Maciej Bednarkiewicz należał do tej elity polskich obrońców i poniósł tego konsekwencje. Poznał, tak jak jego klienci, smak więziennego chleba. Broniąc prześladowanych, sam stał się jednym z nich.

Adwokat jest od tego, żeby bronić – mawiał mecenas Maciej Bednarkiewicz. Misja obrońcy w PRL nie ograniczała się wszelako do zwyczajnej pracy adwokata w sprawach cywilnych lub karnych. W systemie komunistycznym czekały na niego wyzwania, wobec których mogła nie wystarczyć prawnicza biegłość. Reprezentowanie przed sądem ludzi, którzy głośno sprzeciwili się dyktatorskim rządom monopartii – studentów w 1968, robotników w 1976, działaczy związkowych i katolickich w latach osiemdziesiątych – wymagało odwagi cywilnej. Podjęcie obrony osób represjonowanych przez władze z powodów politycznych w istocie oznaczało wybór pomiędzy biernością a obywatelskim zaangażowaniem na rzecz wolności.

Adwokatów, którzy dokonali takiego wyboru, w czasach PRL, wbrew pozorom, nie było zbyt wielu. Maciej Bednarkiewicz należał do tej elity polskich obrońców i poniósł tego konsekwencje. Stając po stronie obywateli, próbując chronić ich przed potęgą państwa, poznał, tak jak jego klienci, smak więziennego chleba. Broniąc prześladowanych, sam stał się jednym z nich. Jak do tego doszło?

Swoją praktykę adwokacką Maciej Bednarkiewicz rozpoczął w 1969 roku. O tym, że rola obrońcy w państwie komunistycznym wymaga znacznie więcej niż tylko zawodowych umiejętności, mógł się przekonać na samym początku tej drogi. Był to jeden z najciemniejszych okresów polskiego wymiaru sprawiedliwości – trwały procesy uczestników studenckich protestów marca 1968 roku. Bednarkiewicz uczestniczył w tych rozprawach jeszcze jako aplikant. W 1976 roku, gdy władze komunistyczne przystąpiły do rozprawy z uczestnikami kolejnego buntu – robotnikami Ursusa i Radomia, wystąpił już w todze obrońcy, reprezentując uczestników demonstracji Czerwca ʼ76.

Po raz kolejny obywatelski etos polskiego adwokata przyszło mu realizować w stanie wojennym, proklamowanym 13 grudnia 1981 roku. Zaangażował się w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom, powołanego przez prymasa Józefa Glempa 17 grudnia 1981 roku. W działającym przy kościele św. Marcina na ulicy Piwnej w Warszawie Komitecie udzielał porad prawnych. Był także pełnomocnikiem władz kościelnych i osób poszkodowanych w czasie napadu 3 maja 1983 roku utajnionych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa na komitet na Piwnej, porwania i pobicia kilku pracujących tam wolontariuszy.

Jako obrońca stawał w wielu procesach działaczy „Solidarności” przed sądami cywilnymi i wojskowymi. W marcu 1983 roku bronił działaczy Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu „Solidarności”, jednej z najważniejszych struktur konspiracyjnych związku w stolicy. MRKS miał na swoim koncie organizację wielu demonstracji przeciwko stanowi wojennemu, akcji ulotkowych, nękania kolaborantów itp. Jedną z najbardziej brawurowych akcji tej grupy było uwolnienie Jana Narożniaka. Postrzelony podczas aresztowania w maju 1982 roku Narożniak był leczony w szpitalu przy ul. Banacha. 7 czerwca tegoż roku Adam Borowski i Jerzy Bogumił wywieźli go, z pomocą lekarzy, z bloku operacyjnego szpitala do prywatnego mieszkania, gdzie był leczony w warunkach konspiracji. Obaj działacze podziemia zostali po kilku miesiącach aresztowani i trafili, wraz z siedmioma kolegami, na ławę oskarżonych w procesie MRKS. Przed Sądem Warszawskiego Okręgu Wojskowego bronili ich Maciej Bednarkiewicz, Wiesław Johann, Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Stanisław Szczuka, Edward Wende i inni. Proces zakończył się w maju 1983 roku wyrokami więzienia (Adama Borowskiego skazano na trzy i pół roku więzienia), ale znacznie mniejszymi, niż żądał prokurator (domagający się m.in. ośmiu lat dla Borowskiego).

