W dyskusjach toczonych w II Rzeczypospolitej jej prawomocność nie była w zasadzie kwestionowana. W III RP wciąż odzywają się głosy wyrażające sceptycyzm co do jej przyszłości albo wręcz domagające się szybkiego złożenia do grobu.

Tekst ukazał się w czasopiśmie „Więź” 2004 nr 5 pod tytułem „Państwo czy atrapa? Piętnaście lat II i III RP”

Porównać II i III Rzeczpospolitą? W pewnym sensie nic łatwiejszego. Jest to przecież ulubiona figura retoryczna wielu publicystów, w której nieco odrealniona i wysubtelniona II RP służy jako uzasadnienie połajanek pod adresem naszej republiki. Bo wiadomo: wszystko teraz nie takie jak kiedyś, a już zwłaszcza politycy – karzełki przy tamtych olbrzymach. Ta „złota legenda” chwilami staje się niemal odwrotnością „czarnej legendy”, którą przez dziesięciolecia zatruwano kolejne pokolenia w PRL. Zatruwano zresztą niezbyt skutecznie – totalne potępienie wywoływało najczęściej efekt odwrotny do zamierzonego, popychało w stronę przesadnej idealizacji tego, co potępiane.

III Rzeczpospolita także zdołała się już dorobić swojej złotej i czarnej legendy. Wedle pierwszej, Polska bez większych wstrząsów przeszła od komunizmu do liberalnej demokracji i gospodarki wolnorynkowej, zapewniając sobie w dodatku stabilną pozycję międzynarodową. Wedle czarnej legendy, wszystkie te sukcesy mają charakter pozorny, wolny rynek wcale nie jest wolny, demokracja zaś to tylko żałosny teatr, w którym główne role odgrywają ci sami co przed laty aktorzy.

Porównać II i III Rzeczpospolitą? Tak naprawdę to bardzo trudne i to z wielu różnych powodów. Właściwie o samych przyczynach tej niewspółmierności można by napisać osobny tekst. Niełatwo przecież porównywać to, co ostatecznie zamknięte, z tym, co wciąż otwarte i niedookreślone. Teoretycznie można próbować zestawić dorobek pierwszych piętnastu lat każdej z dwudziestowiecznych polskich republik, ale nasze myślenie o II Rzeczypospolitej jest trwale ukształtowane przez wiedzę o jej dalszych losach – ćwiczenie intelektualne każące zastanawiać się, dajmy na to, nad sensownością sanacyjnej polityki zagranicznej, abstrahując od jej efektywności w warunkach wojennej próby ogniowej, wydaje się po prostu jałowe.

Porównać nieporównywalne

Porównanie dwóch wcieleń polskiej państwowości utrudnia także emocjonalny filtr, który zdarzenia z dość odległej przeszłości każe traktować inaczej niż te z teraźniejszości. Selektywność ludzkiej pamięci i specyfika historycznych źródeł sprawiają, że w tym pierwszym przypadku z pola widzenia znikają małe draństwa, a wielkie skandale i afery blakną, tracąc swój dramatyczny wymiar i w mniejszym stopniu pobudzając do ostrych ocen. Bo też i oceny te nie mogą już wpłynąć na to, co się dokonało. Inaczej rzecz ma się ze współczesnością – tutaj pochwała i nagana mają znaczenie, bo otaczająca nas rzeczywistość pozostaje plastyczna, możemy próbować ją zmieniać. Nic więc dziwnego, że w naszym opisie współczesności najmocniej zaznacza się to, co boli. Gorycz objawia się jakże częstym nadużywaniem wielkiego kwantyfikatora: nauczyciele są marni, lekarze to cyniczni łowcy łapówek, biznesmeni to złodzieje, a politycy oszuści i dranie. Wypowiadając tak kategoryczne sądy, gubimy gdzieś po drodze wspaniałych nauczycieli, ofiarnych lekarzy, uczciwych biznesmenów i odpowiedzialnych polityków, którzy w całkiem pokaźnych grupach żyją przecież wśród nas.

Czy likwidacja analfabetyzmu jest łatwiejsza od zwielokrotnienia liczby studentów? W jaki sposób ocenić skuteczność realizacji obu tych przedsięwzięć?

