W liście Episkopatu na stulecie niepodległości nie znajduję ani mądrości wieków, na którą tak chętnie powołuje się Kościół, ani wyraźnej hierarchii rzeczy w rysowaniu zagrożeń dla naszej przyszłości, ani pokory w obliczu skądinąd niewątpliwych zasług Kościoła na drodze ku wolności, ale też jego zaniechań i grzechów z czasów niewoli.

Należę do pokolenia, które w młodości stykało się na co dzień – wśród najbliższych, znajomych i uniwersyteckich mistrzów – z ludźmi, którzy pamiętali zabory, Wielką Wojnę i bolszewicką nawałę z roku 1920. Wielu z nich uczestniczyło w zmaganiach zbrojnych, niektórzy nosili na sobie trwałą tego pamiątkę: rany i choroby. Pamiętam ich wielkie wzruszenie, kiedy wspominali niedawne jeszcze wydarzenia. A u osób nawet głęboko wierzących – pamiętam dyskrecję w eksponowaniu religijnej motywacji swoich patriotycznych tęsknot i zaangażowań. Zapamiętałem też kult, jakim otaczano prezydenta Woodrowa Wilsona i wdzięczność za punkt 13 z jego słynnego programu pokojowego z 1918 roku, w którym domagał się utworzenia niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza.

Wszystko to działo się na moim rodzinnym Pomorzu, dokąd niepodległość dotarła dopiero w roku 1920 i gdzie wcześniej trudne trwanie przy polskości oznaczało cichą pracę organiczną, kultywowanie ojczystego języka i cierpliwe korzystanie z pozytywistycznych furtek, jakie pozostawiał pruski zaborca.

Te wspomnienia i wzruszenia wróciły we mnie podczas lektury listu Episkopatu na stulecie niepodległości. Listu, który robi niestety wrażenie kościelnej Wikipedii, spisanej przez jakiegoś magistranta jednego spośród tak licznych wydziałów teologicznych. Nie znajduję w nim ani mądrości wieków, na którą tak chętnie powołuje się Kościół, ani wyraźnej hierarchii rzeczy w rysowaniu realnych zagrożeń dla naszej przyszłości, wynikających z sytuacji społecznej w kraju i komplikujacego się niebezpiecznie świata. Nie ma też w liście pokory w obliczu skądinąd niewątpliwych zasług Kościoła na drodze ku wolności, ale też jego zaniechań i grzechów z czasów niewoli (tego wrażenia nie osłabia bynajmniej lakoniczna wzmianka o uwikłaniu niektórych hierarchów w Targowicę).

Otrzymujemy za to obszerną, sięgającą czasów przedrozbiorowych, korepetycję z lekcji historii. I rozległy katalog polskich świętych i błogosławionych z okresu zaborów, oczywiście głównie świętych w biskupim bądź zakonnym odzieniu. Czyżby sygnatariusze listu nie zauważyli, że totalitarny system skończył się niemal trzydzieści lat temu, a niektóre funkcje zastępcze chwalebnie wypełniane przez Kościół w czasach komunizmu przejęły dziś kompetentnie szkoła i uniwersytety? Czyżby tak nisko oceniali kwalifikacje intelektualne i pamięć historyczną swoich owieczek, by uważali za konieczne serwować im dziś z ambony parafialną czytankę o polskich dziejach? I wciskać swoistą, bo kościelną „politykę historyczną”?

Czyżby biskupi tak nisko oceniali kwalifikacje intelektualne i pamięć historyczną swoich owieczek, by uważali za konieczne serwować im dziś z ambony parafialną czytankę o polskich dziejach? I wciskać swoistą, bo kościelną „politykę historyczną”?

Bo czym wytłumaczyć kompletne milczenie biskupów na temat wielkich ojców założycieli niepodległego państwa i zupełny brak choćby jednego nazwiska naszych narodowych bohaterów? Nie ma tu ani Piłsudskiego, ani Daszyńskiego, ani Dmowskiego… Czyżby powodem była w przypadku niektórych z nich piękna socjalistyczna przeszłość, a może dystans wobec praktyk religijnych? Ten jaskrawy brak uderza zwłaszcza w kontekście buchalteryjnej skrupulatności w rejestrowaniu nazwisk kościelnych dygnitarzy i osób wyniesionych na ołtarze.

Uderzył mnie szczególnie jeszcze inny brak. Tam mianowicie, gdzie biskupi piszą o wielkich postaciach kultury literackiej pod zaborami. Wymieniają Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Sienkiewicza, a milczą o Norwidzie. A więc o poecie i myślicielu, w którego sztuce religijna refleksja i teologiczna głębia osiągnęły poziom rzadko u nas spotykany. To przecież do niego odwoływał się niejednokrotnie, także na forum międzynarodowym, Jan Paweł II, nazywając go „czwartym wieszczem”. Czy o tym krzyczącym pominięciu zadecydował krytyczny stosunek Norwida do sposobów łączenia katolickości z polskością, jego trzeźwe spojrzenie na model polskiej religijności, przypominanie o tym, że „glob jest Kościołem”, na przekór naszej koncentracji na sobie samych? A może jego nieustanna polemika z patriotycznym „nekroromantyzmem”, który, jak dzisiaj widać, dzięki wsparciu Kościoła wciąż zachowuje swoją żywotność? A może fakt, że wskazywał na obecny wszędzie „polski straszny nihilizm”: „Tak literatura, tak polityka, tak Kościół… tak wszystko – wszystko, wszystko nic – nihil”.

