Niedostosowanie tak naprawdę jest ciekawością życia, ustawia życie w dystansie, w odległości, w sprzeciwie, zmusza do stawiana pytań. I to jest cudne – mówił Andrzej Stasiuk w rozmowie z Janiną Koźbiel.

Wywiad ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 4/2013.

Janina Koźbiel: Kiedy Pan zrozumiał, że pisanie to Pana droga życia?

Andrzej Stasiuk: Teraz, kiedy patrzę za siebie, tak myślę. Inni się męczą ze swoim życiem, a ja coś dostałem. Nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Pisanie jest najważniejszym składnikiem mojego życia. I tyle.

Mój syn ma teorię, że pisarstwo to najlepszy sposób na przystosowanie dla nieprzystosowanych.

– Nigdy nie robiłem problemu ze swojego nieprzystosowania. To jest jednak pewna wygrana. Najgorszą rzeczą jest nuda. Ludzie nudzący się bez przerwy potrzebują jakiegoś zastrzyku, rozrywki, mocnego obrazu. A niedostosowanie tak naprawdę jest ciekawością życia, ustawia to życie w dystansie, w odległości, w sprzeciwie, zmusza do stawiana pytań – i to jest cudne. A jak jeszcze można zrobić sobie z tego coś na kształt zawodu, opisywać to w książkach, które ludzie chcą kupować?! Pani syn ma rację.

Buntownicy, jak Pan, nie zawsze trafnie rozpoznają rzeczywistość.

– Nigdy się przeciw niczemu nie buntowałem, najwyżej nie wychodziłem z domu. To nie był bunt, to była chęć robienia ciekawych rzeczy, a nie oddawania swojego czasu jakimś korporacjom; to zawsze była obrona tożsamości. Jak człowiek uwielbiał czytać książki, to je czytał zamiast chodzić do szkoły. Bunt to jakaś klisza.

Z samotnością nie czuje się Pan ułomny?

– Lubię być sam. Kocham, uwielbiam świat. Chcę coś obejrzeć, to sobie jadę do jakiegoś miejsca. Kiedy tutaj się osiedliliśmy, była tu łąka, zasadziłem mnóstwo drzew, żeby mnie otoczyły, żebym nie był wystawiany ani na wiatr, ani na ludzkie spojrzenia. Ja potrzebuję własnej przestrzeni, w której ludzie się zjawiają na moich warunkach. Stworzyłem sobie rzeczywistość i żyję. I głównie monologuję, to prawda.

Mnie się zdaje, że Pan ma adresata swoich słów, ale on jest albo w Panu ukryty, albo gdzieś poza światem. Pan przecież mówi cały czas do kogoś.

– Do Pana Boga.

Ale Pan się śmieje teraz…

– Pan Bóg, podejrzewam, też z nas czasami się śmieje. Dlaczego mam mu odebrać poczucie humoru, ironii?

Pan Go sobie wyobraża na kształt człowieka?

– Myślę, że również człowieka w sobie zawiera. Zawiera wszystko.

Sądząc na podstawie Pana utworów, pejzaż na pewno, światło i ciemność też.

– To chyba wymyślił w ramach komunikacji z nami. Pejzaż tak. Dla mnie nawet bardziej pejzaż niż ludzkość.

W swoich książkach przez opis pejzażu, przez przestrzeń mówi Pan wspaniałe rzeczy.

– A widzi Pani; dlatego trzeba jeździć. Nie rozumiem, dlaczego Myśliwski nie jeździ, nie rozumiem, dlaczego nie jeździ Pilch.

Może wystarcza im pamięć i wyobraźnia.

– To też może być pasjonujące, jeśli kogoś stać na bycie w takim kosmosie, w którym własny umysł wystarcza za wszystko.To może być nawet lepsze, bardziej ekologiczne, wygodniejsze. Nie trzeba tego świata w takiej ilości sobie dostarczać.

I nie trzeba tak fizycznie się męczyć. Bo przecież podróż męczy?

