Najczęściej dziewczętom kazano spać w kuchni, na dusznym pawlaczu, na korytarzu czy nawet w łazience. Na haku wbitym w ścianę trzymały swój skromny dobytek zawinięty w tobołek.

Nie miało znaczenia, jak się nazywa. Mogła to być Emilka, Józia lub Basia, ale pani i tak mówiła do niej „Marysiu”. Ważniejsze było to, czy była ładna, czy brzydka. Lepiej brzydka, choć bez przesady. W jednym z domów dzieci jaśniepaństwa odmówiły spożywania posiłków, które przyniosła im szkaradna, ospowata sługa. Istotny był też wiek i kondycja – młoda i silna łatwiej sprosta codziennej, kilkunastogodzinnej pracy. No i musiała być zdrowa, w końcu korzystała z pańskich talerzy i dotykała ich dzieci. Służąca – biała niewolnica.

W polskich powieściach sprzed roku 1945 służące pojawiają się dość często, były wszak nieodzownym elementem wielu domów. Zadziwia zatem fakt, że w archiwach praktycznie nie zachowały się materiały źródłowe opisujące życie tej grupy. Ślad po niej w zasadzie urwał się, gdy służące zniknęły z codziennego krajobrazu naszych ulic. Książka Joanny Kuciel-Frydryszak „Służące do wszystkiego” przywraca do zbiorowej pamięci narrację tych, których przez stulecia lekceważono, którymi pomiatano i którym odmawiano elementarnych praw i zakazywano nawet narzekać, tłumacząc – jak pewien autor podręcznika dla służących – że „Bóg tak rozporządził, abyś w takim niskim stanie pracowała na kawałek chleba […] jest stan sługi podły i wzgardzony, ale po chrześcijańsku się zapatrując, jest to stan bardzo zacny i szlachetny”.

W Polsce końca XIX i początku XX wieku prowadzenie domu, nawet przez niższych urzędników, bez służącej było nie do pomyślenia. W międzywojennym Krakowie takową miało 30 procent wszystkich gospodarstw domowych. Przed pierwszą wojną światową w zamożniejszych domach było ich kilka: kucharka, pokojówka, praczka, a do tego lokaj i kamerdyner. Po wojnie społeczeństwo zbiedniało i najczęściej mogło sobie już pozwolić tylko na tzw. służącą do wszystkiego, która za marne pieniądze oddawała państwu każdą minutę swojego życia. „To służąca, która mieszka z państwem, gotuje, pali w piecu, froteruje podłogi, czyści srebra, robi zakupy, podaje kawę, herbatę, palto, otwiera drzwi, ceruje sfatygowaną garderobę pana, pani oraz panicza. Do wszystkiego”. 

Najczęściej były to dziewczyny pochodzące ze wsi, uciekające od skrajnej nędzy i głodu. Zdarzało się, że rodzice sami wysyłali swoje ośmioletnie córki na służbę, bo nie mieli ich jak wykarmić. Wyjazd do miasta „do obowiązku” jawił się wielu dziewczętom jako szansa na odbicie się od dna. Gdy tylko zdołały zdobyć środki na przyjazd, często jechały w ciemno. Jeśli miały szczęście i znajomości, trafiały do dobrych domów. Jeśli los im nie sprzyjał, padały ofiarą sutenerów i kończyły w domach publicznych. Przed takim losem od 1906 roku starały się je ochronić zytki, czyli członkinie Stowarzyszenia Sług Katolickich pod wezwaniem Świętej Zyty. Na dworcu zawsze dyżurowała jedna z nich, aby z każdego nadjeżdżającego pociągu wyłapywać wiejskie dziewczyny szukające pracy i proponować im bezpieczne schronienie w domu stowarzyszenia. W samym roku 1907 w ten sposób zytki uchroniły 127 dziewcząt.

Zdarzało się, że rodzice sami wysyłali swoje ośmioletnie córki na służbę, bo nie mieli ich jak wykarmić

Te z nich, które nie miały zapewnionej posady, mogły skorzystać z pośrednictwa rajfurek albo udać się do miejsca, o którym wiadomo, że panie szukają tam służby. W Krakowie trzeba było iść pod pomnik Mickiewicza. Tam panie przebierały w kandydatkach jak w ulęgałkach. Dopytywały, szturchały, macały, cmokały z niezadowoleniem. Skojarzenie z targiem niewolników nie jest tu nadużyciem.

