W „Winnych” każdy może poczuć prawdę, że na człowieka nie wolno patrzeć przez dogmatyczne okulary. Ten duński film to wielkie, humanistyczne wołanie: przestajemy być ludźmi, gubimy człowieczeństwo, ratujmy człowieka w sobie!

„Winni” – duński kandydat do Oscara w reżyserii Gustava Möllera i zdobywca Nagrody Publiczności na tegorocznym Sundance – to dzieło obok którego nie można przejść obojętnie. Zapewne krytycy będą używać różnych zwrotów, trochę już wyświechtanych: że „wbija w fotel”, że to „uderzenie w splot słoneczny”. Nasuwa mi się tylko jedno słowo: szok.

Mniej więcej w połowie filmu powoli odkrywa się przed widzami straszliwa tajemnica, tragedia nie do opisania, w kinie „słychać ciszę”, można odnieść wrażenie, że opanował wszystkich jakiś stupor dysocjacyjny, ludzie jakby przestali oddychać i poruszać się, zachowując jednocześnie pełną świadomość. Ale to jeszcze nie koniec, kolejne fragmenty „Winnych” rozbiją naszą pewność w drobny mak, przewrócą do góry nogami to, co w tym momencie wydawało nam się oczywiste.

Jedność miejsca, czasu i akcji. Przez cały film widzimy na ekranie przede wszystkim jedną postać. Jest nią Asger Holm, policjant, dyspozytor linii 112 odbierający alarmowe telefony. „Oddelegowany” do tego pozornie – jak się okaże – monotonnego zadania. Do tej pory był funkcjonariuszem z ulicy, policjantem pierwszego kontaktu, poznawał empirycznie prawdziwy świat przestępstw i zbrodni. Działał wraz z przyjacielem Raszidem w terenie, teraz ciąży na nim zarzut, który okaże się kluczowy w finałowym katharsis, zaskakującym i niejednoznacznym.

Telefony banalne, każdy dyspozytor policyjny wysłuchuje codziennie dziesiątki podobnych skarg, można popaść w rutynę. Jakiś narkoman chce, żeby wezwać karetkę, bo „się dusi”; ktoś uważa, że został okradziony, bo zauważył, że w kieszeni nie ma pieniędzy; ktoś inny sądzi, że jest ofiarą wyimaginowanego napadu; młoda kobieta zraniła sobie kolano, jadąc na rowerze, zapewne po alkoholu i oczekuje szybkiej pomocy. Dzwoni dziennikarka, bezczelna i pewna siebie, Asger nie chce z nią rozmawiać. Widzimy, że jest policjantem profesjonalnym, potrafi od dzwoniących wydobywać informacje prostymi pytaniami, pomaga mu zresztą komputer, który natychmiast wyrzuca na ekran dane osób, nazwy ulic i placów Kopenhagi, na których delikwenci przeżywają swoje prawdziwe czy domniemane problemy.

Aż wreszcie następuje moment przełomowy. Asger odbiera kolejny telefon, znudzonym głosem wypowiada dwa słowa „numer alarmowy”. Dzwoni kobieta o imieniu Iben. Rozpoczyna się dramatyczna walka z czasem. Oto zwykły przypadek, przecież mógł ten konkretny telefon odebrać inny dyspozytor. Ostatecznie zdarzenie to prowadzi do przemiany głównego bohatera. Zatem przypadek? A może cud? Profesor Stefan Swieżawski często opowiadał, że cud to zdarzenia pozornie przypadkowe, które zmieniają nasze życie niekiedy całkowicie, pozwalają przemyśleć je na nowo.

Möller dokonuje wiwisekcji ludzkiego wnętrza. Wrażliwi widzowie będą przeglądać się w bohaterach jak w lustrze

Jest w tym filmie wszystko: wina, kara, łatwość oskarżenia, uniewinnienie wbrew dotychczasowej pewności o winie, słabość, zapętlenie dobra ze złem, walka o czystość sumienia, klęska, przełamanie, samooczyszczenie, spowiedź i niepewność utrzymana do ostatniej sceny. I odwieczne pytanie: czy prawda zawsze służy dobru? Co dobrego wyniknie z ujawnienia prawdy? Wszystko zależy od tego, w jakim duchu i komu się tę prawdę wyznaje. Czy istnieje tylko jedna prawda o jakimś zdarzeniu? Czy sąd, posługujący się suchym prawem, odkryje wszystkie konteksty dramatu? Może zatem lepiej skłamać, i to będzie sprawiedliwsze, bardziej prawdziwe? Niby dowiedzieliśmy się wszystkiego, a jednak niepewność pozostaje.

