Dawał motywację do działania i siłę – do rozwoju i pracy. Człowiek chciał być przy nim „jakiś”, a nie „byle jaki”.

Homilia wygłoszona podczas pogrzebu Edwarda Dwurnika 5 listopada 2018 r. w warszawskim kościele środowisk twórczych

Uczestniczymy w eucharystii sprawowanej w intencji Edwarda Dwurnika, wielkiego artysty – malarza, mistrza obrazu, taty, dziadka i przyjaciela.

Eucharystia jest czymś niezwykłym w wierze chrześcijanina. Bo podczas jej sprawowania staje przed nami życie i śmierć, i zmartwychwstanie. Słowo stało się ciałem i mieszka pomiędzy nami, i tym sposobem Bóg sam staje się więzią, która łączy nas pomiędzy sobą i łączy nas z Bogiem. Eucharystia określa w pewnym sensie odpowiedź na pytanie: co po nas zostanie? Eucharystia opowiada człowiekowi o tym, skąd wyszedł i dokąd zmierza. Eucharystia uczy także człowieka, aby dobrze rozumiał każdą chwilę swojego życia, żeby mierzył ją miarą właściwą. Eucharystia trwa w dziejach świata już ponad dwa tysiące lat. Ten mały kawałek chleba połączony z kilkoma kroplami wina, powierzony kruchej wolności człowieka, powierzony na dobre i na złe (por. J. Tischner, „Rekolekcje paryskie”).

Eucharystia świadczy o Bogu. Ale świadczy ona także o człowieku. O tym, że mimo upadków jest to jednak istota zdolna do wierności. Że człowiek – mimo wszystko – jest istotą wiary-godną. I stąd płynie nasza nadzieja. Jako chrześcijanin mówię o niej: nadzieja eucharystyczna.

Dlatego tak ważne jest, że dziś modlimy się za Edwarda Dwurnika w trakcie tej najważniejszej dla chrześcijan liturgii, która łączy, a nie dzieli, bo gdyby dzieliła przeczyłaby sobie i nie miałaby sensu.

Dzięki Edwardowi nasza doczesność była lepsza, piękniejsza, oryginalniejsza, bardziej szalona (spróbujmy żyć bez tej odrobiny szaleństwa?), dowcipniejsza, mądrzejsza, czasami weselsza, a niekiedy smutna, refleksyjna. Można z nim było poprzez jego obrazy porozmawiać, mówiąc slangiem kościelnym: „ubogacić się” jego wizją i wyobraźnią; ale można też było przed jego obrazem mądrze pomilczeć. Naprawdę z Edwardem, jego sztuką, swobodnie rozmawiało się o wszystkim i swobodnie milczało się, też o wszystkim.

Podchodził z czułością i zrozumieniem do bohaterów swoich obrazów. W każdym widział człowieka – dlatego malował prawdziwe portrety zarówno prezydentów, jak i biedaków

Był przede wszystkim tytanem pracy – rysował i malował cały czas. Doskonały obserwator. Rozumiał zarówno ludzi prostych, zwykłych, te określenia nie miały dla Edwarda żadnych konotacji pejoratywnych (sam z prostej i biednej rodziny się wywodził), jak i tych bardziej skomplikowanych, z poplątanymi życiorysami, rozumiał ich rozterki życiowe, ich dramaty, lęki, smutki, nadzieje, iluzje, niedoskonałości (grzechy?). Umiał to wszystko namalować, umiał też nieco się z nich śmiać, ale tak łagodnie, bez oskarżania.

Podchodził z czułością i zrozumieniem do bohaterów swoich obrazów. Szczególnie w serii SPORTOWCY, ale nie tylko, także tak naprawdę w tych niezliczonych pejzażach miejskich – wszakże miasto jest dziełem człowieka, polem jego walk i codzienności. Był przede wszystkim człowiekiem i w ludziach widział ludzi, nie interesowały go stopnie i status społeczny, funkcje, wykształcenie czy zamożność, w każdym widział człowieka i istotę człowieczeństwa – dlatego malował udane, trafne, prawdziwe portrety zarówno prezydentów, jak i biedaków. Na płótnach potrafił zawsze uchwycić charakter człowieka, a nie powierzchowność.

Widział piękno świata – malował je. Widział też i nędzę i przepych i biedę i nadmiar. Prywatnie kochał życie w jego dynamice. Horacjańska sentencja „carpe diem” nie była mu obca. Lubił dobrą kuchnię, operę i film, rosyjską dramatyczną literaturę (Gogol, Dostojewski i inni), lubił pływać i spacerować, a że był potwornie szybki, lubił szybkie samochody – choć nie widział wartości w samym ich posiadaniu, lecz w szybkości, z jaką mógł się poruszać. Prowadził – opowiada jego córka, Pola – jak jakiś turbo smok, jeździł jak smok czy puma.

Ponad wszystko jednak kochał sztukę, szczególnie malarstwo – w bardzo wielu jego aspektach. Cenił wielkich mistrzów, mówił ich językiem.

Wielu ludzi mówi, że dał im moc – jakkolwiek możemy to rozumieć. Dawał motywację do działania i siłę – do rozwoju i pracy. Człowiek chciał być przy nim „jakiś”, nie „byle jaki”….

Wielu ludziom pomógł – finansowo albo dobrą radą i poczuciem humoru, był hojny. Był też niezależny, nie lubił podlegać nikomu i być pouczany, albo do czegokolwiek namawiany. Żył pod prąd i nigdy tego nie zmienił.

