Czy pomysł na spowiedź w pociągu jest duszpastersko poprawny?

Przyznam, że pierwotnie nie miałem zamiaru reagować na news o planowanej spowiedzi w pociągach Kolei Małopolskich. Także dlatego, że niezwykle trudno u nas o merytoryczną dyskusję na argumenty. Dyskutanci – podzieleni na dwa obozy – najczęściej ograniczają się do komentarzy: „Super” albo „Bez sensu”. Ewentualnie: „To jest jedyna droga ewangelizacji” albo „Profanacja sakramentu”.

Do zajęcia się tematem sprowokowała mnie wypowiedź Grzegorza Stawowego, prezesa spółki kolejowej, który przyznał: „Być może zbyt szybko przekazaliśmy, że spowiedź się odbędzie. Nie została podjęta ostateczna decyzja. Sprawdzamy, czy jest technicznie możliwe, by np. zamontować tymczasowo konfesjonał w pociągu. Decyzję podejmiemy w najbliższych dniach. Mogę powiedzieć jednak, że ze strony duchownych jest duże zainteresowanie”.

Zaintrygowały mnie te dwa aspekty akcji: instalowanie konfesjonału w pociągu i duże zainteresowanie duchownych.

Samochód z księdzem

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle, wyobraziłem sobie raczej księdza słuchającego spowiedzi w wyznaczonym przedziale niż w jakimkolwiek konfesjonale. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że w kolejach regionalnych czy aglomeracyjnych raczej nie ma pociągów z przedziałami, siedzi się tam „na przestrzał”. Gdzie ta spowiedź miałaby się odbyć? Nie wiem. Może i sami pomysłodawcy nie wiedzieli, dlatego wpadli na pomysł montowania konfesjonałów. Rozumiem jednak, że miało by to być coś stylistycznie i technologicznie dostosowanego, bo chyba nie taki konfesjonał żywcem przeniesiony z kościoła: szafa z kratami po obu stronach, najlepiej barokowa… Ciekaw jestem, czy był to pomysł jakkolwiek konsultowany z Kościołem (czytaj: z księżmi). Może i tak. A ten konfesjonał w pociągu miałby być ukłonem w stronę norm kanonicznych. Dobrze byłoby bowiem sobie przypomnieć, że – jak mówi Kodeks – „miejscem właściwym przyjmowania spowiedzi jest kościół lub kaplica”, a „spowiedzi nie należy przyjmować poza konfesjonałem, z wyjątkiem uzasadnionej przyczyny (Kan. 964 – § 1, § 3).

W moim kapłańskim życiu sam wysłuchałem spowiedzi kilku autostopowiczów w samochodzie. Zdarzyło mi się spowiadać na weselu. Zawsze jednak można mówić o „uzasadnionej przyczynie” słuchania spowiedzi poza przestrzenią sakralną i poza konfesjonałem

Ktoś powie, że to przepis nieżyciowy. Prawie każdy może podać mnóstwo przykładów spowiadania się poza kościołem i poza konfesjonałem. Spowiadamy chorych przy łóżku, pątników w drodze, na Przystanku Jezus niejednokrotnie spowiadano wprost na polu (jeden z księży ewangelizatorów miał tabliczkę za szybą samochodu: „Samochód z księdzem”). W moim kapłańskim życiu sam wysłuchałem spowiedzi kilku autostopowiczów w samochodzie. Zdarzyło mi się spowiadać na weselu. Zawsze jednak można mówić o „uzasadnionej przyczynie” słuchania spowiedzi poza przestrzenią sakralną i poza konfesjonałem. To sytuacje niestandardowe i w jakimś sensie wyjątkowe wynikające ze szczególnej okoliczności funkcjonującej w danej chwili. Odesłanie penitenta, by sobie zaraz poszukał kościoła, konfesjonału i księdza byłoby może prawnie uzasadnione, ale z miłosierdziem sakramentu miałoby to niewiele wspólnego.

