Na bramce spodziewam się usłyszeć od Niego: w której drużynie grałeś, Szymon? Czym byłeś? Śmiercią? Czy, tak jak Ja, byłeś życiem?

Tak bardzo chciałbym nie być murem, o który rozbije się Objawienie. Ostatnim pokoleniem, które w relacjach ze światem ma jeszcze do dyspozycji szybę, a nie tylko lustro. Chciałbym pokazać mojej córce świat tak wspaniały, że nie przystoi go banalizować chowem przemysłowym ani współczesnym myślistwem. Pomóc jej, nauczyć ją odkrywać w stworzonej naturze naturę Boga, który jest przecież nieustanną relacją, istnieje stale z kimś i stale dla kogoś. Nasi chrześcijańscy teologowie, pociesznie bezradni wobec prób szczegółowego opisania relacji wewnątrz Trójcy Świętej, weszli swego czasu w ciekawe metaforyczne obszary, opowiadając, że Trzy Osoby żyją w perychorezie, czymś na kształt nieustannego współbrzmiącego ruchu, bo powiedzieć, że chodzi tu o taniec, to mocno zawęzić intuicję, która się tu objawiła. O tym właśnie pisze w swojej – pierwszej w historii Kościoła poświęconej ekologii – encyklice papież Franciszek: „Człowiek tym bardziej się rozwija, tym bardziej dojrzewa i tym bardziej uświęca, im bardziej wchodzi w relacje, przekraczając siebie, aby żyć w komunii z Bogiem, z innymi i ze wszystkimi stworzeniami. W ten sposób przyjmuje w swoim życiu ową dynamikę trynitarną, jaką Bóg w nim odcisnął od początku jego istnienia” („Laudato Si’” 240).

Każdy akt owego Trójjedynego Boga – jak zauważa anglikański profesor teologii i autor fundamentalnej „Teologii zwierząt” Andrew Linzey – jest aktem nie tylko społecznym, ale budującym wspólnotę, aktem miłości, i zawsze jest pozbawiony przemocy. Mamy Boga, który nie jest konsumentem, jest żywnością. Dla mnie to „jakby oczywistość”, więc przyznam, że miewam niejaki kłopot ze zrozumieniem nastawienia tych moich współbraci, którzy twierdzą, iż jest odwrotnie. To chyba też Linzey pisał o błąkającej się dziś po wielu chrześcijańskich umysłach figurze „Jezusa drapieżnika”. Zaiste, ciekawy to drapieżnik, co woli zginąć, niż dopominać się o swoje, jak najbardziej słuszne i elementarne, prawa. Który mógłby zabijać, by żyć – wszak jest wszechmocny – a tymczasem daje się zabić, by żyć mogli inni.

Kto był uprzejmy dać magisterium z teologii (że o etacie w Lasach Państwowych nie wspomnę) kapłanowi, który z fetyszyzowanego i niezrozumianego do bólu zdania o „czynieniu sobie ziemi poddaną” wysnuł błogosławieństwo dla rżnięcia tysiącletniej puszczy?

Źle znoszę szaloną promocję potępianego przez Franciszka „despotycznego antropocentryzmu” („Biblia nie daje podstaw do despotycznego antropocentryzmu nie interesującego się innymi stworzeniami”, „Laudato si’” 68). Ze zdumieniem słucham perlistych wywodów pewnego znanego księdza profesora z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który zdaje się ostatnio ścigać sam z sobą na liczbę farmazonów dających się zmieścić w minucie przemówienia. Te o Święcie Reformacji jako „utożsamianiu Boga z szatanem” i o mesjańskiej misji Polaków zostawmy na inną okazję, tu mówimy wszak o ekologii: „W ideologii ekologizmu jako zielonego, ateistycznego, materialistycznego i nihilistycznego neokomunizmu dokonywana jest radykalna negacja Boga jako stworzyciela Polski, Polaków i Polek, zwierząt i roślin. (…) Od totalnej opozycji względem Boga objawionego do przejściowej animalizacji człowieka, aby go jednak ostatecznie doprowadzić do zagłady. Jest to, kochani – a wiem, co mówię, i czynię to z pełną odpowiedzialnością przed państwem i obliczem Bożym – ideologia będąca odmianą zielonego nazizmu”.

Szymon Hołownia, „Boskie zwierzęta”

Szymon Hołownia, „Boskie zwierzęta”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018. Premiera 28 listopada

Więcej rozbawienia i politowania odnajduję w sobie jednak w konfrontacji z produkcjami przeróżnych księży myśliwych, opowiadających o uniesieniach duchowych, jakie przeżywają, zadając śmierć lisom czy sarnom, posuwających się nawet do ryzykownej w swojej pompatycznej absurdalności metafory bycia „sługami dwóch ambon”. Zastanawiam się, kto był uprzejmy dać magisterium z teologii (że o etacie w Lasach Państwowych nie wspomnę) kapłanowi, który z fetyszyzowanego i niezrozumianego do bólu zdania o „czynieniu sobie ziemi poddaną” wysnuł błogosławieństwo dla rżnięcia tysiącletniej puszczy. Opadają mi ręce, gdy słyszę, jak dręczyciele norek spływają z czułością z ust ojców dyrektorów. Ot, teologia świata: zabić, zjeść, spieniężyć. Słowo daję, że gdy słucham tego zdogmatyzowanego mięsożerstwa i ekologicznego egotyzmu, czasem robi mi się tęskno za „trollami”, którzy przynajmniej nie silą się na udawanie, iż przemawia za nimi racja większa niż ich własny brzuch. Prostota używanej przez nich broni nieodmiennie mnie wzrusza. Stąpam na paluszkach, by tylko za szybko nie rozdeptać publicystycznym obcasem młodzieńca czy dzierlatki naprawdę głęboko pewnych, że słysząc ich dictum, natychmiast zwinę się w kłębek, zacznę ssać kciuk w rozpaczy, stracę sens życia i będę błagał o litość. Nabierają więc śmiało powietrza w płuca, przeczuwając nadciągającą rozkosz, zacierają ręce, przeładowują broń i bez pośpiechu, pewni siebie, pociągają za spust: „A przecież Jezus nie był wegetarianinem!”.

