Niestety, liturgia coraz bardziej dzieli los całego świata: poddaje się medialnej technologii.

„Ja nie przychodzę do kościoła, żeby oglądać telewizję, ale żeby się pomodlić” – mówi do mnie starsza kobieta, rozgoryczona coraz bardziej męczącą inwazją technologii w przestrzeń kościoła. I ja ją rozumiem. Rod Dreher w swej „Opcji Benedykta” bardzo krytycznie podchodzi do związków między technologią a liturgią. Twierdzi nawet, że „technologia nie jest moralnie obojętna” i postuluje „trzymać media społecznościowe z dala od kultu”. Sam może nie byłbym aż tak stanowczy, jednak proponowałbym, aby – zanim się zaprzęgnie media do liturgii – trochę się zastanowić, co one „robią z ludźmi”.

Marshall McLuhan – klasyk teorii mediów i twórca koncepcji determinizmu technologicznego stwierdził, że bardziej niż treść – a może: jeszcze przed treścią – na odbiorcę wpływa samo medium, za pomocą którego dana treść zostaje przekazana. Teza ta jest dziś oczywista. Badania nad piśmiennością, oralnością, wizualnością itd. potwierdzają, że każde medium wytwarza innego odbiorcę, ponieważ domaga się innej percepcji. Czym innym jest czytanie w myślach, czym innym słuchanie, jeszcze czymś innym oglądanie obrazów. Historia chrześcijańskiej myśli teologiczno-estetycznej to między innymi namysł nad relacjami między słowem a obrazem. Nie chodziło tylko o to, czy można Boga przedstawić czy wyłącznie o Nim mówić. Chodziło także o to, jaki typ pobożności kształtuje obraz, a jaki słowo.

Projekcje i prezentacje wyświetlane w trakcie kazania jako ilustracje, filmy religijne wyświetlane tuż przede Mszą – wszystkie te pomysły jednak bardziej rozpraszają, niż skupiają

Pobożność wizualna jest inna od tej opartej na słowie. Odkąd Grecy przyszli do Filipa i powiedzieli „Chcemy widzieć Jezusa”, pobożność wizualna zamieszkuje w Kościele. Dzisiaj zdobywa nowe technologiczne przyczółki, coraz bardziej wypierając pobożność opartą na słowie i słuchaniu. Przestrzeń sakralna jest miejscem coraz większej inwazji wizualności: umieszczane na filarach telebimy i ekrany, które transmitują Mszę św. dla tych, którzy mają ograniczoną widoczność ołtarza – tak jakby widzenie księdza było warunkiem sine qua non uczestnictwa w liturgii; projekcje i prezentacje wyświetlane w trakcie kazania jako ilustracje, filmy religijne wyświetlane tuż przede Mszą – wszystkie te pomysły jednak bardziej rozpraszają, niż skupiają. Taka jest natura obrazu, który wygrywa ze słowem.

Wspomniany Dreher pisze, że „niedzielne nabożeństwo jest ostatnim miejscem, w którym wierny powinien mieć rozproszoną uwagę”, a zaangażowanie się w technologię w trakcie liturgii (autor mówi o mediach społecznościowych, za pośrednictwem których wierny miałby w niej uczestniczyć), „uniemożliwia utrzymanie kontemplacyjnego stanu umysłu, w jakim wierny powinien przychodzić do kościoła”. Wiemy dobrze, że rzadko przychodzimy już „w kontemplacyjnym stanie umysłu”. Temu właśnie może służyć cisza przed liturgią, która nie została zniszczona transmisją kolejnego odcinka religijnej pogadanki.

Niestety, zdarza się, że transmisje przed Mszą św. wypierają dotychczasowe praktyki modlitewne – jak śpiewanie Godzinek czy wspólny Różaniec. Ale tych, którzy przychodzili „dla Godzinek” wcale nie zastąpili ci, co przychodzą „dla filmu”. Ludzie nie szukają w kościele tego, co mają w domu. Po prostu. Przychodzą po ciszę, modlitwę, kontemplację, liturgię, a telewizję mogą pooglądać u siebie. Ruchome obrazy, które konkurują ze słowem – przed liturgią czy po niej – bardziej przeszkadzają, niż pomagają. Wiedzą o tym choćby ci, którzy jeżdżą na różnorakie konferencje naukowe, gdzie prawdziwą plagą są źle przygotowane prezentacje. Bardziej bowiem intryguje w nich dobór czcionki, wykadrowanie ilustracji, kolor tła, efekty wirujących liter niż treść tego, co ma być przedstawione. Zła prezentacja to zły odbiór.

Może rzeczywiście trzeba wrócić do kanonów Soboru Trydenckiego, który postanawiał, „iż nikomu nie wolno ani umieszczać ani polecać umieszczać w jakimkolwiek miejscu bądź kościele, nawet najbardziej wydzielonym, jakiegokolwiek niezwykłego obrazu, jeśli nie został zatwierdzony przez biskupa”. Dlaczego ten przepis nie miałby się dzisiaj odnosić do „ruchomych obrazów” pojawiających się w kościele: różnorakich prezentacji, transmisji czy pokazów? Czy rzeczywiście wystarczającym powodem, by je umieszczać w przestrzeni świątyni i samej liturgii, są technologiczne możliwości?

W roku 1955 Karl Rahner pisał: „Dla człowieka nadchodzącego stulecia będzie więc wielkim błogosławieństwem, jeśli będzie jeszcze takie miejsce, kościół właśnie, gdzie będzie on mógł zachować swoją naturalną, ludzką miarę; […] gdzie będzie miał miejsce, które będzie go wyzwalać z braku umiaru w dziedzinie techniki, będącej przecież jego zadaniem i losem”. Coraz bardziej jestem przekonany, że – niestety – wielki niemiecki teolog się mylił, a liturgia coraz bardziej dzieli los całego świata: poddaje się medialnej technologii. Ale – jak przestrzegał Rahner – misterium, które staje się medialną sensacją, szybko przeradza się w nudę.