– Dosłownie przed chwilą wróciliśmy z Azji Centralnej, z Kirgistanu i z Tadżykistanu. W czasie podróży mieliśmy chorobę wysokościową, porażenie słoneczne, biegunkę. Tak naprawdę przez własne ciało ogląda się ten świat – oddychać nie można, spać nie można, bo cały czas ten papier toaletowy pod ręką… To jest zaprzeczenie turystycznej podróży. Po to się jeździ, żeby poczuć tę fizyczność, to zmęczenie; wchodzi się cieleśnie w świat, nie tylko doświadcza go przez oczy.

MIT NIE MUSI OŚLEPIAĆ

Co w Tadżykistanie jest takiego, dla czego warto było się męczyć?

– Cztery tysiące kilometrów, pustynia, płaskowyż, słońce…

Dostał Pan to, po co jechał?

 Po nic nie jechałem. Miałem wizję słońca Azji Centralnej, braku cienia. No i doświadczyłem tego. Tysiące kilometrów bez drzew, bez trawy, bez niczego; i tylko czasem cień od skał albo od jakiegoś muru. Ale tam nie zawsze można wejść, te mury są obce. A pasek przy murku skraca się i skraca, kiedy słońce w górę idzie. I tylko psy leżą bezpańskie, łapy podciągają pod siebie. Cudowna jest taka absolutna dotkliwość pejzażu, niemożliwość znalezienia sobie miejsca. I świadomość, że szybko nie wyjedziesz stamtąd, nie możesz uciec. Do jednego miasta trzysta kilometrów, do drugiego czterysta. Jesteś skazany, a jednocześnie jedziesz i normalnie rozmawiasz z ludźmi, którzy sobie nie wyobrażają innego życia. Po to się jedzie. Po takie szczegóły – jak wygląda słońce, jak wygląda cień, jak wygląda dzień, jak brzmią dźwięki jakieś oderwane. A ten Wschód wszedł mi do głowy bardzo dawno i to jest projekt na resztę życia. Wziął się z dzieciństwa na Podlasiu, z tego, że zawsze na Wschód się patrzyło, że Bug płynął ze wschodu, czuło się cień Rosji jako czegoś groźnego, a jednocześnie w miarę oswojonego; przez kościół, który był dawną cerkwią w moim Gródku. Miałem dwanaście lat, kiedy ojciec zaprowadził mnie na dworzec Warszawa Stadion i pierwszy raz tę trasę pokonałem z tobołkiem – to była najważniejsza podróż życia młodego chłopaka, który bez dorosłych, bez opieki jechał w nieznaną przestrzeń. Mińsk Mazowiecki, Kałuszyn i ten cały kosmos wschodni. I potem chcesz odgrzebać intensywność tych doznań. A jako że skóra już gruba i moc innych doświadczeń, i organizm znieczulony, to trzeba jechać aż do Chin, żeby poczuć to samo. To jest złudzenie, że da się siłę tamtego pierwszego doznania odtworzyć, ale ono nakręca. Ja pojechałem do Kirgistanu i Tadżykistanu, żeby sobie przypomnieć, jak wyglądały wieczory przy lampie naftowej u dziadka.

Nie potrzebuje Pan znajomości języków? Wydaje się to niezbędne do wchodzenia w kulturę.

– Na co mi tadżycka kultura, na miłość Pana Boga? Owszem, to malowniczo wygląda, ale nie czuję przymusu zgłębiania. Biorę pokornie to, co dostaję. Ważne, co te obrazy we mnie budzą, do jakiej ekspresji mnie doprowadzą, co osadzi się w mojej pamięci, jaka chemia z tego się zrobi, co wybuchnie. Z jakichś powodów mój organizm lubi, gdy jest gorąco i sucho. Do Azji Południowej nie pojechałbym, bo jest duszno i mokro. Step, pustynia to jest mój żywioł. Tam mi się bogowie objawiali. Za rok chcę wrócić do Mongolii, gdzie już dwa razy byłem. Ona chyba najbardziej odpowiada mojej strukturze duchowej.