Otóż, droga mięsożerna młodzieży, był czy nie był – nie wiemy. Wiemy też jednak, że to, czy jadł mięso, ma dziś dla nas takie znaczenie jak to, że nosił tunikę zamiast spodni. Stylizacja Jezusa nie należy do nienaruszalnego depozytu wiary, podobnie jak Jego dieta. Jeśli ktoś jest zdania, że naśladowanie Mistrza wymaga zostania cieślą, obrzezania i mówienia po aramejsku – mam dla niego ważną wiadomość: nie tędy droga. To elementy historycznego kontekstu Wcielenia, które dokonało się w takim, a nie innym miejscu, czasie, obyczajowości. Jezus nie przyszedł, by nawracać świat na chodzenie boso (lub w sandałach), ale by postawić świat na głowie, twierdząc, że najważniejszy jest ten, kto jest najsłabszy, a im jesteś silniejszy, tym więcej masz nie tyle praw, ile obowiązków – właśnie wobec stworzeń stojących niżej od ciebie. Tak: ośmielony do tego – jak się zaraz okaże – przez papieża Franciszka, ewangeliczną kategorię „ubogich”, słabych rozciągam poza to, co tylko ludzkie.

***

Bóg dał swoim stworzeniom Ziemię, na której bez kłopotu zmieszczą się wszystkie, w harmonii. Nie brakuje mi dowodów na to, że problemem współczesnego świata nie jest nadmiar ludzi. Nie jest nim brak zasobów. Konflikt człowieka z przyrodą wcale nie jest nieunikniony. Ziemia może spokojnie wyżywić jeszcze drugie tyle mieszkańców. Wody i gazu też wystarczy dla wszystkich. Wilki i dziki spokojnie mogłyby żyć swoim naturalnym trybem, nie niepokojone przez tych, co przywykli okazywać miłość przyrodzie ołowiem. Na Boga – Bóg nie stworzył przecież jakiejś koślawej Ziemi! Nie oszukał nas, ukrywając w niej pułapki niedoborów. To my generujemy wszystkie jej problemy przez niesprawiedliwy podział wspólnych dóbr, przez wyniesiony pod niebiosa egotyzm, przez gatunkowy terror i towarzyszące mu opowiastki, którymi racjonalizujemy swoje złodziejstwo i przemoc, przez owe straszne wizje: „Albo przyroda, albo my. Zdecyduj się, możesz ocalić tylko jedno, co wybierzesz: naturę czy może swoje ukochane dziecko?”.

Gdyby to zdanie było garnkiem, kipiąca zeń obłuda w try miga zalałaby nam kuchnię. To oczywiste, że życie mojego dziecka i życie mojego psa nie są dla mnie warte tyle samo. Uważam jednak, że dziś, w Europie, na obecnym etapie rozwoju mojej społeczności, jestem w stanie zupełnie spokojnie pogodzić interesy obojga. My, ludzie żyjący w dwudziestym pierwszym wieku, naprawdę możemy wyżywić naszych głodnych, wyleczyć chorych, nie zadając przy tym bólu całej reszcie stworzeń. Dziś, przy tym wszystkim, co już wiemy i mamy, nie tylko do pomyślenia, ale i do zrobienia jest Ziemia, do której współtworzenia zaprosił nas Stwórca: Ziemia, która dla każdego żyjącego, niezależnie od jego miejsca na drabinie bytów, będzie domem, nie rzeźnią, nie więzieniem.

Gdy umawialiśmy się z wydawnictwem na tę książkę, sądziliśmy, że wyjdzie z tego sympatyczny katolicki „bambizm”: „piesek na mnie spojrzał tak głęboko, że pomyślałem: on musi mieć duszę”. Albo – to jednak kilka pięter wyżej – coś w stylu fascynujących przyrodniczych opowieści mojego kolegi Wajraka, przerobionych na kato. Wyszedł płomienny (chyba) manifest chrześcijanina, który ma dość maszyny idącej dziś przez Ziemię i robiącej z niej piekło dla najsłabszych: i ludzi, i wszystkich innych stworzeń; dość robienia z Boga służącego ludzkich apetytów, ma za to szczerą nadzieję całość stworzenia spotkać kiedyś w niebie (gdy już odsłuży czyściec, którego reszta stworzeń odsługiwać nie będzie musiała – co też daje do myślenia).

Na bramce spodziewam się usłyszeć od Niego: w której drużynie grałeś, Szymon? Czym byłeś? Śmiercią? Czy, tak jak Ja, byłeś życiem?

Fragmenty wstępu oraz czwartego rozdziału książki Szymona Hołowni „Boskie zwierzęta” (Wydawnictwo Znak, Kraków 2018). Premiera 28 listopada. Książkę można zamówić tutaj