To, co mnie przeraziło najbardziej w tych opisach, to udział ludności cywilnej – mówi Grzegorz Gauden, autor książki o pogromie lwowskim, dokonanym przez Polaków 22 listopada 1918 roku.

Grzegorz Gauden, były naczelny „Rzeczpospolitej” i wieloletni dyrektor Instytutu Książki, napisał książkę „Lwów non fiction. Opowieść o pogromie listopadowym 1918”, która ukaże się w przyszłym roku. Opisuje w niej pogrom lwowski, którego setna rocznica wypadła 22 listopada. W „Gazecie Wyborczej” (24-25 listopada) rozmawia z nim Jarosław Kurski.

– Zobaczyłem kiedyś stare zdjęcie: jakiś spalony przez Niemców podczas II wojny barokowy kościół we Lwowie. Mój przyjaciel Andrij Pawłyszyn, dziennikarz i historyk, wyprowadził mnie z błędu: to synagoga, którą Polacy spalili w 1918 roku. Nie mogłem uwierzyć. Zacząłem to badać. Pojechałem do Lwowa, otworzyłem teczki. Trudno opisać to uczucie, kiedy wiesz, że po prawie 100 latach jesteś pierwszym czytelnikiem relacji ofiar zbrodni. Wiedziałem, że tamci ludzie muszą przemówić – opowiada Gauden.

O ósmej rano 22 listopada 1918 roku na lwowskim rynku zbierają się tłumy Polaków. Co się wtedy wydarzyło? Gauden: – Przyszli powitać niepodległość. Na oczach tłumu żołnierze oddziału Abrahama (Roman Abraham, porucznik Wojska Polskiego) w obecności dowódcy rozbijają największy żydowski sklep jubilerski, czyli salon Zippera. To wtedy zaczyna się pogrom w rosyjskim znaczeniu tego słowa, czyli morderstwa, rabunki, gwałty, podpalenia co najmniej tolerowane przez władze. Splądrowane są wszystkie żydowskie sklepy w rynku, pod ratuszem, gdzie urzędują już polskie władze. Chrześcijańskie pozostają nietknięte. Potem ul. Krakowską wojsko i tłum lwowian idą na Zamarstynów.

– Eksplozja nienawiści następuje o świcie w piątek 22 listopada – mówi Gauden – i trwa dwie doby, do ósmej rano w niedzielę 24 listopada. Charakterystyczne jest zachowanie Mączyńskiego (Czesław Mączyński, naczelny dowódca obrony Lwowa). Mimo nakazu generała [Bolesława] Roi w pierwszym dniu pogromu, by wprowadził natychmiast sądy doraźne, nie tylko ich nie wprowadza, lecz także wydaje w drugim dniu oskarżycielską odezwę do ludności żydowskiej, którą nakazuje rozwiesić na ulicach Lwowa. Ta odezwa tak naprawdę wzywa do pogromu.

Ile osób zamordowano? – Minimalna liczba ofiar śmiertelnych podana przez sędziego Zygmunta Rymowicza to 50 osób. Komisja Ministerstwa Spraw Zagranicznych mówiła w grudniu 1918 roku o blisko 150 ofiarach śmiertelnych. Rannych jest wielokrotnie więcej. No i gwałty, grabieże, podpalenia… Spłonęło 50 kamienic żydowskich, obrabowano ponad 500 sklepów.

To, co mnie przeraziło najbardziej w tych opisach, to udział ludności cywilnej. Lwów był wówczas stolicą polskiej nauki i kultury, najbardziej polskim z polskich miast. I nie w pierwszych dniach niepodległości, lecz w pierwszych minutach Polacy we Lwowie idą na dzielnicę żydowską. Tam nie ma NKWD, nie ma UB, nie ma SS, nie ma Gestapo. Nikogo, kto by prowokował. Tam jesteśmy sami z własną niepodległością.

Kurski dopytuje, skąd już wtedy, w listopadzie 1918 roku, takie pokłady antysemityzmu? Gauden: – Ten proces trwa od drugiej połowy XIX wieku. To produkt endecji i Kościoła katolickiego. Gazeta codzienna „Dwa Grosze”, antysemicka publicystyka katolicka, opowieści o mordzie rytualnym i żydowskiej zdradzie. Społeczeństwo jest urobione, żeby iść na Żyda. Żyd stał się fantazmatem, uosobieniem zła, szkody, czwartym zaborcą Polski. Złem, które należało wytępić. Tak nastąpił koniec Mickiewiczowskiej idyllicznej sielanki Rzeczypospolitej.

JH