Inni się męczą ze swoim życiem, a ja coś dostałem. Nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Pisanie jest najważniejszym składnikiem mojego życia. I tyle

Niech ją Pan opisze.

– To jest kraj idealny dla mizantropa, który lubi ludzi. Tam prawie nikogo nie ma. Kraj liczy sobie dwa miliony mieszkańców, z których większość żyje w Ułan Bator, a reszta jest rozsypana na powierzchni czterech albo pięciu Polsk. Jedziesz przez step, jesteś sam. Jest wielka przejrzystość. I choć tam niby nikt nie mieszka, na stepie prawie zawsze jest człowiek. Masz uczucie, że ktoś cię widzi – zawsze. Ale nie podjedzie do ciebie. Oni mają taką naturalną uprzejmość, że się nie narzucają. I pejzaż, kosmiczne piękno czegoś tak przedwiecznego i nienaznaczonego człowieczeństwem. Masz wyobrażenie tego, jak Ziemia wyglądała kiedyś – przed stworzeniem człowieka, który nie zdążył zostawić swoich śladów. Czasami, owszem, jakaś flaszka od wódki połyskuje, ale to jest biedny kraj, więc śmieci jest niewiele. To jest step, to jest płaskie, ale urozmaicone na linii horyzontu: jest Gobi, jest Ałtaj, północ, gdzie są jeziora. Czuje się taką niesamowitą cielesność tego pejzażu, że tylko na golasa chodzić i się ocierać. Czuje się to powietrze dotykające szczytów, meandrycznych rzek, które są jak z baśni.Tam nic nie można zrobić, tylko jechać. Czasem myślę, dlaczego to tatarstwo przyjechało aż do Polski. Bo płasko było i jak ruszyli, to nie mogli się zatrzymać. Czuli, że trzeba jechać w głąb tego widoku, który kusi, w głąb znaków, które Stwórca zostawił. Wstajesz rano, robisz kawę, jedziesz, przychodzi zmierzch, rozpalasz ognisko, rozbijasz namiot, śpisz, rano wstajesz, jedziesz. Przez tę cudowność. Przez nicość, która jednocześnie jest samą esencją.

To, że na ścianach pisalni ma Pan mapy, jest zrozumiałe.

– To Wschód, Azja. Nie wiem, czemu wisi też Afryka, pewnie dlatego, że ma ładny kształt. Nigdy nie chciałem pojechać do Afryki. Azja coś ze mnie wyzwala, z tym bezkresem i z tą świadomością, że stamtąd przyszliśmy.

Jako sarmaci, których Pan nie lubi?

– Bardzo lubię naszą genealogię sarmacką. Wtedy się jeszcze tego Wschodu nie baliśmy.

Ale mit służył przecież też niewoleniu innych, a potem sami oślepiliśmy się tym mitem.

– I dobrze nam tak. Ale mit nie musi oślepiać. Mam przecież świadomość, że to mit, ale on jednocześnie pobudza wyobraźnię, a to jest ważne w naszym kraju o zaburzonej tożsamości, który nie wie, czy jest na Wschodzie, czy na Zachodzie, odcina się od przeszłości, poszukuje jakiegoś Śródziemnomorza, Bóg wie czego… Przez tę nachalną westernizację robi się z niego jakieś zombi, robi się kaleki, staje się krajem-wydmuszką. Może więc i przez zwykłą przekorę na ten Wschód jeżdżę, przez wzgardę dla tego, co robią wszyscy.

Czuję w tym pretensję do elit, które kreują rzeczywistość.

– Gdzie są te elity? To, w czym uczestniczymy, już jest tylko papką popkulturową, żadnych elit już nie ma, możemy najwyżej słuchać przypadkowo jakichś pojedynczych głosów. Wybieramy na stanowiska raczej najgorszych niż najlepszych; demokracja jest antyelitarna, wybieramy podobnych sobie.

