Polskę budują nie tylko ci, którzy trzymali i trzymają miecz w ręku, ale także ci, którzy dzielą swój płaszcz z ubogim.

Na niedzielę, podczas której świętujemy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, Kościół przedkłada nam Ewangelię o ubogiej wdowie wrzucającej pieniądze do świątynnej skarbony. Spróbujmy ją zinterpretować w patriotycznym kluczu.

W świątyni jerozolimskiej, jeszcze przed skarbcem, w miejscu dostępnym dla wszystkich Izraelitów, na Dziedzińcu Kobiet, stało trzynaście skarbon. Składano do nich ofiary pieniężne na utrzymanie świątyni. Zgodnie z umieszczonymi na nich napisami, pierwsze dwie skarbony były przeznaczone na podatek świątynny, do skarbon od trzeciej do siódmej wrzucano równowartość odpowiednio za turkawki, gołębie, drewno, kadzidło oraz złote naczynia. W skarbonach od ósmej do dwunastej gromadzono pieniądze składane przy okazji ofiar za grzechy, przewinienia, oczyszczenie z trądu. Księgowością tych ofiar zajmowali się kapłani. To oni przeliczali pieniądze, głośno podawali intencje i wrzucali monety do skarbony. Im więcej i głośniej, tym lepiej. Jeśli ktoś chciał się pokazać, to było to dobre ku temu miejsce. „Wielu bogatych wrzucało wiele” – jak zauważył św. Marek.

„Najwięcej” jest wtedy, gdy „ze swojego niedostatku” wrzuca się „wszystko”

W trzynastej skarbonie zbierano dobrowolne datki bez szczególnych intencji. To prawdopodobnie tu Jezus zauważył ubogą wdowę, która do skarbony wrzuciła dwa leptony – drobne monety o łącznej wartości rzymskiego kwadransa, co tłumacze wyrażają słowem grosz. Ten z kolei stanowił 1/64 denara, który był dziennym wynagrodzeniem robotnika i rocznym podatkiem na rzecz cezara. Mówiąc krótko – rzuciła niewiele.

Nie będzie w tym chyba nadużycia, jeśli powiem, że to, co zrobiła wdowa, miało nie tylko sens religijny, ale także patriotyczny. Pieniądze, które trafiały do skarbony, służyły utrzymaniu świątyni, posługujących w niej kapłanów, zakupowi tego, co konieczne było dla kultu. Izraelici dumni byli ze swej świątyni. Została niedawno odbudowana przez Heroda Wielkiego, była większa i wspanialsza od dwóch poprzednich. Pierwsza świątynia została zniszczona przez Babilończyków, a druga – zburzona i splądrowana przez Greków i Rzymian. Odbudowując świątynię, Herod kierował się nie tylko motywami religijnymi. Dominujący był raczej wymiar polityczny. Rozmach i styl ogromnej budowli miał być dla Rzymian wyraźnym symbolem znaczenia królestwa żydowskiego. To był sygnał dla okupanta.

Czy uboga wdowa miała świadomość politycznych kontekstów, jakie towarzyszyły budowie i utrzymaniu świątyni? Prawdopodobnie nie, ale przecież wszystkie religijne obowiązki Żyda były jednocześnie obowiązkami wynikającymi z przynależności do narodu i wykonywanymi na rzecz narodu, wszak Izrael – choć wówczas już bez własnej państwowości – był narodem teokratycznym, gdzie prawdziwym królem był Najwyższy. Wyznawać judaizm i być Żydem stanowiło jedno.

Jezus interpretuje to, co zrobiła wdowa, porównując jej gest z zachowaniem tłumu, który wrzucał pieniądze do skarbony. Widzi, że wrzuciła bardzo mało, ale – wbrew matematyce – mówi, że wrzuciła „najwięcej ze wszystkich”. Choć wrzuciła mniej od innych, to jednocześnie wrzuciła od nich więcej. „Najwięcej” nie musi wcale znaczyć „wiele”, zwłaszcza wtedy, gdy jest dawane „z tego, co zbywa”. „Najwięcej” jest wtedy, gdy „ze swojego niedostatku” wrzuca się „wszystko”.

W kontekście dzisiejszego święta powiedziałbym, że istnieje coś takiego jak patriotyzm „wszystkiego”. Owo „wszystko”, które bywa ofiarowane – jak lubimy mówić – na ołtarzu ojczyzny, to najpierw jest życie. Ten patriotyzm jest nam dobrze znany. I jest powodem do polskiej dumy. W swoim przesłaniu do Polaków, wystosowanym na ręce abp. Stanisława Gądeckiego, papież Franciszek przypomina: „Odzyskanie suwerenności było okupione poświęceniem wielu synów Polski, którzy gotowi byli poświęcić swą wolność osobistą, swoje dobra, a nawet życie, na rzecz utraconej ojczyzny”. Czy można dać więcej niż życie? Przecież sam Jezus powiedział, że nikt nie ma większej miłości jak ten, kto oddaje życie za przyjaciół swoich. Aż chciałoby się powiedzieć, że niejednokrotnie polskie wdowy wrzucały do skarbony narodu życie swych mężów i synów. I jakżeż bardzo wydawało się to w czasach niewoli oczywiste. Pisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”:

Bitwa? Gdzie? W Której stronie? – pytają młodzieńce,
Chwytają broń; kobiety wznoszą w niebo ręce;
Wszyscy, pełni zwycięstwa, wołają ze łzami:
„Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami”
(Księga XI, w. 67-70).