W ostatnim czasie dotknęło go cierpienie, to fizyczne. Umieranie. Teologicznie wszystko jest dla człowieka wierzącego jasne, tak się przynajmniej wydaje. To pozory, nic nie jest jasne. Oto odchodzi ktoś nam bliski. I szczególnie wtedy – tak uważamy – jest to zawsze przedwczesne, niesprawiedliwie, bez sensu, bo tak szybko. Odwieczny problem z umieraniem i cierpieniem najbliższych. Bolesnym umieraniem. Odchodzą. W tej rzeczywistości, na tym świecie – już ich nie dotkniemy, nie usłyszymy ich głosu, nie poczujemy ich oddechu, nie pokłócimy się z nimi, już nie wpadniemy sobie w objęcia z czułością. Koniec! To boli.

Bez śmierci nie ma życia. Pozostaje tajemnica i milczenie

Pytamy: jaki to wszystko ma sens? Powtarzam zawsze, że śmierć, podobnie jak cierpienie, same w sobie nie mają sensu; tak myślę. Ale jednak nabierają tego sensu – tak wierzę jako chrześcijanin – w perspektywie zbawczej śmierci Jezusa, poprzedzonej niewyobrażalnym cierpieniem na drodze krzyżowej i na samym krzyżu. Ktoś powie, że to za proste, zbyt łatwo te uzasadnienia wypowiadamy.

Ale przecież bez śmierci nie ma życia. Pozostaje tajemnica i milczenie! Poza tym śmierć dla wierzącego nie jest łatwiejsza niż dla niewierzącego. Zarówno wierzący, jak i niewierzący pragną śmierć i cierpienie jakoś zracjonalizować, zrozumieć. Najczęściej to się nie udaje. Bunt jest naturalny.

Szukajmy zatem sensu śmierci i odchodzenia, ze świadomością, że tego sensu do końca nie znajdziemy. Ale może choć trochę zrozumiemy coś z siebie i z innych. Że po śmierci jest życie? Wierzę, że tylko On, Bóg, to wszystko pojmuje.

Tomasz we fragmencie Ewangelii, którą przed chwilą usłyszeliśmy, mówi: „Panie, nie wiemy dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?”. Jaka jest nasza droga do zmartwychwstania, jaka jest nasza droga do zbawienia? Co tak naprawdę dzieje się z naszą duszą po śmierci, z naszą świadomością? Nie ma ludzkiej odpowiedzi na te pytania. I nie może jej być. „Tajemnica szczęśliwej komunii z Bogiem, i tymi wszystkimi, którzy są w Chrystusie, przekracza wszelkie możliwości naszego rozumienia i wyobrażenia” (ks. J. Tischner).

Profesor Maria Poprzęcka w swoim eseju o twórczości Edwarda Dwurnika napisała, że w jego obrazach nie znajdziemy żadnych literackich inspiracji, tematycznych odniesień, ilustracyjności, „chociaż wiele z jego postaci świetnie znalazłoby swe miejsce wśród bohaterów Tadeusza Konwickiego i Mirona Białoszewskiego”. W jego obrazach widać podobny dystans wobec świata nie wykluczający współczucia. Przywołałam zatem słowa Tadeusza Konwickiego. W „Kalendarzu i klepsydrze” pisał: „Moim programem jest takie współczucie, żeby to było współczucie samo w sobie, nawet beze mnie. Dlatego skrywam się za słowa”. Tak jak śp. Edward skrywał się za swoje obrazy. Jestem jednym z was – mógłby powiedzieć. Kochaj bliźniego, bo on jest tobą. I czuwaj, oczekuj na Niego, tego przez duże „N”, bo nie wiemy o jakiej porze dnia przyjdzie.

Nasze życie wieczne rozpoczyna się teraz. Nie po śmierci! Żyjemy życiem wiecznym. Śmierć to przejście. Ta paschalna prawda trudna jest do przyjęcia, nawet dla ludzi wierzących. Cień niepewności znaczy każde z naszych przeżyć. Tak jest także z wiarą. Nie trzeba bać się wątpliwości, są nieuniknione, wątpliwości są nieodłącznym elementem wiary.

Dzięki Edwardowi nasza doczesność była lepsza, piękniejsza, oryginalniejsza, bardziej szalona, dowcipniejsza, mądrzejsza, czasami weselsza, a niekiedy smutna i refleksyjna

Człowiek jest istotą, która zmartwychwstaje. Zmartwychwstaje nie tylko na końcu życia, ale zmartwychwstaje także w ciągu całego swojego życia. Zmartwychwstawanie towarzyszy człowiekowi co dzień, co godzina. Życie – śmierć – zmartwychwstanie.

Nie podsumowujmy zatem życia Edwarda, bo on żyje w naszej pamięci, on jest, i będzie w swojej twórczości, zresztą on chyba nie pozwoliłby się podsumować. Zostawmy go z tym ludzkim, a chwilami jakby ponadludzkim punktem widzenia, zostawmy mu tę jego „religię” sztuki, malarstwa, która nie przestaje pytać: czym jest człowiek?

Obecna chwila przemija i zabiera ze sobą jakąś część naszego serca, naszego bytu. Nigdy nie wróci. Edward przeminął, tu w rzeczywistości doczesnej, i zabrał ze sobą do wieczności część serc swoich najbliższych, znajomych i przyjaciół.

Ale to nie koniec. Wszystko przed nami.