Wybrana dziewczyna zaczynała nowe życie. Wstawała o świcie, kładła się spać ostatnia. Tylko od dobrej woli pani zależało, czy dostanie jakiekolwiek wychodne, np. dwie godziny w niedzielne popołudnie. Nieoczywistą praktyką było też takie układanie służbie grafiku prac, by znalazł się w nim choćby kwadrans dziennie na odpoczynek. Za to przysługiwało jej zazwyczaj kilka minut na zjedzenie obiadu. Oczywiście po posiłku jaśniepaństwa. Naturalnie w samotności w kuchni. A jedzenie też bez wątpienia było gorsze niż na pańskim stole, zdarzały się wręcz przypadki głodzenia.

Nie lepiej było z zakwaterowaniem. W polskich realiach normą było, że służbówki budowano tylko w dużych mieszkaniach. Do lat 30. były to pokoiki zazwyczaj pozbawione okna, a ich metraż nie przekraczał 3-4 metrów kwadratowych. A i tak stanowiły dla biednej służącej, która właściwie nie miała nic swojego, obiekt westchnień. Najczęściej dziewczętom kazano spać w kuchni, na dusznym pawlaczu, na korytarzu czy nawet w łazience. Na haku wbitym w ścianę trzymały swój skromny dobytek zawinięty w tobołek.

Warunki mieszkaniowe służących były haniebne w całej Europie. Z badań przeprowadzonych w 1900 roku przez niemieckiego lekarza Oscara Stillicha wynika, że „czeladź zajmowała najgorsze kąty domów, gdzie umierało się latem z gorąca i od robactwa, a zimą zastygało od szronów zlodowaciałego barłogu, gdy piesek pani zasypiał spokojnie na rozkosznie przygotowanym legowisku”. Co gorsze, nawet te ubogie kąty były służącym udostępniane czasowo, dopóki miały siłę pracować. Gdy zachorowały lub się zestarzały, najczęściej były wyrzucane na bruk. Lądowały w schroniskach, nawet jeśli zdołały jeszcze znaleźć jakąś dorywczą pracę, np. praczki, to nie stać ich było na własne lokum. W jednym z takich przytułków był reporter łódzkiej gazety „Echo”. Po wizycie pisał: „Jest godzina pół do dziesiątej wieczorem i lokal cały przepełniony jest wychudłymi postaciami w wyszarzałych i przeświecających chustach. Wyniszczone postacie sprawiają wrażenie, że chwieje nimi wiatr hulający po korytarzach budynku dawnej fabryki. Łóżka typu wojskowego piętrowe rażą nieprzygotowane oczy zimnem gołych desek”.

Służąca, nawet jeśli pracowała w domu przez kilkadziesiąt lat, dla domowników często pozostawała obca. Wystarczy wspomnieć, że na podstawie regulacji zaborczych jeszcze z XIX wieku prawo pozwalało bić służącą. Dopuszczalne były kary cielesne „umiarkowane i nieszkodliwe” dla zdrowia, ale już za nieposłuszeństwo pracodawca miał prawo wychłostać służącą jeszcze do 1939 roku! Służba domowa nie miała zagwarantowanych żadnych praw, a państwo mogli ją zwolnić aż z 23 powodów, np. gdy o nich plotkuje lub nie wróciła na noc.

W ówczesnych warunkach społecznych panią od służącej dzieliła gigantyczna przepaść klasowa, którą widać nawet w języku, jakiego używano powszechnie w odniesieniu do służących. Zofia Moraczewska, jedna z pierwszych kobiet w polskim parlamencie, kobieta światła i osobiście zaangażowana w walkę o objęcie ochroną prawną służby domowej, w roku 1922 pisała w liście do siostry: „Biada ze służbą. Dotychczasowa sługa – porządna kobieta, ale strasznie nieporadna, ciężka, ordynarna. W pokoju wcale użyć jej nie można, bo porusza się w swoich ogromnych zabłoconych butach i patrzeć na nią nie mogę. Można ją będzie użyć w ogrodzie. W mieszkaniu trzeba będzie posługiwać się raczej jej córką, 12-letnim dzieckiem, o ile potrafi się czegokolwiek przyuczyć”. Zatem służąca to ktoś, kogo się używa, kim się posługuje. Od uznania, że służąca to taki sam człowiek jak jej pani, dzielą nas jeszcze lata świetlne.

