ile próbą zapisu duchowej drogi, którą przeszedłem: od klerykalizmu do docenienia życia świeckiego, od młodzieńczego zachwytu nad instytucją Kościoła do krytycznego trwania we wspólnocie wierzących.

Wierzę zresztą, że Bóg pozostaje ze mną na dobre i na złe, że mnie nie opuszcza, niezależnie od stanu, w jakim się znajduję. Bywałem szczęśliwy w zakonie, i bywam szczęśliwy poza nim, dotykając trudu i piękna codziennego świeckiego życia. Teraz nawet coraz częściej doświadczam poczucia szczęścia. Bóg nie mieszka przecież w żadnym mitycznie odległym „Domu Ojca”, ale jest blisko. Nie trzeba wcale kierować wzroku ku górze. Wystarczy spojrzeć w oczy tych, których kochamy.