Jako Żydzi wyzwalamy sprzeczne uczucia: dla antysemitów jesteśmy wrogami, odpowiedzialnymi za wszystkie nieszczęścia, które spadały przez wieki na Polskę. Dla niektórych filosemitów pozostajemy sezonową atrakcją, rodzajem eksponatu niezbędnego do kultywowania modnego hobby.

Z trzyipółmilionowej społeczności żydowskiej, która zamieszkiwała Polskę w roku 1939, pozostała dziś garstka – kilka, być może kilkanaście tysięcy ludzi. Dokonana przez Niemców Zagłada, a później kolejne fale emigracji, przypieczętowane antysemicką nagonką marcową, w praktyce zlikwidowały pojęcie diaspory żydowskiej w Polsce. Wątpliwe jest, by społeczność ta miała kiedykolwiek odrodzić się w takiej mierze, by dorównać wielkością i znaczeniem tej przedwojennej. Wichry dziejów zagnały większość z nas do innych krajów, przede wszystkim Ameryki i Izraela – naszej starożytnej, cudownie odrodzonej ojczyzny. To właśnie te dwa kraje, a nie stara i przeważnie niegościnna Europa, stały się gwarantem przetrwania Żydów we współczesnym świecie i tam najczęściej zwracamy nasze oczy, kiedy myślimy o dalekiej przyszłości.

Polskie żydostwo należy już do historii. Przynależy do sfery mitu bardziej niżeli do rzeczywistości, zalega krainę sentymentów, ale i nieopisanego bólu związanego z jego tragicznym końcem. A jeśli żyje, to bardziej w pamięci własnych dzieci, rozproszonych po świecie, choć mających świadomość, skąd biorą się ich korzenie.

Wszystko to jednakowoż nie znaczy, że jego ostatni, ocalali potomkowie nie mogą dalej trwać na polskiej ziemi (przez kilka przynajmniej pokoleń) i z pożytkiem podtrzymywać i rozwijać żydowską kulturę, a zwłaszcza – stać na straży spuścizny po wielkiej i wspaniałej cywilizacji, którą tworzyli przez wieki ich przodkowie. Nie ma wprawdzie dzisiaj w Polsce żydowskiego narodu, ale mieszkają wciąż Żydzi, którzy są i czują się tego narodu spadkobiercami. To chyba najważniejszy element naszej współczesnej samoświadomości.

Polskie żydostwo należy już do historii. Przynależy do sfery mitu bardziej niżeli do rzeczywistości, zalega krainę sentymentów, ale i nieopisanego bólu związanego z jego tragicznym końcem

Przestaliśmy być mniejszością narodową – definiowaną przez odrębność języka i religii. Język żydowski, jidysz, jest dzisiaj już tylko pamiątką. Judaizm jest zaś religią mniejszości w mniejszości – większość polskich Żydów albo ludzi przyznających się do żydowskiego pochodzenia nie chce bądź nie potrafi żyć wedle wskazań żydowskiej wiary i obrzędowości, nawet w bardzo ograniczonym, symbolicznym zakresie. Chcemy jednak wydawać książki i gazety, pamiętać o świętach i rocznicach narodowych tragedii, uczestniczyć w życiu społeczności (w różnym stopniu i na setki sposobów), a także podtrzymywać żydostwo w naszych domach, co bywa zadaniem niełatwym, ale się jednak udaje. Niewątpliwie przemiany ustrojowe po roku 1989 ułatwiły to bycie razem, pozwoliły żydowskiej wspólnocie odrodzić się, złapać nowy wiatr w żagle. Rodzime i zagraniczne instytucje, fundacje i stowarzyszenia pomagają w codziennej działalności, która dla wielu jest jedyną dostępną formą podtrzymywania swej tożsamości.