W tym miejscu ciśnie się na usta pytanie: gdzie był Kościół – jako pierwszy predysponowany do ujmowania się za ciemiężonymi? Niewątpliwie był wtedy jedyną organizacją społeczną, która w sposób instytucjonalny i materialny wspierała tę grupę. Wspomniane już zytki tworzyły schroniska dla bezrobotnych, szpitale, przytułki. Ponadto ich spotkania odbywały się zazwyczaj w przykościelnych salkach i często były to jedyne miejsca, gdzie służące mogły porozmawiać z koleżankami, napić się herbaty, odpocząć. Niebagatelne znaczenie miała również walka z analfabetyzmem wśród służących. Wiele z nich dopiero w późnym wieku w szkołach dla analfabetek mogło nauczyć się czytać i pisać.

Joanna Kuciel-Frydryszak, „Służące do wszystkiego”

Joanna Kuciel-Frydryszak, „Służące do wszystkiego”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

W wymiarze socjalnym Kościół niewątpliwie ma wielkie zasługi, ale nie wolno zapominać, że Stowarzyszenie Sług Katolickich było przede wszystkim organizacją formacyjną, która stawiała sobie za cel kształtowanie charakteru służących. I tu z żalem trzeba przyznać, że działała w istocie w interesie chlebodawców, nie służących. W narracji prasy katolickiej służące powinny były pogodzić się z losem, jakkolwiek by był ciężki, bo taka jest wola Boża. Jak świat światem zawsze byli panowie i służący, więc zamiast buntować się przeciwko odwiecznym porządkom trzeba starać się jak najbardziej skrupulatnie wypełniać obowiązki swojego stanu. Dobra służąca powinna być przede wszystkim pokorna i służyć „swemu państwu jak Jezusowi”. Kazimierz Riedl, autor podręcznika dla służących, radził: „Nie opuszczaj służby dla jakiej błahej przyczyny, ale cierp dla Pana Jezusa, bo raju nigdzie nie znajdziesz na ziemi, a gdzieniegdzie co może gorzej będzie”. Nie sposób uciec od wrażenia, że Kościół walczył głównie o zachowanie ówczesnych – feudalnych w istocie – stosunków społecznych i jak ognia bał się wszystkiego, co mogłoby w uciskanych dziewczynach wzbudzić tęsknotę za sprawiedliwością i wzniecić zarzewie buntu.

Na koniec przyznać wypada, że książka Kuciel-Frydryszak nie kreśli obrazu relacji pracodawców i służących wyłącznie w czarnych barwach. Autorka podaje wiele przykładów służących, które zostawały członkami rodziny i miały na starość troskliwą opiekę ze strony swoich byłych chlebodawców. Opisuje też dramatyczne historie, gdy przywiązanie służących do swoich państwa prowadziło je z nimi do getta czy na Umschlagplatz. Kilku dziewczętom poświęca osobne rozdziały, brawurowo opisana jest relacja Zofii Nałkowskiej i jej służącej Geni, która była legendą powojennej literackiej Warszawy, bo całkowicie zdominowała w ostatnich latach życie pisarki. Co bardzo cenne, w tej książce służące nie zawsze są niewinnie ciemiężone – w dramatycznym rozdziale o wykorzystywaniu seksualnym służących autorka uczciwie pisze o służących, które molestowały powierzone sobie dzieci; w innym miejscu wspomina służące, które podczas okupacji szantażowały swoich byłych żydowskich pracodawców.

Świat służących bezpowrotnie odszedł w zapomnienie. Ale choć stosunki społeczne, które opisuje autorka, uległy głębokim przeobrażeniom, ostatnie zdanie tej książki nie pozostawia złudzeń: „po stu latach nie jesteśmy ani o jotę lepsi, a chciwość i silnie zakorzenione pragnienie dominacji wciąż prowadzą do wyzysku i pogardy”.