Są pisarze, którzy używają jedynie liczby pojedynczej, a Pan przechodzi często na mnogą. W „Dojczland” na przykład mówi Pan rzeczy ważne, ale też posługuje się kategoriami polskości i niemieckości z pewną…

– …dezynwolturą? Usprawiedliwia to przecież formuła starej powieści pikarejskiej…

Świadomość, że mamy do czynienia z papką popkulturową, ma zwalniać głosicieli idei z odpowiedzialności?

– Pisarz jest odpowiedzialny wyłącznie wobec języka. Jak najbardziej podzielam tu zdanie Brodskiego.

Jak polityk wobec historii? To może nic nie znaczyć, być wygodnym odsunięciem odpowiedzialności.

– Trochę jest. Wchodzimy na strasznie grząski grunt: bo czy pisarstwo ma funkcję społeczną? Czym jest książka? Może tylko próbą ucieczki od śmierci i zabicia tego ogromu czasu. I niczym więcej.

A może listem w butelce?

– Czymś, co może zmienić świat? Wątpię.

Sam Pan napisał, że książki Pana wykoleiły.

– Tak, w cudowny sposób mnie wykoleiły. Gdyby nie one, byłbym może jakimś fagasem w banku. Ale to tylko mój prywatny los.

A los zbiorowości nie składa się z prywatnych losów?

– Te nieszczęsne „elity” są pionkiem w grze sił, o których nie mamy pojęcia, sił, które nie mają żadnej twarzy, narodowości, niczego tam nie da się dopatrzyć poza grą zachłanności, ale jeśli ten układ zniszczymy, to pójdziemy na dno, to się wszystko rozleci. Boję się, że może tak być. Tak, czuję bezradność wobec takich pytań. Na najszersze kręgi społeczne oddziaływanie ma telewizja. A ona słusznie wychodzi z założenia, że każdy chce oglądać siebie; lud tego właśnie pragnie, a nie jakichś elit, kogoś, kto będzie mu stawiał wymagania, zmuszał do myślenia. Lud jest suwerenem. Całe pokolenia walczyły o to, aby był..

NIGDY NIE ZABIJAM DLA PRZYJEMNOŚCI

Za to Wschód jest hierarchiczny, zawsze był – od czasów Konfucjusza. Może nie tyle Wschód jako przestrzeń Pana pociąga, co niechęć do demokracji tam pcha?

– Coś w tym może rzeczywiście być, choć nie w takim prostym przełożeniu. Ciekawsza jest pustka Azji Centralnej niż mrowie metropolii europejskich. Ja te zachodnie miasta nawet lubię, nie powiem. Mam też świadomość, że zachodnia demokracja daje mi możliwość jeżdżenia do Azji, a Azjaci nie mogą tu przyjechać. Nie wiem, chyba korzystam z możliwości i tyle. Ale to prawda, mam straszny kłopot z tą naszą demokracją. Może rzeczywiście trzeba dać swobodę konsumpcji, w telewizorze coraz więcej programów, cyfrowe platformy dla wszystkich.

W „Taksim” nie ma Pan wątpliwości; są obrazy, w których czuć całą siłę Pańskiego pióra. Główny narrator, Paweł,w pewnym momencie opisuje swój sen: poświata nad stacją benzynową – noc, a jednocześnie jasno jak w dzień, na placu brak aut, tylko ludzie, całe miasto; widział znajome twarze sprzedawców, lumpów, taryfiarzy, kobiet z wózkami, dzieciarni, bab, którym woził szmaty – całą ludność, jak na jakimś zmartwychwstaniu albo sądzie ostatecznym. I coś w rodzaju estrady, tam gdzie były zwykle dystrybutory, z estrady bił blask i były sztandary z niewyraźnymi napisami – po chińsku. Pod sztandarami uwijali się prawdziwi chińczycy, poprzebierani w badziewiaste dresy. Dobiegały odgłosy, jakby żółci wygłaszali jakieś przemowy, choć nie było widać, kto mówi. Ich sens był taki, że wszyscy mogą sobie iść, odpocząć, bo teraz oni żółci zajmą się wszystkim….Tłum słuchał tego i oddychał z ulgą. Upadanie jest jednocześnie karnawałem?