Po przytoczeniu tej surowej diagnozy wielkiego poety i człowieka głębokiej wiary trzeba zapytać: jak w niezwykłym przecież liście Episkopatu wygląda ekspertyza na temat dzisiejszej moralnej kondycji społeczeństwa i jego władz? Jakie są zdaniem biskupów najpoważniejsze zagrożenia dla jakości państwa, jego miejsca na arenie międzynarodowej i w konsekwencji dla naszej suwerenności? „Odstępowanie od wiary katolickiej i chrześcijańskich zasad jako podstawy życia rodzinnego, narodowego i funkcjonowania państwa” – tak brzmi odpowiedź Episkopatu.

Nie znajdziemy w liście ani jednej śmielszej diagnozy, która mogłaby zachwiać intratnym dla obu stron sojuszem tronu z ołtarzem, żadnego pójścia pod prąd ze strony instytucji, która ma być podobno znakiem sprzeciwu

Nie znajdziemy w liście śladów zaniepokojenia z powodu zjawisk i tendencji, które rozbijają społeczny pokój i kwestionują podstawy, na których powinno się opierać bezpieczeństwo państwa. Za kościelną zasłoną milczenia pozostają: wzniecanie nastrojów antyeuropejskich, skłócenie nawet z państwami najbardziej nam życzliwymi, nieustający konflikt z instytucjami unijnymi i osamotnienie na arenie międzynarodowej. Ani jednej śmielszej diagnozy, która mogłaby zachwiać intratnym dla obu stron sojuszem tronu z ołtarzem, żadnego pójścia pod prąd ze strony instytucji, która ma być podobno znakiem sprzeciwu. I żadnego uderzenia się we własne piersi. Choćby z powodu wspierania przez niektórych duchownych ruchów o charakterze skrajnym czy wręcz faszystowskim, znajdujących bezpieczną przystań nawet na Jasnej Górze. A także z powodu kościelnej aprobaty dla „religii smoleńskiej”, której symbolem przez osiem lat były miesięcznice z mszą celebrowaną w stołecznej katedrze (choć miesięcznic już nie ma, „państwowe” msze odbywają się nadal). Widać ani biskup Warszawy, ani Episkopat nie widzieli w tym polityczno-religijnym ruchu ani źródła społecznych podziałów, ani nawet sprzeczności z kościelną doktryną i wiarą w życie wieczne. A przecież wśród wad narodowych biskupi wymieniają w liście „znieważanie wiary katolickiej”…

Autorzy listu pochylają się z troską także nad polską młodzieżą. Ale trudno by tu znaleźć ślady tej pragmatyki teologicznej, która każe budować moralność na już istniejącym dobru. Dominują negatywy: alkohol, narkotyki, pornografia, zagrożenia płynące z internetu, hazard (nie wiedziałem, że polska młodzież masowo podróżuje do kasyn w Monte Carlo). Groch z kapustą. Czy w obliczu niskiego wciąż u nas kapitału społecznego i kryzysu postaw prospołecznych nie należałoby – nie tylko zresztą wobec młodzieży, ale całego społeczeństwa – głośno wspierać (a przynajmniej nie krytykować z ambon) te inicjatywy i ruchy, które służą socjalizacji Polaków, choć niekoniecznie wypisują na sztandarach tak zwane wartości chrześcijańskie?

Niewątpliwie pozytywny wydźwięk ma początek jubileuszowego listu. Biskupi zaczynają od przytoczenia znanych słów z Ewangelii – o miłości Boga i bliźniego – będącej dla ludzi wierzących ważną inspiracją do miłowania ojczyzny. Chciałoby się w tym momencie trochę pomarzyć. O tym mianowicie, że cały Kościół instytucjonalny w Polsce weźmie sobie te elementarne w chrześcijaństwie słowa do serca w codziennej praktyce duszpasterskiej. Przyczyniając się tym samym do budowania pokoju społecznego i ducha solidarności, jakże ważnych dla stabilności i bezpieczeństwa państwa. Że widoczną nawet u niektórych hierarchów ideologizację religii zastąpi społeczna nauka Kościoła, a język wiecznych polemik z niedobrym światem i współczesną kulturą – zastąpi dialog i zgoda na przypominaną przez papieża Franciszka prawdę, że „wiara jest szukaniem Boga, a nie doktryną”.

Na koniec jeszcze jedno marzenie. Że zamiast wypominania światu „zdrady” nauczania Jana Pawła II, sami to nauczanie w końcu poznamy i zaczniemy wprowadzać w życie. Pamiętając także o tym, jaki był patriotyzm wielkiego papieża: niezaściankowy, bez szowinizmu, otwarty, czerpiący z najpiękniejszych tradycji Polski jagiellońskiej.