Jeśli idzie o tożsamość, Żydzi polscy, wypełniając rozmaite ankiety, udzielają rozmaitych odpowiedzi na pytanie o nią. Są zatem Żydzi mieszkający w Polsce, polscy Żydzi, Polacy pochodzenia żydowskiego, a także ludzie całkiem zasymilowani, choć zachowujący świadomość istnienia w ich genealogii żydowskich przodków. Są zdeklarowani ateiści i Żydzi-katolicy, osoby, których tożsamość jest – jak utrzymują – podwójna, „dwustuprocentowa”, oraz takie, które umyślnie bądź z przymusu wybierają życie pomiędzy dwiema tradycjami: już zagubioną żydowską a nigdy do końca nie ukształtowaną polską. Są wreszcie i tacy (i nie jest to grupa najmniejsza), którzy z różnych osobistych powodów pragnęliby zatrzeć pamięć o własnym, ich zdaniem kłopotliwym, pochodzeniu i wtopić się całkiem w polskie społeczeństwo, a nawet jego bardziej „narodową”, tradycjonalną część. Nie pierwsza to taka próba w żydowskiej historii, choć przeważnie nie kończy się powodzeniem – zbyt wielu bowiem czyha po drodze gorliwych śledczych, którzy zawsze wytropią kroplę obcej krwi w cudzych żyłach.

Choć Żydów jest w Polsce niewielu, a jeszcze mniej ma ochotę być i trwać jako Żydzi, wciąż podlegają oni stygmatyzacji – jako grupa wyzbyta, by tak się wyrazić, jakiejkolwiek neutralności. Wydaje mi się (a wskazują na to również badania socjologiczne), że nie ma w dzisiejszej Polsce ludzi, którym Żydzi byliby absolutnie obojętni. Wyzwalamy sprzeczne uczucia: dla antysemitów, których liczba w kraju bez Żydów jest wciąż niemała, jesteśmy wrogami, odpowiedzialnymi za wszystkie nieszczęścia, które spadały przez wieki na Polskę, a również i za te, które być może nadejdą. Dla niektórych filosemitów jesteśmy sezonową atrakcją, rodzajem eksponatu niezbędnego do kultywowania modnego hobby, jakim jest zainteresowanie Żydami, i w tym względzie niczym nie różnimy się od Indian czy Eskimosów. Nie mam tutaj – rzecz jasna – na myśli dziesiątków, jeśli nie setek już dzisiaj poważnych ludzi, którzy historię, religię i dorobek cywilizacyjny polskich Żydów uczynili dla siebie przedmiotem badań i namysłu, i dzięki których wysiłkom kultura żydowska w Polsce jest wciąż żywa – takim ludziom należy się cześć i chwała!

Nie ma wprawdzie dzisiaj w Polsce żydowskiego narodu, ale mieszkają wciąż Żydzi, którzy są i czują się tego narodu spadkobiercami. To chyba najważniejszy element naszej współczesnej samoświadomości

Dla innych jeszcze stanowimy wyrzut sumienia, niewygodny obiekt ukryty w czeluściach nieświadomości, uwierający jak niezałatwiona sprawa. W nieświadomość zepchnięta została zwłaszcza Zagłada naszego narodu, której Polacy byli świadkami na dobre i złe, i po której – wiem, że to gorzka uwaga – nigdy nie przeszli, jako naród, pełnego procesu oczyszczającej żałoby. Choć zatem Żydów już dziś prawie nie ma (a w małych miasteczkach, gdzie kiedyś stanowili większość, nie ma ich w ogóle), tkwią w wyobraźni – wysokiej i ludowej, w sumieniach – ratujących, biernych świadków oraz współwinnych zagłady i prześladowań. Tkwią w wyobraźni tych Polaków, którzy odczuwają żal i pustkę w związku z fizyczną nieobecnością Żydów i ich cywilizacji, jak również (czy może przede wszystkim) tych, którzy w jakiś sposób stali się beneficjentami Zagłady i nieobecności żydowskich sąsiadów zawdzięczają na przykład awans społeczny.

Chyba właśnie „Żyd wirtualny”, tkwiący w głowach Polaków, a z drugiej strony bezmiar traumy wciąż związanej z zagładą, jakiej doświadczamy na co dzień, sprawiają, iż stosunki polsko-żydowskie wciąż nie są normalne i nie dadzą się opisywać jako prosta relacja większość-mniejszość. Sądzę, że stan taki utrzyma się jeszcze przez wiele pokoleń – zbyt wiele narosłych tu mitów, uprzedzeń, stereotypów, żalów i nadziei, byśmy mogli wspólnie mówić o normalności. Stosunki polsko-żydowskie zawsze będą niezwykłe. Albo nie będzie ich wcale.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/2007.