Dotąd można było wierzyć, że nacjonaliści są zaledwie tolerowani (choć to i tak za dużo). W tym roku potraktowano ich jak partnerów. Co będzie w przyszłym?

Refleksję na temat przebiegu obchodów Stulecia Odzyskania Niepodległości zaczynam od perspektywy warszawskiej, a to dlatego, że z moich okien widać most Poniatowskiego. Otóż, biorąc pod uwagę korowody związane z organizowaniem tegorocznego Marszu, można dziś odetchnąć z ulgą. Większych burd nie było, zielonych flag z mieczykami Chrobrego widziało się wyraźnie mniej niż biało-czerwonych, okrzyki wznoszono te same, co zwykle, do czego zdążyliśmy się niestety przyzwyczaić – słowem, żadnej apokalipsy, której wolno się było spodziewać, zważywszy, że rząd porozumiał się z formalnymi organizatorami manifestacji w ostatniej chwili. W rezultacie około siódmej wieczorem w relacji TVP Info brzmiał oczywisty tryumf: „Bardzo spokojnie, mnóstwo rodziców z dziećmi, podobno dwieście pięćdziesiąt tysięcy, ale myślę, że może być nawet czterysta tysięcy” – mówiła jakaś pani, nie wiem, dlaczego tak skromnie, bo mogła rzucić liczbę pół miliona, co sobie żałować.

Jako mieszkaniec Powiśla, który co roku ma okazję widzieć i słyszeć Marsze Niepodległości, wiem, jak rozumieć tę wypowiedź: trochę rodziców z dziećmi rzeczywiście było, szli w odpowiedniej odległości od młodzieńców z racami, wykrzykujących nienawistne hasła, żeby udawać, że to ich nie dotyczy; spokój, jeśli tylko odpowiednio go zdefiniować, także był, bo przecież nie ma co przesadnie się przejmować faktem, że kontrmanifestacja przy ulicy Smolnej została przez patriotyczną młodzież obrzucona butelkami i racami, zwłaszcza, że (inaczej niż we Wrocławiu) nikt nie został ranny. Taki mamy od kilku lat folklor na 11 listopada: poniewierane w III RP uczucia patriotyczne muszą się wyrazić, a w końcu jak się nie wzruszać, słysząc skandowanie: „To jest honor dla mężczyzny, oddać życie dla ojczyzny!”. 

Wolę więc zastanowić się, co mówi o Polsce przebieg wczorajszego święta w całym kraju (do Warszawy jeszcze wrócę), bo wydaje mi się, że mówi niemało. Niby o wszystkim tym wiemy lub się tego domyślamy, ale czym innym domyślanie się, a czym innym – ujrzenie pewnych zjawisk w dostrzegalnym konkrecie.

A zatem po pierwsze: po miastach i miasteczkach odbyło się mnóstwo rozmaitych imprez, pozwalających ludziom świętować nasze Stulecie. Marsze, biegi, śpiewanie hymnu, składanie wiązanek w miejscach pamięci, nawet spływy kajakowe (co, zważywszy porę roku, wymagało niemało hartu ducha). To jest potencjał samoorganizacji społecznej, na co dzień uśpiony. Sam wybrałem dyskusję w Muzeum Gombrowicza w podradomskiej Wsoli, zatytułowaną „Bóg – Honor – Synczyzna”, w której spieraliśmy się o to, czym ma być zalecana przez pisarza rewizja (nie likwidacja, jak wielokrotnie tłumaczył w „Dzienniku”) polskiego patriotyzmu.

Po drugie: wygląda na to, że jeśli gdzieś udało się na 24 godziny zasypać podziały polityczne, to być może w mniejszych miejscowościach. W dużych miastach sympatycy i przeciwnicy obecnej władzy skrupulatnie pilnowali swojej odrębności, zabarwiając manifestacje to na jeden, to na drugi sposób. Na nic nie zdało się wezwanie prezydenta Andrzeja Dudy, żeby uświadomić sobie, że w naszej ojczyźnie starczy miejsca dla wszystkich. Nie mam co ukrywać, że sam przyjąłem jego apel więcej niż sceptycznie: jeśli od lat ludzie o poglądach takich jak moje są przez prezesa Kaczyńskiego, jego obóz polityczny, więc i przez samego prezydenta na różne sposoby lżeni, a potem nagle dowiaduję sie, że przecież w Polsce, którą rządzą, starczy miejsca i dla mnie – myślę sobie, że byłbym gotów to ewentualnie przyjąć za dobrą monetę pod warunkiem, że padłoby najpierw choćby półgłosem wypowiedziane słówko „przepraszam”. Zresztą, mieliśmy od razu przestrzenną ilustrację, co znaczy „miejsce dla wszystkich”, gdy najważniejszy polityk, reprezentujący w tym momencie strukturę ponadnarodową, to znaczy przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, pominięty w powitaniach, stał w piątym rzędzie oficjeli przy Grobie Nieznanego Żołnierza, z całkowitym pogwałceniem protokołu dyplomatycznego i zasad dobrego wychowania. Zgoda, sam Tusk mógł sobie poprzedniego dnia darować wypowiedź o „bolszewikach”, ale czy naprawdę mam wierzyć, że gdyby nie padła, zostałby przywitany z odpowiednimi honorami?

