Chcę wierzyć, że 11 listopada prezydent przynajmniej nie „popłynie”, wyzywając współobywateli od zdrajców.

Dwa lata temu prezydent Andrzej Duda wystąpił z propozycją projektu ustawy o Narodowych Obchodach Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości. Prosił, „abyśmy się wszyscy razem w tę pracę zaangażowali”, „abyśmy mogli wszyscy razem pójść także i w jednym marszu ku czci niepodległej, suwerennej i wolnej Polski”. Dziś, w przeddzień obchodów doniosłej rocznicy, widać, że prezydencka inicjatywa nie łączy Polaków. Przez trzy lata prezydentury i dwa lata od własnych zapowiedzi Andrzej Duda nie uczynił żadnego poważnego gestu, by stworzyć możliwość świętowania ponad politycznymi podziałami. Przeciwnie: mimo konstytucyjnego zobowiązania do reprezentowania wszystkich obywateli, korzystał z okazji, by systematycznie zaostrzać społeczne konflikty (zwłaszcza w kwestiach pamięci i polityki historycznej), a inicjatywę wspólnego marszu ogłosił dopiero na cztery dni przed 11 listopada, w reakcji na decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz o zakazie Marszu Niepodległości.

Już sama lektura projektu prezydenckiej ustawy o obchodach budziła wątpliwości co do intencji autorów. Projekt przewidywał, że kluczową instytucją, która ma jednoczyć różnorodne środowiska podczas przygotowywania obchodów setnej rocznicy niepodległości, będzie komitet obchodów. W jego skład miały wejść, oprócz prezydenta i szefa jego kancelarii, marszałkowie Sejmu i Senatu, premier, niektórzy ministrowie i pełnomocnik rządu do spraw obchodów oraz prezes IPN. Przedstawiciele partii i ugrupowań politycznych mieli włączyć się w prace komitetu, do którego prezydent mógłby powołać jeszcze przedstawicieli Kościołów i związków wyznaniowych, związków zawodowych, organizacji kombatanckich i innych organizacji społecznych lub osób „szczególne zasłużonych dla Państwa Polskiego”.

W praktyce przewidziano marginalną rolę dla opozycji i trudno było sobie wyobrazić narodowe pojednanie animowane przez tak zorganizowane ciało. Nie byłoby to jednak niemożliwe, gdyby obóz władzy z prezydentem na czele poważnie potraktowali zarówno własne zapowiedzi, jak i fakt, że Sejm przyjął ustawę niemal jednogłośnie (434 głosy za, przy 440 głosujących); nie zagłosował przeciwko niej żaden poseł z Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego czy Nowoczesnej.

Andrzej Duda nie uczynił żadnego poważnego gestu, by stworzyć możliwość świętowania ponad politycznymi podziałami. Przeciwnie, korzystał z okazji, by systematycznie zaostrzać społeczne konflikty

Władze mogły postarać się o naprawdę „narodowe obchody”. Polityczna praktyka potwierdziła jednak, że będą one jedynie partyjne. Wśród kilkudziesięciu osób, które weszły do komitetu obchodów, zaledwie cztery reprezentują opozycję: Józef Brynkus (Kukiz’15), Bogusław Gorski (Zjednoczona Lewica), Hanna Gronkiewicz-Waltz (Platforma Obywatelska), Dariusz Klimczak (Polskie Stronnictwo Ludowe). Dodatkowo Władysław Kosiniak-Kamysz zasiada w komitecie jako reprezentant Krajowego Zrzeszenia „Ludowe Zespoły Sportowe”. Nowoczesna odmówiła udziału w komitecie. Nie znajdziemy w nim żadnej z organizacji społecznych, które od lat działają na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i stoją na straży praw obywatelskich. Ze świata mediów – Jacek Kurski. Szefów prywatnych telewizji czy innych mediów – brak. Organizacje dziennikarskie? Propisowskie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – tak; niezależne Towarzystwo Dziennikarskie – nie.

Nie można, rzecz jasna, wymagać, aby niechętne władzy środowiska włączały się w organizację ogólnonarodowych obchodów. Nic jednak nie wiadomo na temat starań Kancelarii Prezydenta, by skład komitetu był bardziej pluralistyczny. Liczne wypowiedzi Andrzeja Dudy (dzielenie Polaków na bohaterów i zdrajców czy podważanie znaczenia pokojowej zmiany ustroju w 1989 roku), każą domniemywać, że najpewniej prezydentowi odpowiada ideowo jednolity model komitetu.

Wiadomo natomiast, że prezydent starał się, aby do komitetu włączyć organizatorów Marszu Niepodległości, a także wziąć udział w tym wydarzeniu. Obecność głowy państwa być może ucywilizowałaby marsz, który stał się symbolem polskiego szowinizmu narodowego, ale na pewno nie uczyniłaby go – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – wydarzeniem jednoczącym i wspólnototwórczym. Te zabiegi się jednak Andrzejowi Dudzie nie udały, a przy okazji podważyły jego autorytet i ukazały nieskuteczność jego kancelarii. Aby wziąć udział w marszu, prezydent musiał go po prostu przejąć.

Jak informuje Kancelaria Prezydenta, Andrzej Duda 11 listopada złoży jeszcze kilka wieńców, weźmie udział w Mszy św. w Świątyni Opatrzności Bożej, wystąpi na placu Piłsudskiego, a wieczorem w Gorzowie Wielkopolskim. Chcę wierzyć, że podczas tego ostatniego przemówienia przynajmniej nie „popłynie”, wyzywając współobywateli od zdrajców…

Jakkolwiek by było, 11 listopada 2018 roku przeżyjemy podzieleni zwłaszcza za sprawą prezydenta, który zmarnował okazję do umacniania wspólnoty obywateli.