To sytuacja analogiczna do tej opisanej w Dziejach Apostolskich z dworzaninem etiopskim, który w chwili nawrócenia zapytał Apostoła Filipa: „Oto woda. Cóż przeszkadza, by został ochrzczony?” (Dz 8, 36). Było wszystko, co potrzebne: materia chrztu (woda), szafarz (Filip) i właściwa dyspozycja, czyli wiara dworzanina. Trudno było go w tej chwili nawrócenia odsyłać gdzieś do najbliższej gminy wyznawców Chrystusa po chrzest. Tak czasami bywa z penitentem. Jest łaska chwili i trzeba na nią zareagować łaską sakramentu, a nie administracyjno-kanonicznym nakazem. Wszystko to jednak odnosi się wyłącznie do nadzwyczajnych sytuacji, które uzasadniają spowiedź poza konfesjonałami ustawionymi w kościele, i to takimi konfesjonałami, które są „zaopatrzone w kratę między penitentem i spowiednikiem, aby wierni mogli z nich swobodnie korzystać, gdy tego pragną” (Kan. 964 – § 2). Zatłoczony przedświąteczny pociąg to jednak co innego niż sala szpitalna, pielgrzymka czy nawet pole namiotowe Woodstocku.

Kościół wychodzący (na peron)

Zastanowiło mnie także owo „duże zainteresowanie duchownych” kolejowo-sakramentalnym projektem. Jestem przekonany, że to z gorliwości duszpasterskiej. Może nawet ma to być odpowiedź na wezwanie Franciszka do „pastoralnego nawrócenia”. Nie ma co ukrywać – że użyję kontekstualnej metafory – w dużej mierze „pociąg nam odjechał”, a my księża stoimy na peronie i próbujemy do niego wskoczyć. Utrata części wiernych jest faktem, choć o jej przyczynach i skali można by dyskutować. Mechanizm pastoralny wydaje się prosty: skoro oni – wierni do nas – księży nie idą, to my powinniśmy wyjść do nich. Tyle się przecież mówi o Kościele wychodzącym, poszukującym, takim, który nie czeka za zamkniętymi drzwiami kościołów i plebanii i nie odgradza się tabliczką z godzinami urzędowania.

Papież Franciszek w książce „Jezuita” opowiada, jak zachęcał swoich księży do wynajmowania garażów, by robić tam punkty duszpasterskie, gdyż według badań socjologów strefa wpływów parafii w wielkiej metropolii rozciąga się w promieniu 600 metrów wokół niej. Jak mówi Franciszek, drzwi naszych kościołów „były otwarte dla każdego, ale dla każdego, kto do nas przychodził lub nas szukał”. Dzisiaj „Kościół musi przekształcić swoje struktury i metody duszpasterskie, aby nabrały charakteru misyjnego […]. Musimy dysponować strukturami, które pozwolą nam iść tam, gdzie jesteśmy potrzebni, tam, gdzie są ludzie […]”. Wydać się może, że spowiedź w pociągu doskonale się wpisuje w ten projekt. W kwestii tej mam jednak inne zdanie.

Granice dostosowania

Przede wszystkim, spowiedź niewiele ma wspólnego z ewangelizacją. Ona nie jest na początku drogi nawrócenia, ale raczej jest tegoż nawrócenia efektem. Powiedzmy sobie szczerze, na ewangelizację wciąż nie mamy zbyt wielu dobrych pomysłów, choć zapewne takie się pojawiają. Na przykład „rekolekcje w kawiarni”, które zapewne z klasycznymi rekolekcjami niewiele mają wspólnego, a stanowią raczej „przedpole” ewangelizacyjne. Propozycja Kolei Małopolskich to raczej pomysł na spowiedź „dla zabieganych”. Coraz więcej mamy takich projektów „dla zabieganych”: Msze, rekolekcje, spowiedź o nieco nietypowych porach (Noc Konfesjonałów) czy w nietypowym miejscu, jakim jest pociąg. Tutaj też należy szukać genezy takich pomysłów jak różaniec do odmawiany w trakcie jazdy na rowerze. To propozycja „dla zajechanych”.