Jak porównywać to, co nieporównywalne? Natura ludzka jest niezmienna, ale zmieniają się przecież warunki, w jakich żyją ludzie, a wraz z nimi ludzkie problemy, nadzieje i lęki. Poziom życia uznany w jednym okresie za godziwy, w drugim może uchodzić za niegodny. Jak porównywać dwie Rzeczpospolite, skoro natura wyzwań, z którymi musiały się zmierzyć, była tak bardzo odmienna? Czy likwidacja analfabetyzmu jest łatwiejsza od zwielokrotnienia liczby studentów? I w jaki sposób ocenić skuteczność realizacji obu tych przedsięwzięć? Czy parcelacja ziemi w ramach reformy rolnej jest trudniejsza od przeprowadzenia prywatyzacji i reprywatyzacji? I znów: jak porównywać przyczyny zaniechań i niepowodzeń?

Ocena trafności reakcji na wyzwania, jakie stają przed władzami i społeczeństwem, nastręcza jeszcze inny kłopot – należy bowiem zapytać, czy rzeczywiście wszystkim wyzwaniom można zawsze sprostać. Pomyślmy przez chwilę o polskiej polityce zagranicznej. Nie ulega wątpliwości, że II Rzeczpospolita poniosła w końcu porażkę, natomiast w przypadku III RP można mówić jak na razie o realizacji wyznaczonych celów. Kto jednak poważy się stwierdzić, że jest to skutkiem jakości tych dwóch polityk? Na dobrą sprawę przecież tamta polityka, prowadzona przez odpowiedzialnych, roztropnych i dobrze wykształconych polityków i dyplomatów, także odnosiła sukcesy (traktaty o nieagresji z Niemcami i Związkiem Sowieckim, sojusz militarny z Francją i Anglią). Różnica w pierwszym rzędzie dotyczy tutaj politycznej koniunktury, tej zaś oceniać raczej nie ma sensu.

Jeśli mimo wszystko chcę się pokusić tutaj o kilka generalnych uwag porównujących II i III Rzeczpospolitą, to w nadziei, że w ten sposób łatwiej zobaczymy nasze własne słabości. Pisać więc będę tutaj o tym, co wydaje mi się siłą II Rzeczypospolitej, nie znaczy to jednak wcale, że zapomniałem o wszystkim, co żadną miarą za przewagę uznane być nie może. Lista ciemnych stron II RP jest długa i dobrze znana, a w ostatnich latach dobitnie przypomniana przez Czesława Miłosza w „Wyprawie w Dwudziestolecie”. Uznanie przemocy za uprawnione narzędzie polityki, wyjątkowo brutalny język polemik (wobec tego, co wyczytać można w przedwojennych gazetach, wszystko, na co się obecnie zżymamy, to po prostu żarty), ograniczenie demokracji i brutalne metody walki władzy z opozycją, brzydka, niemądra i niekonsekwentna polityka wobec mniejszości narodowych, antysemityzm – to wszystko z pewnością musi wpływać na naszą ocenę II RP, ale nie byłoby dobrze, gdybyśmy ją tylko do tego sprowadzali.

Narodziny

W tradycji republikańskiej akt założycielski wspólnoty zajmuje szczególne miejsce – może być źródłem jej trwałości, albo też praprzyczyną słabości. Niezależnie od dyskusji na temat daty dziennej, oczywiste jest, że II Rzeczpospolita narodziła się w listopadzie 1918 r. Cezura ta jest bardzo wyraźna, bo wiąże się z rozbrajaniem zaborczych formacji wojskowych i powstaniem instytucji władzy niepodległego państwa. Mimo oczywistego w tych warunkach braku legitymacji demokratycznej, ich uprawomocnienie w oczach obywateli wynikało już nie z przyzwolenia zaborców, ale z autorytetu osobistego (Piłsudski), bądź bezpośrednio z niepodległościowej obietnicy, jaką wyrażały.

W przypadku III Rzeczypospolitej moment jej narodzin pozostaje nieoczywisty. Początkiem tym może być kompromis zawarty przy Okrągłym Stole, zwycięstwo wyborcze Solidarności w czerwcu 1989 r., utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego, przywrócenie nazwy Rzeczpospolita Polska, wprowadzenie reformy Balcerowicza, wygrane przez Lecha Wałęsę wybory prezydenckie, a nawet pierwsze w pełni wolne wybory parlamentarne. Każda z tych dat ma swoje uzasadnienie i swoich zagorzałych zwolenników, a wybór tego bądź innego momentu mówi całkiem sporo o tym, co dana osoba uważa za konstytutywne dla państwa, za jaką drogą transformacji ustrojowej się opowiada, a nawet jak ocenia stan III Rzeczypospolitej.