Czy jednak „wszystko” musi oznaczać ofiarę z życia? Historia ubogiej wdowy spod trzynastej skarbony mówi nam, że „wszystko” nie musi zaraz odznaczać „bardzo wiele”. Że oprócz wielkości ofiary jest jeszcze wielkość intencji. Można dać mało, a jednak dać wszystko. Myślę, że to bardzo ważna zasada patriotyzmu w czasach, gdy nie trzeba już ofiary krwi. I już nie życie składa się na ołtarzu ojczyzny w akcie bohaterskiej śmierci. Znamy dobrze patriotyzm czasów wojny, ale czy znamy patriotyzm czasu pokoju? Czy go rozumiemy? Czy mamy na niego pomysł? Czym jest owo patriotyczne „wszystko” – którego jednak nie należy dawać z tego, co zbywa, ale ze swego utrzymania? Bo tylko taka ofiara ma sens w świetle Ewangelii.

Można dać mało, a jednak dać wszystko. To bardzo ważna zasada patriotyzmu w czasach, gdy nie trzeba już ofiary krwi

Patronem dzisiejszego dnia jest św. Marcin. Ten syn rzymskiego legionisty otrzymał takie imię na cześć Marsa, boga wojny. Od urodzenia przeznaczony był do służby żołnierskiej. Wszyscy chyba znamy ten przełomowy moment w jego życiu, gdy zimą spotkał półnagiego żebraka i na jego widok oddał mu połowę swej żołnierskiej opończy. W nocy zobaczył we śnie Chrystusa odzianego w jego płaszcz, który mówił do aniołów: „Patrzcie, jak mnie Marcin przyodział”. Marcin był już wtedy katechumenem, kandydatem do chrztu. Kiedy przyszło mu walczyć z pogańskimi plemionami germańskimi w Galii pod wodzą cesarza Juliana Apostaty, w imię wyznawanej wiary chciał odmówić walki. Cesarzowi, który zarzucił mu tchórzostwo, odparł: „Jeśli przypisujesz to mojemu tchórzostwu, a nie wierze, to jutro stanę przed wojskiem zupełnie bez broni i w imię Chrystusa przedrę się nietknięty przez szyki nieprzyjacielskie, okrywając się tylko znakiem krzyża, a nie tarczą i szyszakiem!”. I tak się stało. Marcin wyruszył uzbrojony jedynie w krzyż. Nazajutrz Germanie poprosili o pokój.

Postać św. Marcina, późniejszego biskupa Tours – dzisiaj już nieco zapomniana – miała wielkie znaczenie dla Kościoła w średniowieczu. Widziano w nim nowy model żołnierza, który walczy już nie mieczem, ale cnotą. Nie dąży do rozlewu krwi, ale skupia się na wewnętrznej walce duchowej i miłości bliźniego. Nie wiem, czy Marcin oddał „wszystko”, ale dzieląc swój płaszcz na pół i oddając go żebrakowi, na pewno dał nie z tego, co mu zbywało, lecz z tego, co stanowiło jego żołnierski ekwipunek. Zapewne płaszcz służył mu niejednokrotnie za ochronę przed chłodem.

Nie, ja nie wzywam do żadnego naiwnego pacyfizmu, bo wiem, że czas, kiedy „miecze przekują na lemiesze, a włócznie na sierpy” (Iz 2,4), czołgi na kombajny, a z armat zrobią śnieżne armatki, nigdy w doczesności nie nastanie. Myślę jedynie o tym, by za walkę o ojczyznę i za narodowe bohaterstwo uznać także zaangażowanie tych, którzy dają swoje patriotyczne „wszystko” niekoniecznie do najgłośniejszej skarbony. Polskę budują nie tylko ci, którzy trzymali i trzymają miecz w ręku, ale także ci, którzy dzielą swój płaszcz z ubogim. A takich cichych, niezauważalnych patriotów codzienności, którzy nie mają swoich kapłanów ogłaszających wielkość ich ofiary, jest wśród nas bardzo wielu. I to jest także ich święto, nie tylko tych, co oddali życie w ofierze krwi. Jest także ofiara codzienności, wielka w intencji, choć może niezauważalna w darze.

Ewa Lipska pisała w wierszu „Jest taki kraj”, który:

Podczas apelu śniadania
chleb kroi szablą na krzyż
podśpiewując a cappella
rozkwitały pęki białych róż. 

Tak, wciąż podśpiewujemy „pęki białych róż”. Nie daj, Boże, a znów się ta melodia przyda, więc pewno chcemy być gotowi, by zaśpiewać, gdy będzie trzeba. Wciąż pieśni patriotyczne to przede wszystkim pieśni wojenne. Ale gdzie te nie-wojenne pieśni patriotyczne? Jak je ułożyć, by nie zabrzmiały jak te socrealistyczne o budowaniu nowego domu? Jak je zaśpiewać, by nie zabrzmiały jak propaganda?

I co z tym krojeniem chleba szablą na krzyż? Przyznać muszę, że na początku przeszkadzał mi ten obraz. Było w nim coś obrazoburczego. Ale pomyślałem, że to przecież może być gest Marcinowy. A wtedy może i nam przyśni się Chrystus, który powie: patrzcie, jak mnie Polak nakarmił. I miast wystąpić do wojennego apelu, zasiądziemy razem do śniadania.