Stanowisko Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wykorzystywania seksualnego kończy wewnątrzkościelne spory, czy rzeczywiście ten problem istnieje. W dokumencie brakuje jednak słów skierowanych wprost do ofiar oraz choćby cienia świadomości, że problemem są nie tylko bezpośredni sprawcy.

Ogłoszone przedwczoraj „Stanowisko Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wykorzystywania seksualnego osób małoletnich przez niektórych duchownych”  to dokument ważny. Sądzę jednak, że w historii radzenia/nieradzenia sobie przez Kościół w Polsce z poszukiwaniem właściwych sposobów reakcji na kryzys wokół skandali seksualnych nie zapisze się on jako wydarzenie przełomowe – raczej jako domknięcie pewnego wstępnego etapu.

Bez wątpienia stanowisko KEP zawiera pewne nowe, bardzo istotne elementy jednoznacznie pozytywne. I od nich należy zacząć.

Proszę, dziękuję, przepraszam

Trzy zdania mają w tym dokumencie charakter fundamentalny – a ich obecność w stanowisku przyjętym przez plenarne zebranie Konferencji Episkopatu Polski ma szczególne znaczenie. To te stwierdzenia, w których używa się najprostszych słów: proszę, dziękuję, przepraszam… „Przepraszamy Boga, ofiary wykorzystania, ich rodziny i wspólnotę Kościoła za wszystkie krzywdy wyrządzone dzieciom i ludziom młodym oraz ich bliskim przez duchownych, osoby konsekrowane i świeckich pracowników kościelnych. […] Prosimy osoby pokrzywdzone przez duchownych, aby zgłaszały doznaną krzywdę do przełożonych kościelnych oraz do odpowiednich organów państwowych. […] Równocześnie dziękujemy wszystkim, którzy w trosce o świętość Kościoła i jego pasterzy, z odwagą ujawniają grzech i przestępstwo nadużyć”.

Stanowisko KEP ma zostać odczytane we wszystkich kościołach. Po raz pierwszy do praktykujących katolików w Polsce dotrze od biskupów jasny komunikat: „My też mamy problem”

Mamy tu więc kolejno: przeprosiny pod adresem ofiar i ich rodzin, apel do pokrzywdzonych o zgłaszanie swoich krzywd, podziękowania dla wszystkich, którzy (i to „z odwagą”!) nadużycia ujawniają. Nie trzeba tłumaczyć, jak istotne jest wygłoszenie takich stwierdzeń po raz pierwszy przez całą Konferencję Episkopatu, a nie tylko przez pojedynczych biskupów. W swych indywidualnych wypowiedziach niektórzy hierarchowie szli, co prawda, o wiele dalej – choćby dziękując wprost mediom za ujawnianie skandalicznych przypadków wykorzystywania seksualnego. Naiwnością byłoby jednak oczekiwanie tak daleko idących stwierdzeń od całego gremium episkopatu, który w podejściu do kwestii wykorzystywania seksualnego jest mocno zróżnicowany (analizowałem tę sytuację niedawno w tekście „Kościół na równi pochyłej” oraz w wywiadzie dla Gazeta.pl).

Nie sposób jednak przecenić faktu, że powyższe stwierdzenia zostaną, jak zapowiedział przewodniczący KEP, odczytane w jedną z najbliższych niedziel we wszystkich polskich kościołach katolickich. Co prawda, dla abp. Stanisława Gądeckiego „argumentem za odczytaniem w kościołach jest chęć uniknięcia manipulacji stanowiskiem Episkopatu, poprzez taki czy inny wybór cytatów przez media, idący w jakimś ideologicznym kierunku” – niezależnie jednak od motywacji, tym samym po raz pierwszy do praktykujących katolików w Polsce powinien dotrzeć od biskupów jasny komunikat: „My też mamy problem”. Powinien – bo nie wiadomo, czy list będzie rzeczywiście czytany we wszystkich diecezjach (każdy biskup oddzielnie musi do tego zobowiązać swoich proboszczów) i nie wiadomo, jak go będą przyjmować wierni (z ich mentalnością w tej dziedzinie jest czasem większy problem niż ze świadomością hierarchów – tak silna jest bowiem oddolna sakralizacja duchownych i niedowierzanie, że ktoś osobiście znany mógł czynić bezbronnym dzieciom czy młodym ludziom rzeczy podłe).