Nie są to aptekarskie spory – lecz dowód na to, że wciąż nie została rozstrzygnięta dyskusja, czym jest III Rzeczpospolita i jaka wizja polityczno-moralna jej towarzyszy. W dyskusjach toczonych w II Rzeczypospolitej jej prawomocność nie była w zasadzie kwestionowana, w III RP wciąż odzywają się głosy wyrażające sceptycyzm co do jej przyszłości albo wręcz domagające się szybkiego złożenia do grobu.

To, jak rozstrzygnięto kwestię aktu założycielskiego wspólnoty, łączy się także bezpośrednio z oceną przeszłości. W II Rzeczypospolitej nie wydaje się ona zbyt trudna, bo dystans dzielący niewolę podtrzymywaną obcymi rękami od niepodległości jest dla wszystkich oczywisty. W III RP zdaniem wielu komentatorów trudno o tak jednoznaczną i kategoryczną kwalifikację PRL. I znów tylko na pozór jest to rzecz błaha, bo brak spójnej wizji przeszłości wciąż na nowo odnawia spór o miniony czas i ocenę ludzi uwikłanych w struktury PRL.

Wysocy funkcjonariusze PZPR nie byli wcale uważani za reprezentantów Polaków wobec zaborcy (choć tak u schyłku swego panowania lubili o sobie myśleć), ale raczej za reprezentantów zaborcy wobec Polaków

Nie znaczy to, że w II Rzeczypospolitej przeszłość nie bywała przedmiotem gorących sporów – jeśli jednak tak się działo, dyskusja koncentrowała się wokół pytania o skuteczność taktyki w rozgrywce z zaborcą. Czy ugodowcy nie posuwali się za daleko? Która orientacja w czasie I wojny światowej miała więcej sensu? Jednoznacznej kwalifikacji przeszłości towarzyszyła umiarkowana ocena ludzi działających w strukturach zaborczych państw. Zbytnia gorliwość nie była dobrze widziana, ale nie uważano za naganne zdobywania doświadczeń zawodowych w pruskich urzędach i carskim wojsku. Obecność w ławach poselskich zaborczego parlamentu także nie była wystarczającą podstawą do miotania oskarżeń. Wynikało to z przekonania, że wszystko to było bądź usprawiedliwione rozciągniętą na wiele pokoleń niewolą, bądź też nawet pożyteczne, bo umożliwiało obronę żywotnych polskich interesów. Ocena dotyczyła tego, na ile owa obrona była skuteczna, rzadko jednak podważała dobre intencje.

Różnica z III RP jest tu uderzająca: wysocy funkcjonariusze PZPR nie byli wcale uważani za reprezentantów Polaków wobec zaborcy (choć tak u schyłku swego panowania lubili o sobie myśleć), ale raczej za reprezentantów zaborcy wobec Polaków. Być może, gdyby w II RP działało coś na kształt partii postkomunistycznej, debata na temat osądu moralnego przeszłości przybrałaby kształt bardziej gwałtowny. Cała rzecz w tym jednak, że w rzeczywistości zaborczej nie było żadnego stronnictwa, które pełniłoby funkcję PZPR – próby budowania paraleli dajmy na to z galicyjskimi konserwatystami byłyby, szczerze mówiąc, grubą nieprzyzwoitością.

Gdzie rodzi się polityka?

Gdy zmęczeni jakością naszego państwa myślimy o II RP, często zdaje się nam ona omalże Arkadią, wolną od tego rodzaju ułomności. A przecież Arkadią stanowczo nie była – owszem, zasadnie można domniemywać, że honor nie był wtedy pustym słowem, a etos urzędniczy jedynie terminem w uczonych książkach, że mieliśmy wielu kompetentnych ministrów i polityków, ale przecież nie brakowało ani tępych i skorumpowanych biurokratów, ani dużych afer, ani populistycznych demagogów, ani też takich posłów, którzy przeniesieni w czasie bez chwili wahania mogliby zasilić szeregi Samoobrony. Mężów stanu II Rzeczpospolita miała z pewnością wybitniejszych, lecz prawdą jest też to, że najwięksi spośród nich – Piłusdski i Dmowski – nie najlepiej odnajdywali się w świecie demokratycznej polityki.

