Uznanie własnych słabości zajmuje sporo czasu, w moim przypadku całe dotychczasowe życie – mówi ks. Adam Boniecki.

Cytujemy wybrane fragmenty książki „Boniecki. Rozmowy o życiu” – wywiadu rzeki Anny Goc:

W młodości realistycznie o własnej śmierci wiele nie myślałem. Żyłem tak, jakbym miał przed sobą niewyobrażalnie dużo czasu. Śmierć przytrafiała się innym. Potem myśl o niej zaczęła mnie przerażać. Zwłaszcza o niespodziewanej, gwałtownej, takiej, która wszystko kończy nagle. Myślałem o niej jako wierzący: z wiarą, ale i z lękiem. Na starość to się zmieniło.

Moja śmierć jest czymś oczywistym, można przewidzieć, że nastąpi niebawem. Przestała mnie przerażać. Od lat staram się z nią oswajać, a teraz myślę, że może już się oswoiłem. Okaże się, kiedy przyjdzie co do czego. Tymczasem mogę spokojnie myśleć o umieraniu jako o czymś nieuchronnym.

Przez ponad osiemdziesiąt lat zdążyłem się już nauczyć podejmowania refleksji, zanim coś powiem albo zrobię. Uznanie własnych słabości zajmuje sporo czasu, w moim przypadku całe dotychczasowe życie.

Teraz odkrywam, że przez całe życie za bardzo się trapiłem tym, jak wypadnę, a za mało tym, kim jestem. Gdy jest się księdzem, taka pokusa jest dużo większa. Bardzo długo starałem się dobrze wypaść. To liczyło się dla mnie bardziej, niż powinno.

Adam Boniecki, Anna Goc, „Boniecki. Rozmowy o życiu”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018

Na starość już się tak nie boję śmierci jak wtedy, gdy byłem w pełni życia.

Starzejący się człowiek coraz mocniej odczuwa swoją starość. Choć czasem staram się udawać, że wszystko jest świetnie, nie będę twierdził, że zestarzałem się nagle. Symptomy śmierci, oznaki choroby są przyspieszonym kursem umierania. Nie potrzeba do tego nagłej choroby. W mojej starości obserwuję na przykład, jak mi obumiera nerw słuchowy. Myślę, że podobnie zanikają też inne organy, tyle że to się mniej rzuca w oczy, czy raczej w uszy. I że to jest nieodwracalne.

Statystyki wskazują, że większość ludzi umiera właśnie w moim wieku. Kiedy to sobie przypomnę, już nie przejmuję się byle czym, jak kiedyś. Mogę zrezygnować, przynajmniej w znacznym stopniu, z tej utrapionej kategorii: „jak wypadnę”.

Kiedyś dość szybko pisałem. Teraz zabiera mi to więcej czasu, wkładam w to więcej staranności. Bo nigdy nie wiem, gdy piszę artykuł, czy nie będzie ostatnim.

Wszystko, cokolwiek mogę jako ksiądz powiedzieć umierającemu, jest nieadekwatne wobec samego dramatu umierania. Wiele razy widziałem ludzi, których  sam Bóg przeprowadzał na drugą stronę życia. Mam nadzieję, że mnie też przeprowadzi.

Wyb. DJ