– Bo drugi bohater, Władek, jest karnawaliczną postacią, z ducha tej żywiołowej opowieści. Obaj są kreacją, ale rozliczne prototypy widziałem tu dookoła, opowieści o handlu są wysłuchane od moich kumpli.

Akcja równie dobrze mogłaby się toczyć w Galerii Mokotów w Warszawie.

– Ta rzeczywistość jest mi mniej znana, byłby pewien kłopot w opisie. Po „Babadad” i „Fado” czułem się jeszcze silnie związany z Rumunią, Albanią, Słowenią, Serbią; chciałem pozostać w tych pejzażach, więc stworzyłem opowieść z akcją. Pierwszą chyba u mnie, która się dobrze – w sensie fabularnym – kończy.

Czuję tam też współczucie nie tylko dla ludzi, ale i dla tej zmizerowanej materii. Współczucie w jej umieraniu…

– Bo kiedyś przecież przedmioty długo żyły, coś innego znaczyły dla ludzi. A dziś chodzi tylko o to, by je szybko zużyć i kupić następne. Jednak jest jakaś dwoistość w moim sprzeciwie wobec świata bazaru, bo z drugiej strony niczego bardziej nie lubię, niż pójść do chińskiego sklepu i zobaczyć otchłań tego jednorazowego śmiecia, tych badziewiastych cudowności. I szczególnie na prowincji przejmujące jest, jak to polskie chłopstwo przychodzi i nareszcie ma wszystko. Wszystko, o czym marzyło; i ma to za grosze. Mogą te jednorazowe rzeczy kupować jako zagraniczne i zaspokajać swoje ambicje, leczyć swoje kompleksy, stawać się tymi, których w końcu stać.

Potrzebuję własnej przestrzeni, w której ludzie się zjawiają na moich warunkach. Stworzyłem sobie rzeczywistość i żyję

„Grochów” jest też o śmierci i o pamięci.

– W „Grochowie” ważne jest ostatnie opowiadanie. Inne musiałem dołączyć, żeby książka mogła powstać. Ostatnie musiałem napisać, musiałem pożegnać się z kolegą, bo się to nie udało za jego życia. Jemu zawdzięczam swój los, uczynił mnie pisarzem, spodobały mu się „Mury Hebronu”. Namówił na wydanie i dał to do druku w jakimś wydawnictwie buddyjskim. Tu go rozsypaliśmy, między tymi drzewami, w tych trawach.

W zakończeniu „Grochowa” wyczytałam, że brakuje Panu tej materialności, tej pewności, że on gdzieś tam leży i że tam są jego kości. Kości „syna ludu, który kiedyś swoich zmarłych chował pod progiem, żeby ich mieć na wieki”.

– Tak było; byli potrzebni, żeby móc z nimi rozmawiać. Nie mogę tego nakazu spełnić, tak literalnie, moi przodkowie pogrzebami są gdzie indziej, ale zwierzęta, które tu umierają, tu też chowam. Psa, barana, drugiego psa. Jak już mam tu swój dom, taki oddzielny, to jeszcze potrzebny mi jest oddzielny cmentarz.

Zwierzęta żyją wokół Pana, jak suka z opowiadania. Pan ich nie zabija?

– Jest zasada, że jak da się imię, to się nie zabija. Żyją tu od poczęcia aż do naturalnej śmierci.

Chore zwierzęta zabijałem, kiedy wiadomo było, że wyleczenie jest niemożliwe, trudne, że nie ma sensu. Ostatnio zabiłem owcę sąsiada, którą nasz pies potarmosił; musiałem skrócić męczarnie. Wziąłem nóż i zabiłem. Nauczył mnie tego sąsiad jakieś piętnaście, może dwadzieścia lat temu. To było jego domowe zwierzę, do zjedzenia. Pierwszy raz, kiedy musiałem to zrobić, byłem cały rozedrgany. A potem to się staje oczywistością, kwestią techniki, szybkości. Nie ma miejsca na niepewność. Nigdy jednak nie zabijałem dla przyjemności, chociaż mogę sobie wyobrazić, że dla myśliwego to jest przyjemność.