Bez słowa do ofiar

Poprzednią kropką można by zakończyć ten komentarz, gdyby miał on pełnić funkcję propagandową – przekonywać, że jest w Kościele lepiej niż się czytelnikom wydaje – a nie opisową. Patrząc jednak na całość zagadnienia, a zwłaszcza na etapy rozwoju sytuacji w innych krajach, gdzie kryzys ten pojawiał się wcześniej, dostrzec trzeba również słabości dokumentu KEP.

Mnie osobiście brakuje w nim zwłaszcza dwóch rzeczy – fragmentu skierowanego wprost do ofiar oraz choćby cienia świadomości, że problemem są nie tylko bezpośredni sprawcy.

Polski episkopat nauczył się już cytować słowa Benedykta XVI do sprawców, do odrobienia pozostała jeszcze lekcja stosunku do ofiar

Nastawienie na słuchanie ofiar jest sprawą zupełnie zasadniczą w dojrzałym podejściu do kwestii wykorzystywania seksualnego (już dziś mogę polecić Państwu poruszającą dyskusję na ten temat, jaką opublikujemy wkrótce na łamach zimowej „Więzi” – „I tak nikt ci nie uwierzy” z udziałem Agaty Baranieckiej-Kłos, Justyny Kopińskiej i o. Adama Żaka). Od czasów Benedykta XVI papieże w niemal każdym kraju podczas podróży zagranicznych spotykają się z przedstawicielami ofiar. W Polsce jednak jest to o wiele trudniejsze. Niektórzy biskupi odbywali takie spotkania, ale raczej nie informują o nich opinii publicznej. Do wyjątków należy bp Andrzej Czaja, który napisał o swych rozmowach z ofiarami w liście pasterskim do diecezjan opolskich: „Ich cierpienie i ból, to, co przeżywają i z czym się zmagają, trudno sobie wyobrazić i nie sposób opisać. Doświadczyłem tego w niejednej rozmowie i mam tego świadomość”.

Polscy biskupi zamieścili w swym stanowisku wyrazy współczucia wobec ofiar. Uderzające jest jednak, że ich dokument zawiera bardzo stanowcze „słowo do sprawców”, zaczerpnięte z listu Benedykta XVI do katolików Irlandii z 2013 r., nie ma zaś oddzielnego fragmentu adresowanego do ofiar. Zaś w liście obecnego papieża emeryta, który tu przyjęto za wzór, surowe słowa skierowane do sprawców poprzedzone były empatycznymi słowami „do ofiar nadużyć i do ich rodzin”. Cytat będzie przydługi, ale wyraźnie pokazuje on problem.

„Cierpieliście okrutnie i z tego powodu naprawdę bardzo ubolewam – pisał Benedykt XVI do irlandzkich ofiar wykorzystania seksualnego. – Wiem, że nic nie może wymazać zła, jakiego doznaliście. Zawiedziono wasze zaufanie i podeptano waszą godność. Wielu z was, kiedy znalazło w sobie dość odwagi, by opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, nie zostało przez nikogo wysłuchanych. […] To zrozumiałe, że trudno wam przebaczyć lub pojednać się z Kościołem. W jego imieniu mówię, że wszyscy odczuwamy wstyd i wyrzuty sumienia. Jednocześnie proszę was, byście nie tracili nadziei. […] Wiem, że po tym, co się stało, niektórym z was trudno jest nawet stanąć w drzwiach kościoła. Jednakże rany Chrystusa, przemienione przez Jego zbawcze cierpienie, są narzędziami, dzięki którym moc zła zostaje pokonana, a my odradzamy się do życia i do nadziei. Głęboko wierzę w uzdrawiającą moc Jego ofiarnej miłości – także w sytuacjach najbardziej mrocznych i beznadziejnych – która przynosi wyzwolenie i obietnicę nowego początku”. Do rodziców ofiar papież pisał zaś: „Przeżyliście prawdziwy wstrząs, gdy dowiedzieliście się o strasznych rzeczach, do jakich doszło w środowisku, które miało być ze wszystkich najbezpieczniejsze”.

Polski episkopat nauczył się już cytować słowa Benedykta XVI do sprawców, do odrobienia pozostała jeszcze lekcja stosunku do ofiar. Dopiero spojrzenie bezpośrednio w oczy ofiarom pozwala zrozumieć głębię traumy wykorzystywania seksualnego w Kościele.