To zapewne element szerszego procesu, jaki ostatnio obserwujemy. To próba odpowiedzi Kościoła na zmieniający się kulturowo świat. Może nam się to podobać albo nie, ale inna jest dzisiaj organizacja życia. Jego dynamika, mobilność i zmienność generują nowe formy modlitwy: ktoś odmawia różaniec jadąc na rowerze, ktoś odsłuchuje w tramwaju konferencję z empetrójki, a może nawet śledzi adorację. Wciąż jednak musimy sobie odpowiadać na pytanie, które propozycje czy pomysły są duszpastersko poprawne, a które mogą być ślepą uliczką.

Noc Konfesjonałów jest dla tych, co nie zdążą do spowiedzi „za dnia”. Nie wszyscy jednak duszpasterze są zwolennikami takich akcji. I mają dużo racji. Tego typu nadzwyczajne praktyki odzwyczajają od praktyk zwyczajnych. Taka jest logiczna konsekwencja. Noc Konfesjonałów – taki też jest tego owoc – „oducza” od dnia, w którym otwarte są kościoły i konfesjonały. Po co iść w trakcie rekolekcji, skoro będzie jeszcze spowiednicza akcja nocna i pociąg-konfesjonał tuż przed świętami? To prawda, że dzisiaj mamy do czynienia z inną organizacją życia, pracy, rozrywki i całego dnia niż to było jeszcze przed pięćdziesięciu laty. Kościół musi mieć tego świadomość i musi się do tego dostosować. Otwarte pozostaje pytanie o granice tego dostosowania.

Chodzi o wiarę

Na koniec postawię jednak inne pytanie. Czy rzeczywiście jest to tylko sprawa dynamicznej organizacji naszej codzienności i naszego zabiegania czy też – może – nie maskujemy tym naszego braku religijnej motywacji? Kiedyś, przed pięćdziesięciu czy stu laty, ludzie też byli zabiegani, choć pewno inaczej. I też mogli się łatwo dyspensować od kolejki do spowiedzi, powodowani brakiem czasu. Zdaje się jednak, że dobra motywacja zdolna jest pokonać niejedną okoliczność, na którą można by się powołać przy samousprawiedliwieniu nieobecności przy konfesjonale.

W „Przeglądzie Homiletycznym” z 1935 r. znalazłem taki oto – jak to się mówiło niegdyś – budujący przykład: „W Warszawie na misjach podmiejskich (1928 r.) takie były zauważone wzruszające objawy religijności. Robotnicy, nie mogąc doczekać się spowiedzi, zmuszeni byli odejść od konfesjonału i spieszyć do zajęcia. Lecz by nie utracić «kolejki», ustawiali na swoje miejsce żony. Po pracy wracali i zajmowali swoją legalnie strzeżoną kolejkę do spowiedzi. Były i takie wypadki, że robotnik płacił robotnikowi za zastępstwo w pracy, by mieć wolny czas na kazania misyjne i do spowiedzi”.

Oczywiście, trzeba dopowiedzieć, że dzisiaj już nie da się „ustawić” żony, by oczekiwała w zamian za męża w kolejce do spowiedzi, bo i ona pracuje. Ale i dzisiaj nie ma już chyba takich kolejek do świątecznej spowiedzi, by trzeba było zawiązywać komitet kolejkowy i wynajmować „stacza”. I w ogóle nie chodzi o to, by naśladować dawne pomysły. Zmienił się czas, zmieniły się okoliczności, zmieniły się rytm dnia i pracy. Motywacja pozostaje ta sama. Albo jej brak. Ostatecznie chodzi o wiarę.