Może daje jakieś poznanie siebie?

– Pewnie, to zmienia perspektywę. Ale jak się pojedzie do Mongolii, to wszędzie widzi się szkielety: cudowny pusty step i jedyne, co leży, to szkielety.Albo zwierzęta padły, albo po jakiejś klęsce wymarły, albo ludzie je zjedli i kości wyrzucili. Zwierzęta żyją tam i umierają w naturalnym rytmie.

Mąż mój wspomina często, że jako dziecko nie mógł znieść świniobicia, trzymania miski na krew, do czego chłopiec na wsi był zmuszany.

– I znów ta dwoistość. Bo to przecież taki piękny obrzęd – świniobicie to obfitość, radość. Dla tego biednego ludu okazja, aby najeść się do syta. Jeśli to się porówna ze współczesnym uprzemysłowionym zabijaniem, to jednak widać, że tam śmierć nie była najgorsza; żeby tylko tak zwierzęta ginęły, jak to się działo na wsiach, gdzie żyły obok ludzi, w społecznościach. Od kiedy mieszkamy w Beskidzie zawsze mieliśmy zwierzęta, zostawił je nam kolega, który stąd wyjechał. Trzy lata temu, kiedy wróciłem z wyjazdu na Wschód, powiedziałem: „chcę mieć trochę Mongolii tutaj w Wołowcu – niech będą owce”. Takie obcowanie zupełnie zmienia; człowieczeństwo inne się robi, kiedy jest obok istota, która nie jest człowiekiem, ale jest życiem i patrzy ci w oczy, i reaguje na twoją obecność. Pies to nie to samo, za blisko człowieka. Owca jest cudowna, przedstawię ją Pani.

Co jest ekscytującego w kontakcie z owcą?

– Dobrze jest zobaczyć swoje życie w oczach innego, zestawić ze sobą dwa życia – twoje życie i życie owcy – które są tak różne i podobne jednocześnie.

Zastanawiał się Pan, dlaczego akurat owca jest symbolem ofiary?

– To przez łagodność, jest kompletnie nieagresywna. Zawsze pada ofiarą. Baran potrafi zabić, ale owca nigdy.

Nietzsche w ujęciu Derridy – w jego książce „Ostrogi. Style Nietzschego” – skojarzony jest z przejmującym zdaniem: „Chrześcijanin jest najlepszym rzezańcem”.

– Tak, konsekwentny chrześcijanin powinien dać się zabić bez sprzeciwu. To jest jeszcze jeden dylemat, trudny dla mnie, nierozstrzygalny: los chrześcijaństwa we współczesnym świecie. Choćby w starciu z islamem, z agresywnym konsumpcjonizmem. Może potrzebne jest coś nowego, coś, co obejmie wszystkie religie i przemieni ich relacje. Mam nadzieję, że Franciszek coś wymyśli.

NAPIĘCIE, CZYLI SZANSA

A co jest niepowtarzalnego w krowie, choćby tej na zdjęciu przed nami?

– Spokój! Krowa jest cudownym stworzeniem, bardzo dobrze pomyślanym. Rodzi, karmi, daje mleko, rodzi, karmi. Nie rzuci się pod auto, centymetry obok niej można przejechać. Ta tu, krowa na fotografii, jest z delty Dunaju. Chodzi, patrzy sobie spokojnie na Stambuł.

Na wsi krowy, w przeciwieństwie do koni, nie były szanowane.

– Były szanowane, bo były karmicielkami, czasem jakiś psychopata mógł uderzyć, to pewne. Ale krowa przecież dawała bogactwo. Konie były przedmiotem podziwu, rzeczywiście, bo to taki ekstrakt męskości, okazja do pokazania się, ale krowa to mleko, to cielę, to pieniądz. To się musiało cenić. Koń, wystrojony w czerwone wstążeczki, był przedmiotem dumy. Tak, dzieciństwo na wsi mnie ukształtowało. Przede wszystkim to były wakacje, czas wolności. Wszystkie ważne inicjacje – seksualne, alkoholowe – były na wsi. Tam mogłem całe noce nie przychodzić do domu i nikt mi nie powiedział złego słowa.