Sprawa Przemyka

Maciej i Ewa Bednarkiewiczowie przyjaźnili się z poetką Barbarą Sadowską, działającą również w Komitecie Prymasowskim, i jej synem, Grzegorzem Przemykiem. Mecenas reprezentował poetkę w sprawie napadu na komitet na Piwnej, podczas którego została pobita. Dziesięć dni później, 12 maja 1983 roku, milicja zatrzymała Grzegorza i zmasakrowała go na komisariacie. Zmarł po dwóch dniach. Bednarkiewicz, wraz z mecenasem Siłą-Nowickim, został pełnomocnikiem Barbary Sadowskiej w tej sprawie. Nazajutrz po śmierci Grzegorza udało mu się zebrać zeznania trzech kolegów, towarzyszących mu podczas fatalnego dnia. „Bałem się strasznie o te dzieci” – opowiadał reporterowi „Gazety Wyborczej” w 2013 roku. Kluczowego świadka, Cezarego F., który widział, jak milicjanci na komisariacie biją Grzegorza, i ukrywał się przed bezpieką, osobiście eskortował do prokuratury na złożenie zeznań. „Tę scenę będę pamiętał do końca życia. W pewnym momencie podjeżdżają trzy identyczne duże fiaty. W każdym siedzi po kilku facetów ubranych w identyczne robotnicze kombinezony. Podchodzą do wejścia grupą, jeden wchodzi do środka, to Cezary. A cały plac obstawia SB, to wszystko odbywa się na ich oczach. Gdy świadek wychodzi, operacja jest powtarzana. Wie pan, kto zgubił potem milicyjny ogon? Waldemar Chrostowski, kierowca ks. Popiełuszki” – wspominał mecenas.

Władze komunistyczne, na czele z szefem MSW generałem Czesławem Kiszczakiem, chciały za wszelką cenę odsunąć od milicjantów podejrzenia o zakatowanie Przemyka. O spowodowanie śmierci oskarżyły sanitariuszy pogotowia ratunkowego i lekarkę. Przed procesem postanowiono wyeliminować obu pełnomocników Barbary Sadowskiej, traktowanych jako groźnych przeciwników, którzy mogli zakłócić sądowy spektakl, wyreżyserowany przez MSW, i wskazać prawdziwych zabójców.

Aresztowanie adwokata było czymś bez precedensu, nawet w postępowaniu władz stanu wojennego. Toteż wywołało szok i oburzenie, nie tylko w środowisku prawniczym

Władysława Siłę-Nowickiego odesłano na emeryturę. Przeciwko Maciejowi Bednarkiewiczowi przygotowano poważną prowokację. Świadczył przeciwko niemu dezerter z ZOMO, Janusz Biliński, któremu mecenas, już po śmierci Przemyka, pomagał przetrwać w ukryciu. Ujęty kilka tygodni później Biliński zgodził się złożyć zeznania obciążające adwokata. Pod dyktando SB zeznał, że Bednarkiewicz pomagał mu się ukrywać, dawał pieniądze, a także nakłaniał go do kradzieży radiostacji milicyjnej i zbierania informacji o ZOMO. W zamian prokuratura umorzyła sprawę dezertera.

Zeznaniami Bilińskiego próbowano szantażować adwokata. Wezwanemu do MSW w sierpniu 1983 roku Bednarkiewiczowi puszczono taśmy z oskarżeniami dezertera, badając jego reakcję. Jednak mecenas roześmiał się i zapytał, czy brednie, które usłyszał, są brane na serio. Wysoki rangą funkcjonariusz MSW odparł, że nie, ale Bednarkiewicz musi wiedzieć, że takie nagranie jest w dyspozycji bezpieki.

Władze zdecydowały się wykorzystać ten materiał. 11 stycznia 1984 roku, o świcie w domu Macieja Bednarkiewicza przeprowadzono rewizję pod pretekstem, że jest on „podejrzany o dokonanie przestępstwa”. Ekipa bezpieki składała się z siedmiu funkcjonariuszy SB i prokurator Jankowskiej. Wywieziono trzy skrzynie dokumentów, co było drastycznym pogwałceniem tajemnicy adwokackiej. Mecenasa aresztowano, o czym wieczorem poinformował „Dziennik Telewizyjny” – główna tuba propagandowa reżimu.