Przebieg Marszu Niepodległości z ronda Dmowskiego pod Stadion Narodowy wolno przyjąć z ulgą. Dodajmy, że z taką dokładnie, z jaką po przejściu tornada farmer stwierdza, że wprawdzie na domu nie ma już dachu, ale nikt nie zginął

Po trzecie, władze nasze w dalszym ciągu uważają narodowców za pełnoprawnych uczestników życia polskiego, demokratów zaś za pariasów. Wspominałem, że przebieg Marszu z ronda Dmowskiego pod Stadion Narodowy wolno przyjąć z ulgą. Dodajmy, że z taką dokładnie, z jaką po przejściu tornada farmer stwierdza, że wprawdzie na domu nie ma już dachu, ale nikt nie zginął. Fakt, że po zdelegalizowaniu Marszu Niepodległości przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, a przed cofnięciem tej decyzji przez sąd, przedstawiciele rządzącej partii usiedli do negocjacji z działaczami Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, jak wspólnie zorganizować demonstrację, jest dla mnie jako dla obywatela Rzeczypospolitej upokarzający. W dodatku – na moście Poniatowskiego widać to było wyraźnie – wyznaczoną trasą przemaszerowały tak naprawdę dwa pochody: najpierw pochód rządowy, który (przy wyłożonym wcześniej zastrzeżeniu) można było od biedy uważać za „marsz wszystkich Polaków”, potem zaś, oddzielony od tamtego kordonem i znacznie większy marsz polskich nacjonalistów. W rezultacie ludzie, którzy z dobrą wolą posłuchali wezwania prezydenta, żeby spotkać się na wspólnej manifestacji, dołączali raczej do tego drugiego niż pierwszego. Może są entuzjastami ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, a może nie. Najwidoczniej nie mają antynacjonalistycznej alergii, co dla demokratów nie jest dobrą wiadomością. Sądzę, że dla obecnego rządu też nie; nacjonaliści rosną w siłę: dotąd można było wierzyć, że są zaledwie tolerowani (choć to i tak za dużo), w tym roku potraktowano ich jak partnerów. Co będzie w przyszłym?

Po czwarte, nacjonaliści żyją w rzeczywistości alternatywnej, co może śmieszyć, choć naprawdę jest groźne. W 2018 roku wznoszenie okrzyku: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!” oznacza, jedno z dwojga: albo że się przeoczyło upadek komunizmu przed trzydziestu laty, albo – i raczej – że „czerwona hołota” może dziś oznaczać każdego, kto nacjonalizm ma za jeden z najgorszych wynalazków minionego stulecia. Równie dziwnie brzmi wspominane już hasło: „To jest honor dla mężczyzny, oddać życie dla ojczyzny!”. Przepraszam, w jakich to okolicznościach krzyczący mają zamiar zginąć (jeśli rzeczywiście mają taki zamiar, a nie uważają po prostu, że to ładnie brzmi)? Wysiłki europejskich polityków zmierzają do tego, żebyśmy dalej żyli w pokoju na naszym kontynencie. W Paryżu odbywa się właśnie szczyt temu poświęcony. Budowanie klimatu, w którym zamiast życia dla własnego kraju sławi się śmierć dla niego (a przy okazji, oczywiście „śmierć wrogom ojczyzny”), wydaje się utrudniać im to zadanie, i tak niełatwe. Jak to mądrze powiedział prezydent Emmanuel Macron, niestety nie u nas: „Nacjonalizm to zaprzeczenie patriotyzmu, ponieważ pozbawia naród tego, co daje mu życie i czyni go wielkim: jego wartości moralnych”.

Ano właśnie, trzeba tu wspomnieć jeszcze o tym, co po piąte. Do Paryża, na uroczystości upamiętniające koniec I wojny światowej, pojechał z Polski polityk relatywnie niskiego szczebla, a mianowicie minister Jacek Czaputowicz. Fakt, że tego samego dnia skończyła się tamta wojna i (umownie) narodziła nasza niepodległość, był oczywiście logistycznym kłopotem. W rozumnie rządzonym państwie można było uzgodnić, że w kraju zostaje premier, za granicą reprezentować nas będzie natomiast prezydent; albo odwrotnie. Ale pisowska Polska zamknęła się w kokonie, w horyzoncie „mędrca z Żoliborza”, który zagranicy nie zna i jej nie rozumie. Idiotyczne posunięcia polskich dyplomatów izolowały nas zresztą na arenie międzynarodowej i sprawiły, że wczoraj zapewne nikt praktycznej nieobecności Polski w Paryżu nie odnotował. W tych okolicznościach nawoływanie, jakim to honorem jest śmierć za ojczyznę, robi złowróżbne wrażenie. Przed osiemdziesięciu laty, po zaledwie dwóch dekadach niepodległości, zostaliśmy sami, ale wówczas był to skutek fatalnego splotu okoliczności, na które nie mieliśmy wpływu. Dziś, upajając się iluzją „wstawania z kolan”, fundujemy sobie osamotnienie na własną prośbę. Obyśmy mieli szczęście i zdążyli zejść z tego kursu, nim wynikną z niego oczywiste następstwa.

Dobrze pamiętać, że choć uczciliśmy stulecie odzyskania niepodległości, nie było to bynajmniej sto lat niepodległości, bo z tych stu lat połowa (1939-1989) upłynęła pod okupacją lub w państwie dalece niesuwerennym. Nie powinien z tego przypadkiem wyniknąć jakiś zbiorowy namysł, jeśli nie wczoraj, to dziś?