To kompromitacja, że prezydent i premier zapowiadają państwowe obchody stulecia niepodległości na kilkadziesiąt godzin przed ich rozpoczęciem. I to w reakcji na wątpliwą prawnie decyzję organu samorządowego.

Hanna Gronkiewicz-Waltz mocnym akcentem żegna się z urzędem Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy. Podczas środowego briefingu prasowego oświadczyła, że zakazała Marszu Niepodległości 2018 r. Chwilę potem stawkę podbili prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki, zapowiadając organizację państwowego marszu.

Czy odwołanie Marszu Niepodległości to dobra decyzja?

Osobiście nie chcę widzieć w Warszawie maszerujących neofaszystów w setną (ani jakąkolwiek inną) rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Nieważne, czy miałoby być ich kilkunastu, kilkudziesięciu czy kilkuset w wielotysięcznym tłumie – na takie wydarzenia na polskich ulicach nie może być miejsca.

A jednak nie potrafię się cieszyć po wczorajszej decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz. Dlaczego? Jakub Majmurek w komentarzu dla Newsweeka uzasadnia słuszność – jego zdaniem – decyzji prezydent Warszawy: „Doświadczenie kilku lat marszu wyraźnie pokazuje, że z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można powiedzieć, że także w tym roku dojdzie do złamania prawa. Co daje podstawy do zakazania marszu”.

Z faszystowskimi elementami na Marszu Niepodległości trzeba było walczyć wcześniej. I to zarówno za rządów PiS, jak i PO. Należało zdelegalizować ONR i inne organizacje o charakterze faszystowskim.

Redaktorowi Majmurkowi chciałbym odpowiedzieć, że niestety – „graniczące z pewnością prawdopodobieństwo” nie daje podstaw do zakazania zgromadzenia publicznego. Jeśli jako społeczeństwo podzielamy zasadnicze wartości demokratycznie, to nie możemy popierać prewencyjnego zakazywania zgromadzeń, bo stalibyśmy się hipokrytami. Wyjątki od tej reguły jasno wykłada polskie prawo. Poza powodami formalnymi podstawą do zakazania zgromadzenia byłaby sytuacja, w której „jego cel narusza wolność pokojowego zgromadzania się, jego odbycie narusza art. 4 (m.in. kiedy uczestnicy posiadają broń, materiały wybuchowe itp.) lub zasady organizowania zgromadzeń albo cel zgromadzenia lub jego odbycie naruszają przepisy karne”. Należałoby udowodnić, że cel MN narusza przepisy karne, czego w uzasadnieniu decyzji prezydent Warszawy nie ma.

Co gorsza – decyzja Gronkiewicz-Waltz prawdopodobnie nie ma podstaw prawnych. Pisze o tym w swoim oświadczeniu Helsińska Fundacja Praw Człowieka: „Ustawa o zgromadzeniach nie uprawnia organu gminy do wydania zakazu zgromadzenia cyklicznego”. To wojewoda nadaje status zgromadzenia cyklicznego, co zrobił przed rokiem. A jednak za decyzję prezydent Warszawy niejako wzięli współodpowiedzialność prezydent z premierem – czyli szefem wojewody mazowieckiego, który przyznał MN status zgromadzenia cyklicznego – poprzez organizację własnych uroczystości w zasadzie blokujących możliwość odbycia Marszu Niepodległości. Niezależnie od tego, jak sprawę przedstawiają media rządowe, doszło do pewnego przełomu. Władze kraju wzięły odpowiedzialność za zgromadzenie, które będzie miało miejsce 11 listopada. Do tej pory za wszelkie wybryki można było obwiniać prowokatorów i pojedynczych chuliganów w tłumie patriotów oraz złe działania władz miasta. Jeśli do wybryków dojdzie i tym razem – winna będzie Kancelaria Premiera jako organizator wydarzenia.

Jeśli nie tak, to jak inaczej?

Przejawy faszyzmu na Marszu Niepodległości trzeba było eliminować wcześniej. I to zarówno za rządów PiS, jak i PO. Należało zdelegalizować ONR i inne organizacje o charakterze faszystowskim. Jeśli mimo to podczas Marszu dochodziłoby do podobnych wybryków – należałoby zdelegalizować stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Z faszyzmem nie można negocjować, trzeba go zwyczajnie zwalczać na gruncie demokratycznych przepisów. Problem w tym, że nikt się w tym Polsce na serio nie zajął.

Cała sprawa z zakazem MN jest efektem porażki państwa na polu świętowania ważnych świąt narodowych

Dlatego po ludzku rozumiem i zgadzam się z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Ma rację, narzekając na opieszałość prokuratury i władz państwowych w kwestii pociągnięcia do odpowiedzialności faszystów z zeszłorocznego Marszu. Ma rację, buntując się przeciwko braniu na siebie odpowiedzialności za opieszałość, która była faktycznie cichym przyzwoleniem, władz państwowych w kwestii walki z faszyzmem. Problem w tym, że zamanifestowała to w sposób najprawdopodobniej sprzeczny z prawem. W tak podbramkowej sytuacji powinna dołożyć wszelkich starań, by zapewnić bezpieczeństwo w trakcie zgromadzenia i… w razie złamania przepisów karnych, natychmiast je rozwiązać. Zgaduję, że nie trwałoby ono dłużej niż kilka minut.

Państwo tylko teoretyczne

Z uzasadnienia zakazu MN przebija nieufność do instytucji państwowych. Rządząca od 2006 r. stolicą Hanna Gronkiewicz-Waltz krytykuje nie tylko prokuraturę, policję oraz ministrów: sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, ale dodaje też: „nie tak powinno wyglądać stulecie odzyskania niepodległości”.

I znów trudno się z nią nie zgodzić. Cała sprawa z zakazem MN jest efektem porażki państwa na polu świętowania ważnych rocznic. Nabijano się z prezydenta Bronisława Komorowskiego i jego marszów, ale trudno mu było odmówić starań w tym względzie. Następnie – między innymi dzięki swojej, nacjonalistycznej w formie, polityce tożsamościowej – do władzy doszedł obóz prawicy, który zapowiadał jednoczenie Polaków we wspólnym świętowaniu, dumę z narodowej historii i tradycji. Nie wyszło z tego kompletne nic. Trudno dziwić się wielu przeciętnym, konserwatywnym Polakom, którym bynajmniej nie po drodze z faszyzmem, że z braku wyboru dołączali do tej pory do Marszu Niepodległości.

Bartłomiej Sienkiewicz został zmuszony do odejścia z polityki w wyniku nagonki, jaka na niego spadła po słowach: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje – dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność”. Problem w tym, że Sienkiewicz miał pełną rację, a ci, którzy go niegdyś atakowali – przede wszystkim: obecnie rządzący – działają jeszcze bardziej fragmentarycznie i pogłębiają „teoretyczność” polskiego państwa. To kompromitacja, że prezydent i premier zapowiadają państwowe obchody stulecia niepodległości na kilkadziesiąt godzin przed ich rozpoczęciem. I to w wyniku wątpliwej prawnie decyzji organu samorządowego.

Świadomość teoretyczności państwa będzie nam towarzyszyć podczas obchodów stulecia polskiej niepodległości. I to chyba najsmutniejsze w tej radosnej rocznicy.