A jednak różnica w jakości państwa nie jest jedynie tworem naszej rozczarowanej teraźniejszością imaginacji. Opisują ja cztery słowa: samodzielność, sterowność, autorytet i zaufanie. Polityka II RP powstawała w Warszawie – bywała mądra, byle jaka albo głupia, zawsze jednak rodziła się z przeświadczenia o samodzielności i podmiotowości Polski, z jej zdolności do realizacji własnych przedsięwzięć i obrony samodzielnie zdefiniowanych interesów. Czy przyczyną tej samodzielności było błędne rozpoznanie siły odrodzonej Polski (złudzenie Polski mocarstwowej), czy inny wymiar, jaki przed II wojną światową miała suwerenność państwowa, nie zmienia to tego zasadniczego faktu.

Gdzie rodzi się polityka III RP? Jedni powiedzą, że w Waszyngtonie, inni, że w Brukseli, Paryżu czy Berlinie, jeszcze inni, że w gabinetach potężnych gospodarczych oligarchów. Obawiam się jednak, że jest jeszcze gorzej – jest ona raczej wypadkową różnych tendencji i koniunktur, nie tyle spójną konstrukcją, ile uprawomocnionym chaosem, napędzanym już to przeświadczeniem o własnej słabości czy peryferyjności, już to przekonaniem o determinującej wszystko konieczności dziejowej. Debata, w której ci, którzy uważają, że Polska powinna być najwierniejszym sojusznikiem Ameryki, zderzają się z tymi, którzy chcieliby większej zgodności z Niemcami i Francją – niepokoi, bo brak w niej miejsca na zdefiniowanie celów własnej aktywnej polityki. Polska, rzecz jasna, nie jest mocarstwem, nie znaczy to jednak, że nie ma swoich interesów i musi ograniczyć ambicje jedynie do podawania piłki silniejszym graczom. Nie jest przecież bez znaczenia, jaką mamy wizję przyszłego kształtu UE (o ile jakąś mamy), ani też, czy jesteśmy gotowi na serio zaangażować się w projekt osadzenia Ukrainy w europejskich strukturach integracyjnych.

Rządzący w II Rzeczypospolitej nie tylko samodzielnie definiowali swoje polityczne cele, ale w dodatku często udawało im się je realizować. Dzisiejsze debaty polityków obserwujemy ze stoickim spokojem (czy raczej rozpaczą), bo prawdopodobieństwo spełnienia obietnic jest mniej niż skromne. Politycy poczęli nawet z tego robić cnotę: kampania wyborcza w demokracji wymusza składanie obietnic – tłumaczą – których odpowiedzialny, brzydzący się populizmem polityk nie powinien w żadnym razie spełniać po wyborach.

Zasadniczą przyczyną takiego stanu rzeczy wydaje się niemal zupełny brak sterowności państwa. II Rzeczpospolita była państwem nowym, a jej instytucje budowano od podstaw. Projekty (nawet ambitne przedsięwzięcia gospodarcze i inwestycyjne) przyoblekały się w ciało, bo politycy bywali konsekwentni, urzędnicy wypełniali polecenia, a aparat państwowy egzekwował wykonywanie zarządzeń. Projekty mogły być poronione, jak te opisywane przez Józefa Mackiewicza w „Buncie rojstów”, polecenia niemądre, a zarządzenia małoduszne, ale państwo było dostatecznie sterowne i wystarczająco twarde, aby przeprowadzić swoją wolę i przymusić opornych do posłuszeństwa.

Zaufanie i nieufność

Nasze państwo wciąż jest w dużej mierze masą upadłościową PRL. Polski urzędowej i instytucjonalnej nie dosięgły przemiany, które radykalnie zmieniły oblicze naszego handlu czy mediów. Państwo chciałoby być omnipotentne, a najczęściej jest impotentne. Możliwość realizacji ambitnych zamierzeń jest tu bardzo ograniczona – urzędnik, któremu wydane zostaje polecenie, może zastanawiać się nad tym, jak je wypełnić, ale równie dobrze zabrać się do udowadniania, że to w ogóle niemożliwe, albo po prostu je po cichu (i niemal zawsze bezkarnie) sabotować. Wszyscy wiedzą o problemach z patologiczną autonomią służb specjalnych, ale w błędzie jest ten, kto sądzi, że to jedyny taki przypadek.