W więzieniu

W udzielonej niedługo po uwolnieniu, w lipcu 1984 roku, relacji Maciej Bednarkiewicz przedstawił przebieg swego uwięzienia. Z domu przywieziono go do siedziby Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na ul. Rakowieckiej. „Najpierw oczekiwanie w pokoju w towarzystwie kapitana – milczące. Potem do drugiego pokoju, gdzie była prokurator Jankowska (miedziane czoło). Nakaz aresztowania podpisał przedstawiciel Prokuratury Generalnej – Żyto. Do pokoju wprowadzono Bilińskiego, który złożył krótkie zeznanie i został wyprowadzony. Mec. Bednarkiewicz oświadczył, że jest ono nieprawdą. Biliński sprawiał wrażenie, że wyklepał «pacierz»” – czytamy w relacji przechowywanej w Archiwum Opozycji w Ośrodku Karta. „Znowu został sam z kapitanem aż do godz. 17. Zasnął wtedy na godzinę, co było szokiem dla kapitana, któremu to się nie zdarzyło nigdy z żadnym przesłuchiwanym. Kapitan nie przeszkadzał mu w drzemce”. Po sporządzeniu, na prośbę Bednarkiewicza, prokuratorskiego uzasadnienia aresztowania sześciu esbeków odwiozło go do aresztu śledczego, znajdującego się nieopodal MSW na Rakowieckiej. Kupili mu, jak zapamiętał, osiem paczek papierosów. Nie był to jedyny gest życzliwości. Po dłuższym oczekiwaniu na przyjęcie do aresztu został przekazany służbie więziennej. Tajniacy zaczęli odchodzić. „Nagle dwóch oderwało się od owej grupki sześciu, podeszło, […] podało rękę. Powiedzieli: «Bardzo nam przykro, panie mecenasie»”.

W pawilonie III odebrano mu wszystko, co miał przy sobie, dano mu koc, prześcieradło i odprowadzono do celi. „W celi nr 23, III p. od strony kuchni Srilańczyk i Jasio za łapówki (uczciwy? Kapuś – po tygodniu powiedział na ucho o swojej funkcji)” – wspominał. Ponad trzydzieści razy przesłuchiwany, konsekwentnie odmawiał zeznań, powołując się na tajemnicę adwokacką. W celi wprowadził zwyczaj zwracania się do siebie per pan oraz zakaz przeklinania. Dużo czasu spędzał na lekturze Pisma Świętego, które władze więzienne pozwoliły mu przyjąć od żony dopiero po interwencji arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego. Był uważnym obserwatorem. „Co jest najtrudniejsze w więzieniu? Samokontrola” – mówił po uwolnieniu. „Poza tym widok człowieka, współtowarzysza, który nie wytrzymuje”. Zwrócił też uwagę na problem antagonizmu pomiędzy skazanymi za przestępstwa gospodarcze (z którymi siedział) a więźniami politycznymi, który rodził się na tle opieki roztaczanej przez Kościół przede wszystkim nad politycznymi. Pospolici przestępcy uważali, że kwestie polityczne blokują pełną amnestię dla nich. „W tym roku obowiązuje wewnętrzny zakaz wśród kryminalnych chodzenia na mszę św., bo od zeszłej amnestii tylko dwa razy modlono się w czasie transmitowanej przez radio mszy św. za więźniów – «skoro nie ma politycznych, to za nas już nie warto»” – opowiadał Bednarkiewicz.

Tajniacy zaczęli odchodzić. „Nagle dwóch oderwało się od owej grupki sześciu, podeszło, […] podało rękę. Powiedzieli: «Bardzo nam przykro, panie mecenasie»”

Aresztowanie adwokata było czymś bez precedensu, nawet w postępowaniu władz stanu wojennego. Toteż wywołało szok i oburzenie, nie tylko w środowisku prawniczym. W obronie Macieja Bednarkiewicza podniosły się liczne głosy protestu. Naruszenie tajemnicy adwokackiej podczas rewizji w domu mecenasa i zabranie mu akt zostało oprotestowane przez Naczelną Radę Adwokacką w piśmie do Prokuratora Generalnego PRL z 16 stycznia 1984 roku. Tegoż dnia sprzeciw wobec nacisków i represji podjętych przeciwko niezależnym adwokatom (obok sprawy Bednarkiewicza wymieniono postępowanie dyscyplinarne wobec Piotra Ł. Andrzejewskiego) wyraziło z górą trzydziestu prawników i dziennikarzy w liście do Sejmu, Naczelnej Rady Adwokackiej i ministra sprawiedliwości.