Kilka lat temu przemknął przez nasze ekrany fantastyczny film „Locke” Stevena Knighta z Tomem Hardy’m, oparty na podobnym schemacie. Główny bohater Ivan Locke przez półtorej godziny rozmawiał w samochodzie przez mechanizm głośnomówiący, rozwalało mu się życie rodzinne i zawodowe; w tym ważnym momencie nie było obok niego drugiego człowieka, był tylko ten cholerny, odczłowieczony mechanizm i pusta przestrzeń. Doskwierająca samotność. Wyszedłem z filmu ze wzrokiem w podłogę, wstydziłem się łez.

Asger podobnie jak Ivan posługuje się „mechanizmem”, co chwila słyszymy przeszywający efekt akustyczny sygnałów telefonicznych. Można powiedzieć, że czas brutalnie wchodzi w jego życie i wypełnia je przerażającymi dźwiękami elektronicznymi, zapowiadającymi jakiś kolejny dramat, prawdziwy albo wymyślony. Jakim prawem w mojej obecności ktoś używa podobnych dźwięków? – moglibyśmy zapytać siebie. Przecież umawiałem się z losem, że ma mi być nieustannie przyjemnie! Nie chcemy słyszeć sygnałów o dramatach drugiego człowieka. Tragedia Iben, jej męża i dzieci przełamują samotność Asgera, jego egoizm, zmieniają także stosunek bohatera do siebie, do innych i do świata w ogóle.

Obejrzałem dzieło, które nie daje zasnąć. Nie mogę nic więcej ujawnić, bo to film z gatunku tych, które z każdą minutą trzymają widza w niesamowitym, coraz większym napięciu. Trochę inaczej niż u Hitchcocka, najpierw delikatne ruchy tektoniczne, potem trzęsienie ziemi, a na końcu coś w rodzaju elektrowstrząsu. Prawdziwy thriller. Niesamowita wiarygodność psychologiczna głównego bohatera.

To wielowymiarowe kino. Jego wielowymiarowość nie polega na tym, że reżyser z autorem scenariusza wymyśli pięć różnych postaci i nawlecze je na nić mocnej akcji. Osiągnąć wielowymiarowość, i to wielopiętrową przy jednym bohaterze na ekranie – oto mistrzostwo! A jak to jest perfekcyjnie napisane: scenariusz bezbłędny, ani chwili przestoju, ani jednego zbędnego słowa!

W tym filmie jest wszystko: wina, kara, walka o czystość sumienia, klęska, przełamanie, samooczyszczenie, spowiedź i niepewność. A także odwieczne pytanie: czy prawda zawsze służy dobru?

Osiemdziesiąt pięć minut rozbebeszania człowieka. Widzowie poddają się terapii grupowej. Reżyser, niczym doświadczony psychoterapeuta, przełamuje schematy, i doprowadza do otwarcia duchowego swoich pacjentów, a szczególnie Asgera. Sygnał wysłany na numer 112 staje się szansą na podsumowanie dotychczasowego życia, na rozliczenie się z samym sobą. Möller dokonuje wiwisekcji ludzkiego wnętrza. Wrażliwi widzowie będą przeglądać się w bohaterach jak w lustrze. Radzę każdemu „przejrzeć się” w Asgerze. Nie uciekajmy przed tą wiwisekcją. Widziałem ten duński obraz dwa razy, wychodziłem z kina wzruszony i poruszony, oniemiały, jakby ktoś mnie obuchem trzasnął w łeb.

„Winni” to wstrząsająca wersja biblijnego zdania, które wypowiedział On: „Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Przebaczenie i pojednanie jest możliwe.

I jeszcze na dodatek fenomenalna kreacja nieznanego mi dotąd duńskiego aktora Jakoba Cedergrena, jest przekonujący wtedy, kiedy milczy, kiedy jest bezradny i wpada w szał, kiedy walczy, kiedy przegrywa i zwycięża.

W tym filmie każdy może odnaleźć siebie, może poczuć ludzką, czyli bożą, prawdę, że na człowieka nie wolno patrzeć przez dogmatyczne okulary. „Winni” to wielkie, humanistyczne wołanie: przestajemy być ludźmi, gubimy człowieczeństwo, ratujmy człowieka w sobie! Po obejrzeniu dzieła Möllera nie można nie myśleć o sobie, o swoim życiu. Reżyser chce nam powiedzieć: nie odpuszczaj, dzwoń do skutku. Mechanizm telefoniczny może powtarzać: „Tu Iben. Nie mogę teraz odebrać telefonu. Zadzwoń później, lub wyślij esemes. Cześć!”. Za którymś razem zamiast nagrania pojawi się głos „prawdziwy”, na żywo, załamany, potrzebujący pomocy. Głos osoby, przed którą możesz dokonać samooczyszczenia. Bo wszyscy jesteśmy winni?

„Dobra robota, Asger” – powie na końcu koleżanka z innej dyspozytorni. I sama nie będzie wiedziała, że nieświadomie dotknęła sedna sprawy.