Państwo o rachitycznej woli i niskiej sterowności jest zarazem państwem niebywale miękkim. Za słabe, by poradzić sobie z silnymi, poprzestaje na dręczeniu słabych. Niezdolne do osiągania ambitnych celów, ma jednak dość sił, by paraliżować i utrudniać działanie niezależnych podmiotów – rosnąca wciąż liczba barier i regulacji w życiu gospodarczym świadczy o tym dobitnie. Toczony w ostatnich latach spór o to, czy państwa powinno być mniej (liberalna wizja państwa jako stróża nocnego), czy też więcej (chadecko-socjaldemokratyczna wizja państwa opiekuńczego), jest właściwie nie a propos, bo cała rzecz w tym, że mamy do czynienia ze złym państwem, które nie potrafi być ani skutecznym nocnym stróżem, ani dobrym opiekunem.

Państwo obdarzone autorytetem budzi w mniejszości obywateli strach i gniew, w większości – zaufanie

Państwo słabe i mało sterowne z natury rzeczy nie może cieszyć się autorytetem wśród obywateli. Dzisiejsze lekceważenie okazywane państwu i jego przedstawicielom dobitnie o tym świadczy. Jakaż różnica w porównaniu z II Rzecząpospolitą, gdzie odnajdujemy tyle świadectw respektu wobec państwa i reprezentujących je osób. Państwo obdarzone autorytetem budzi w mniejszości obywateli strach i gniew, w większości – zaufanie. To zaufanie w moc sprawczą państwa było w II RP stosunkowo silne. Obywatele nie postrzegali sfery politycznej jako destrukcyjnej, ale jako sferę nadziei, w której ramach mogą zostać rozwiązane najtrudniejsze nawet problemy. W obrazie tamtej Polski uderza silna identyfikacja wyborców z poszczególnymi stronnictwami, powszechność emocjonalnego przywiązania do politycznych liderów.

III Rzeczpospolita cierpi na straszliwy deficyt zaufania obywateli. Szczególnie dramatyczny wydaje się rozziew między powszechną akceptacją idei demokratycznej i bardzo krytycznym stosunkiem do sposobu jej realizacji w naszym kraju. W obiegowych sądach polityka jest sferą prywaty i niekompetencji. O ile wyborcy w II Rzeczypospolitej kierowali się logiką zaufania (popieram tego, komu wierzę), o tyle wyborcy III Rzeczypospolitej posługują się logiką nieufności (popieram tego, komu najmniej nie ufam). Tego rodzaju wizja rzeczywistości politycznej musi być na dłuższą metę destrukcyjna – nie tylko dlatego, że osłabia zdolność obywateli do identyfikowania się ze swoim państwem, a co za tym idzie także gotowość do wspierania jego działań, ale również i z tego powodu, że może utrwalić w polskiej polityce mechanizm selekcji negatywnej. Jeżeli bowiem polityka to draństwo i złodziejstwo, nietrudno odgadnąć, jaki typ ludzi młodych będzie zgłaszał do niej akces.

Silniejsze państwo, silniejsze społeczeństwo

W III Rzeczypospolitej równie często co śmierć inteligencji obwieszcza się zgon patriotyzmu. Pytamy, czy jest potrzebny, zastanawiamy się nad tym, jaki kształt powinien przybrać wraz z zachodzącymi w świecie zmianami. Niektórzy publicyści biją na alarm, inni cieszą się z tej rychłej śmierci. Niezależnie od tego, jaka jest kondycja patriotyzmu w naszym kraju, świadczy to z pewnością o tym, że pojęcie to utraciło walor oczywistości. Wydaje się, że w II RP rzecz miała się inaczej – poza pewną liczbą młodzieńczych deklaracji o zrzucaniu z ramion płaszcza Konrada, patriotyzm był właśnie czymś oczywistym. Wielkie znaczenie dla ukształtowania takiego stanu rzeczy miała aktywność państwa, które za swoją powinność uważało prowadzenie aktywnej polityki historycznej, jej zaś wyrazem był realizowany w szkołach i organizacjach młodzieżowych projekt wychowawczy. Sukces tych działań był wypadkową zdolności państwa do prowadzenia samodzielnej polityki i kapitału obywatelskiego zaufania.

III Rzeczpospolita nawet nie próbowała realizować żadnego projektu wychowawczego, zaniechała też wszelkich prób sformułowania swojej polityki historycznej. Eklektyzm ten wynikał nie tylko z ogólnej bezwładności, ale także z przekonania o tym, że nie wolno narzucać jakichkolwiek poglądów czy wartości. Doszło tu jednak chyba do pomylenia właściwej naszym czasom mody retorycznej z rzeczywistością. Wystarczy się rozejrzeć wokół, by przekonać się, że w innych państwach taka polityka wciąż jest prowadzona – nie tylko w łaknącej wzmocnienia swojej tożsamości Litwie, ale i we Francji czy Niemczech. Ignorowanie tego wymiaru edukacji nie jest receptą na unieważnienie bitwy o społeczną świadomość, ale na pewną w niej klęskę.