Nestor polskich obrońców politycznych Władysław Siła-Nowicki zwrócił się w sprawie swego aresztowanego kolegi do generała Wojciecha Jaruzelskiego. „Przebrała się […] pewna miara nieprawości, lekceważenia woli społeczeństwa i amoralności w działaniu niektórych ogniw władzy państwowej, stawiających się ponad wszelkim prawem – również przez samą władzę państwową ustanowionym” – napisał Siła-Nowicki w liście otwartym do szefa partii komunistycznej i państwa z 16 lutego 1984 roku. Przedstawiwszy sprawę śmierci Grzegorza Przemyka i manipulacje śledztwa prowadzące do umorzenia zarzutów wobec milicjantów, których obciążyli koledzy Grzegorza, autor wskazał na policyjno-polityczne powody uwięzienia pełnomocnika Barbary Sadowskiej. „W powszechnym przekonaniu […] aresztowanie adwokata Macieja Bednarkiewicza i nadanie temu faktowi szczególnego rozgłosu łączy się właśnie z tym, że okazał się on człowiekiem sumiennym i bezkompromisowym […]. Jest też rzeczą oczywistą, że wyeliminowanie ze sprawy człowieka, który bierze w niej udział od początku, uczestniczył w czynnościach śledczych, był obecny przy przesłuchiwaniu świadków i biegłych […] w sposób znakomity ułatwia dokonanie dalszych manipulacji i zabiegów zmierzających do tego, aby właściwi sprawcy przestępstwa nie zostali ujawnieni”.

Maciej Bednarkiewicz jest ofiarą cynicznej prowokacji – stwierdził Siła-Nowicki, przypominając fałszywe zeznania Bilińskiego, mające obciążyć adwokata. „Ludzie, którzy tę prowokację zorganizowali, wiedzą dobrze, że nie popełnił on żadnego z zarzucanych mu czynów, i świadomi tego działają w pełni złej woli”. Postawienie w stan oskarżenia i pozbawienie wolności człowieka na podstawie prowokacji i fałszywych dowodów jest „wyrazem głębokiej demoralizacji w działaniu niektórych przedstawicieli władzy państwowej” – pisał. Do Jaruzelskiego zwracał się z prośbą o uczciwe śledztwo w sprawie Przemyka, napadu na Komitet na Piwnej i mecenasa Bednarkiewicza. „Przeprowadzenie takiego śledztwa w sprawie adw. Bednarkiewicza niewątpliwie doprowadzi do jego natychmiastowego uwolnienia” – przekonywał generała adwokat. Żadnej reakcji szefa państwa na ten głos nie było.

„Wspomnienia o Macieju Bednarkiewiczu”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018.

„Wspomnienia o Macieju Bednarkiewiczu”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018

Rodzinę mecenasa – żonę Ewę i syna Mateusza – wsparł w maju osobistym listem Jan Paweł II. Napisał w nim o poświęceniu, z jakim Maciej Bednarkiewicz służy sprawiedliwości, i wyrażał nadzieję, że wkrótce wróci do rodziny i swojej pracy.

Wypuszczono go po sześciu miesiącach, 10 lipca 1984 roku, w dniu zakończenia postępowania dowodowego w procesie o pobicie Przemyka. Niedługo później sprawa o udzielanie pomocy dezerterowi została umorzona na mocy amnestii. Minister Kiszczak dał funkcjonariuszom MSW nagrody za śledztwo w tej sprawie, ale nie wracano już do niej.

Maciej Bednarkiewicz nie zaprzestał zaangażowania na rzecz ruchu wolnościowego. W następnych latach był m.in. pełnomocnikiem prawnym powoływanych w wielu regionach komitetów założycielskich NSZZ „Solidarność”, próbujących zarejestrować ponownie zdelegalizowany związek. Współpracował także z Komitetem Helsińskim. W 1989 roku Naczelna Rada Adwokacka rekomendowała go jako kandydata na posła z listy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w województwie skierniewickim. Wybrany do Sejmu w wyborach 4 czerwca został członkiem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Jednym z jego poselskich dokonań była praca w Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW w ostatniej dekadzie PRL.

Postawa Macieja Bednarkiewicza w tamtych trudnych latach stanowić może także i dziś wzorzec obywatelskiego etosu dla polskiej adwokatury.

Tekst ukazał się w książce „Wspomnienia o Macieju Bednarkiewiczu”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018.