Wieś była dla Pana ważniejsza niż miasto?

– Jakoś, z perspektywy, na to wygląda. Ale też ten splot miejskości i wiejskości – przedmieście – był ważny, bo Grochów był wtedy przedmiejski. A jeśli miasto, to trochę niewydarzone, śmieszne, to była Choszczówka. Teraz hajlajf, dzielnica dla bogatych, ale za moich czasów to były biedadomki. Tylko przez pierwsze pięć lat życia mieszkaliśmy na Grochowie, przy placu Szembeka, potem ojciec wybudował dom na Choszczówce. Miałem tam wielu przyjaciół, ale nigdy nie awansowaliśmy do jakichś dzielnic bogatych czy wysokopiennych. Jeździłem na drugą stronę Wisły, za rzekę, czyli do Warszawy. W mojej prywatnej teorii tego kraju stolicą powinno być przedmieście.

Pisarz jest odpowiedzialny wyłącznie wobec języka

W „Taksim” pisze Pan o wstydzie pochodzenia.

– Moi rodzice nie są w mieście zakorzenieni, są mutacją ani wiejską, ani miejską; matka nigdy mentalnie wsi nie opuściła, nie została mieszczką, ona się cały czas boi miasta. Myślę, że to jest głęboka skaza na tożsamości Polski: gwałtowna migracja, opuszczanie wsi z konieczności, pod presją. Tej wsi, którą się także pogardzało, bo to jednak spadek niewolnictwa, pańszczyzny. I szło się w cywilizację, też nie taką znów prawdziwie miejską. Jasne, że się wstydzili. Nigdy nie mieli przyjaciół z miasta.

Opowieść jednego z bohaterów w „Taksim” o matce jest silnie emocjonalna.

– Trochę to przerysowałem, ale prawdą jest, że moi rodzice nigdy nie weszli w tę nową tkankę. Choćby na tyle, żeby miejski znajomy do nas przyszedł. Zawsze były tylko jakieś ciotki. I zawsze ten strach. Globalka pewnie za jakiś czas zniszczy te wszystkie napięcia.

A te napięcia są twórcze?

– Jasne, że są. Dla pisarza każde napięcie jest dobre. Wszystko, co niezharmonizowane, jest ciekawsze, daje szansę. Można wtedy poszukiwać harmonii. Nie znam innego świata, zawsze żyłem w świecie dziwnym. Tutaj, w Wołowcu, też przecież jestem obcy. I nie wiem, jak może być inaczej. Wszyscy są tu obcy, wszyscy się przemieszczają. Cała tutejsza wieś warta jest opowieści. Przecież tu jest niesamowite pomieszanie wszystkiego – miejscowych, miastowych; w backgruondzie są wysiedleńcy spustoszeni przez Polaków, ta skromna część, która wróciła, żeby patrzeć, jak Polacy znowu okupują ich ziemię i budują sobie wille. Mam nadzieję wykorzystać to w mojej książce o Wschodzie. Będzie o tym, jak cywilizację komunizmu budowali przesiedleńcy. Z wykorzystaniem moich historii rodzinnych.

Czekam niecierpliwie. I dziękuję za to, że otworzył Pan przede mną drzwi swojej pisalni.

Andrzej Stasiuk – ur. 1960 r. Prozaik, poeta, dramaturg, eseista i publicysta. Wraz z żoną, Moniką Sznajderman, prowadzi Wydawnictwo Czarne. Laureat m.in. Nagrody Fundacji Kultury, Fundacji im. Kościelskich, Nagrody literackiej Nike. Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków, m.in. na angielski, fiński, francuski, niderlandzki, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński. Autor kilkunastu książek. Mieszka w Wołowcu.

Wywiad ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 4/2013.