Silniejsze państwo, ale i silniejsze społeczeństwo obywatelskie –­ wskazując na przewagę II Rzeczypospolitej w tym względzie, trzeba jednak pamiętać, jak wielkie znaczenie dla żywotności społeczeństwa obywatelskiego ma sprawa własności prywatnej i wolności gospodarczej. Pomimo fatalnej struktury własności, II Rzeczpospolita od początku miała pod tym względem w stosunku do nas pozycję uprzywilejowaną. Gospodarki wolnorynkowej nie trzeba było przywracać, bo lepsza czy gorsza wciąż funkcjonowała i będąc prawdziwą gwarancją niezależności obywateli, umożliwiała im aktywne uczestnictwo w różnego rodzaju stowarzyszeniach, spółdzielniach czy innych organizacjach. Wiele spośród nich było zresztą kontynuacją bytów istniejących jeszcze przed 1918 r., jako że wielka opresywność zaborców i tak była jakościowo odmienna od tego, co aplikował nam totalitaryzm, nawet w swej rozmiękczonej fazie.

III Rzeczpospolita zdaje się na tej drodze znacznie mniej zaawansowana, choć teoretycznie duch czasów bardziej sprzyja wszelkiej decentralizacji i obywatelskiej samoorganizacji. Niby wszyscy zgadzają się, że społeczeństwo obywatelskie ma szczególne znaczenie dla stabilności i trwałości demokracji, niewiele jednak w praktyce z tego wynika, bo najbardziej rozpowszechnione pozostają postawy bierności i nieufności wobec jakiejkolwiek formy społecznego działania.

Pewnym odpryskiem społecznej żywotności II Rzeczypospolitej wydaje się rozkwit kulturalny. Bez trudu potrafimy wskazać ważne środowiska intelektualne, które się wtedy pojawiły, tytuły dzieł czy nazwiska twórców i błyskotliwych publicystów, którzy w tym czasie debiutowali i szybko zdobywali uznanie. III Rzeczpospolita z pewnością nie jest kulturalną pustynią, czasem nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że wciąż jeszcze raczej „przejadamy” spadek po PRL, niż czerpiemy ze swych własnych osiągnięć. Być może oczywiście nie doceniamy tego, co tymczasem się pojawiło, na razie jednak wciąż najistotniejsze zdaje się to, co piszą twórcy starszych pokoleń.

Nie ma wątpliwości, że II Rzeczpospolita była państwem zapewne ubogim, czasem niesympatycznym, ale stosunkowo mocnym i samodzielnym. Doświadczenie jednych założycieli III Rzeczypospolitej, a koncepcje filozoficzne innych, kazały im widzieć w państwie raczej wroga niż sprzymierzeńca, nie szukali więc sposobów, by uczynić je silnym i sprawnym. Nic więc dziwnego, że III Rzeczpospolita przypomina chwilami atrapę państwa. Nadzieje pokładali raczej w społeczeństwie obywatelskim, ale na to, by one się spełniły, potrzeba wiele czasu i – o paradoksie – właśnie silnego, a nie rachitycznego państwa.

Czy jednak można coś zrobić, by nasze państwo przestało słabować? Niedobrze by się stało, gdybyśmy na to pytanie odpowiadali tak, jak to na początku lat dziewięćdziesiątych czynili niektórzy – dowodząc że wzrost przestępczości jest nieuchronnym skutkiem demokracji (szkoda, że nie próbowali o tym przekonać Szwajcarów albo Norwegów…). W polityce są gorsze i lepsze koniunktury, trudniejsze i łatwiejsze wyzwania, ale bardzo mało jest nieuchronności (na nią powołują się tylko ci, którym się nie udało). Aby odwrócić niekorzystne tendencje w III Rzeczypospolitej potrzeba jednak czegoś więcej niż trafnej diagnozy, mądrego programu, wiedzy i politycznej woli przeprowadzenia głębokich reform – potrzeba odwagi i żelaznej konsekwencji. Potrzeba charakteru. A o to zawsze najtrudniej.

Tekst ukazał się w czasopiśmie „Więź” 2004 nr 5 pod tytułem „Państwo czy atrapa? Piętnaście lat II i III RP”