Procedury jako substytut nawrócenia  

Jeszcze większą trudnością dla większości polskich biskupów jest przyznanie, że problemem są nie tylko bezpośredni sprawcy przestępstw, lecz także postawa kościelnych przełożonych – czyli niekiedy ich samych, a jeszcze częściej ich poprzedników: głęboko zakorzenione w klerykalnej kulturze bagatelizowanie problemu, ukrywanie nieraz ciężkich zbrodni, tuszowanie spraw, zamiatanie pod dywan, czyszczenie kościelnych archiwów.

Przed 10 laty istniejące różnice postaw ujawniły się bardzo wyraźnie na przykładzie dwóch odmiennych reakcji na sytuację w Szczecinie: ze strony ówczesnego arcybiskupa i ówczesnego prowincjała dominikanów – zob. „Dwie twarze Kościoła, dwie twarze biskupa”. Sporo się od tego czasu zmieniło na lepsze, ale wciąż nie uznano w Polsce na poziomie kościelnej hierarchii drugiego dna problemu. Przezwyciężono już (przynajmniej deklaratywnie) obarczanie winą za problem ofiar, które po latach zgłaszają nadużycia. Nadal dominuje jednak przekonanie, że winni są wyłącznie bezpośredni sprawcy. W wywiadzie dla KAI, opublikowanym tuż po ogłoszeniu komentowanego tu stanowiska, prymas Polski abp Wojciech Polak z właściwą sobie delikatnością wskazuje na ten problem, mówiąc o świadomości biskupów: „trzeba przełamać nasze obawy i to, co papież nazywa również naszym klerykalnym stylem myślenia”.

Biskupi niemieccy czy amerykańscy też zawiedli na całej linii. Dziś ze wstydem muszą przyznawać się do zaniedbań własnych lub swych poprzedników

Dopóki nie nastąpi rozstanie z ową kulturą klerykalną, wciąż najlepsze nawet procedury mogą być tylko substytutem niezbędnego nawrócenia (więcej na ten temat – w tekście brytyjskiego jezuity Jamesa Hanveya, który ukaże się w zimowej „Więzi”). Prawdopodobnie za kilka lat któryś następny przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski będzie musiał wypowiedzieć słowa podobne do tych, jakie – akurat dzień przed ogłoszeniem polskiego stanowiska! – wygłosił kard. Reinhard Marx jako przewodniczący niemieckiego episkopatu: „Zawiedliśmy i byliśmy jakby zaślepieni: nie chcieliśmy widzieć, nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości, co się dzieje, umniejszaliśmy, nie chcieliśmy słuchać”.

Rzecz jasna, nie chodzi tu bynajmniej o stawianie za wzór postaw biskupów niemieckich czy amerykańskich – i jedni, i drudzy zawiedli bowiem na całej linii, jeszcze kilka lat temu prezentując postawy analogiczne do dominujących obecnie w Polsce. Dziś natomiast ze wstydem muszą przyznawać się do zaniedbań własnych lub swych poprzedników.

Mądrość etapu

Ciesząc się ze znaczącego kroku do przodu, trzeba więc powiedzieć, że przed hierarchami decydującymi o polityce Kościoła w kwestii wykorzystania seksualnego jeszcze długa droga. Autorzy dokumentu mają tego świadomość, gdy piszą o tym, że dopiero rozpoczęto w Polsce „zbieranie potrzebnych danych”, w oparciu o które będzie można „dobrze rozpoznać przyczyny tych czynów i ocenić ich skalę”.

Opublikowany w tym tygodniu dokument wyraża więc aktualną świadomość dominującej w episkopacie większości. Posuwa sprawę zdecydowanie do przodu – choć nie tak szybko, jak by chciało wielu, łącznie z niżej podpisanym. Ale jak na ten etap rozwoju – i tak udało się dużo.

Można uznać, że to stanowisko KEP kończy etap wewnątrzkościelnych sporów, czy rzeczywiście problem istnieje. Tak, mamy problem – odpowiadają biskupi, bo „również w Polsce miały miejsce sytuacje seksualnego wykorzystywania dzieci i młodzieży przez niektórych duchownych i osoby zaangażowane w Kościele”. Kroku wstecz już wykonać nie można. Analiza, na czym dokładnie polega ten problem i jak odpowiedzieć na niego głębiej niż tylko uchwalając słuszne dokumenty – wciąż jeszcze przed Konferencją Episkopatu Polski.