Dawid zdał sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Była mroźna listopadowa noc, on w lesie boso, w samej tylko bieliźnie i nie miał dokąd pójść: przed chwilą zginęli wszyscy najbliżsi, nie wchodziło w grę udanie się do domu ani do niedawnej kryjówki. Poszedł przed siebie, szukając okazji, „by gdzieś wejść do jakiegoś gospodarza, by uprosić o stare buty i odzież”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2010.

Położone kilkanaście kilometrów od Krakowa Smardzowice w okolicy znane są głównie z tego, że w miejscowym kościele znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, koronowany papieskimi koronami w 1972 r. przez kardynałów Wyszyńskiego i Wojtyłę. Pojechałem tam szukać rodziny Józefa Biesiady.

Niewiele miałem danych. Wiedziałem, że w czasie wojny Józef miał gospodarstwo w samych Smardzowicach lub w którejś z najbliższych wiosek, a dwóch najstarszych synów – z czwórki jego dzieci – miało w czasie wojny 17 i 14 lat, córka zaś 7. Wieloletni smardzowicki proboszcz, emerytowany już dzisiaj, ks. Piotr Bugaj nie przypomina sobie jednak nikogo z parafii, kto nosiłby takie nazwisko. „Może Biesaga?” – pyta. Istotnie, w przedwojennych księgach chrzcielnych tutejszej parafii, które pobieżnie przeglądnąłem, nazwisko Biesaga pojawiało się kilkakrotnie, a Biesiadów ani śladu. Może trzeba więc szukać w którejś z sąsiednich parafii? – myślę sobie. Na wszelki wypadek pytam jeszcze księdza o jakiegoś starszego Biesagę, z którym mógłbym porozmawiać.

Tak trafiam do 66-letniej pani Zofii Krzywdy. Biesaga to jej panieńskie nazwisko. Kiedy tłumaczę, że chyba niepotrzebnie ją niepokoję, bo szukam rodziny Józefa Biesiady, wyjaśnia, że tak czasem przekręcano ich nazwisko. Przechodzę więc do rzeczy:

– Czy mówi pani coś nazwisko Nassan?

– Oczywiście – rozpromienia się od razu pani Zofia, a towarzysząca rozmowie jej córka dodaje natychmiast: – To i mnie mówi!

– W takim razie dobrze trafiłem – stwierdzam, mimo wszystko jeszcze trochę nie dowierzając, że to tak szybko i szczęśliwie mi się udało.

Po chwili ląduje przede mną gorąca herbata, a pani Zofia dopytuje, skąd wiem o Nassanie. Pokazuję książkę z wydrukowaną archiwalną relacją Nassana. Okazuje się, iż nikt z Biesagów dotąd nie wiedział o tym, że w czerwcu 1947 roku Dawid Nassan złożył zeznanie w Wojewódzkiej Żydowskiej Komisji Historycznej w Krakowie, w którym opowiada swoje przeżycia z czasu wojny. Protokół z jego zeznania przechowywany jest w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Przed paroma laty na zeznanie Nassana natrafił Krzysztof Kocjan, badając dzieje zagłady Żydów z przedwojennego powiatu olkuskiego. W 2007 roku, pragnąc upamiętnić 65. rocznicę zagłady, wraz z dotyczącymi tego terenu dziesięcioma innymi relacjami z archiwum ŻIH opublikowaliśmy je w książce „Olkusz: zagłada i pamięć”.

Ucieczka z własnego grobu

Najbardziej wstrząsający fragment relacji Dawida Nassana opisuje okoliczności jego ucieczki tuż przed egzekucją. Kiedy odbywała się akcja wysiedlenia (jak eufemistycznie określano zagładę) wszystkich okolicznych Żydów, Dawid wraz z półroczną córką, żoną, dwoma młodszymi braćmi żony oraz jej rodzicami ukrywał się u znajomego gospodarza w Smardzowicach, ale ten wkrótce wydał ich w ręce policji. Kilka dni przetrzymano ich w policyjnym areszcie w pobliskiej Skale, dołączono paru innych Żydów schwytanych, tak jak oni, „na gorącym uczynku życia” i wszystkich wywieziono na miejscowy cmentarz żydowski na rozstrzelanie. Groby już mieli wykopane.

Nassan opowiada: „Staliśmy wszyscy w środku rozebrani, z boku chłopi z łopatami, którzy nas mieli zakopać. Zaczęliśmy wszyscy odmawiać Szma Izrael. A żona podeszła do mnie i powiedziała po cichu: «Jeżeli możesz uciekać, uciekaj». Myślałem wtedy, że i ona będzie uciekała. Miała 22 lata, była tak piękna, że ludzie oglądali się za nią, gdy szła. Dzieciątko nasze miało 6 miesięcy. W ostatniej chwili pomyślałem: może uda nam się ucieczka. Dziecka nie widziałem. Była godzina 9-ta wieczór, ciemno, zimno, mroźno. Upadłem na kolana i zacząłem się przesuwać między grobami i drzewami i przesunąłem się do muru, a policja zaczęła strzelać z karabinów. Krążyłem dookoła tak, że nie mogli się zorientować, gdzie jestem. Mur był śliski i gruby, ale chwyciłem się wystającego kamienia i przeskoczyłem na drugą stronę. Stamtąd do lasu było przeszło kilometr i w tamtą stronę pobiegłem. Pełzałem na czworakach, a za mną szły strzały. Gdy byłem już w pewnej odległości od cmentarza usłyszałem krzyki i jęki i wtedy lęk ustąpił miejsca zgrozie. Byłem przerażony tym, co zrobiłem. Biłem głową o ziemię, darłem na sobie koszulę z rozpaczy. Jęki i krzyki były coraz silniejsze. Wreszcie ucichły. Poszedłem przez las”.

Rzecz miała miejsce w połowie listopada 1942 roku w Skale, niewielkim miasteczku położonym na obrzeżach Ojcowskiego Parku Narodowego, liczącym w dniu wybuchu wojny niespełna 5 tys. mieszkańców (obecnie ok. 3,5 tys.).

„Żyło się całkiem znośnie”

Dawid Nassan nie pochodził ze Skały. Urodził się w 1902 r. w Jagielle koło Przeworska. Przed wojną i przez pierwszy rok hitlerowskiej okupacji mieszkał w Krakowie. W związku z restrykcyjnymi zarządzeniami władz okupacyjnych w październiku 1940 r. musiał wraz z żoną Dorą opuścić Kraków. Udali się wówczas do Skały, gdzie mieszkali jej rodzice, Itka i Josef Zelingerowie, i Dawid wraz z żoną zamieszkał u teściów. Tam na wiosnę 1942 roku przyszła na świat ich córeczka, Rozalia. Nie było im łatwo. Dawid trzy razy w tygodniu zmuszony był do fizycznej pracy po 8-9 godzin w kamieniołomie, za którą w ogóle nie otrzymywał ani wynagrodzenia, ani nawet posiłku. Mimo to w powojennej relacji stwierdził, że do września 1942 r. „żyło się całkiem znośnie”.

Niemiecka okupacja rozpoczęła się w Skale 6 września 1939 r. Tego samego dnia tuż po wkroczeniu hitlerowskich wojsk w miasteczku zostało spalonych wiele domów, w tym synagoga przy ulicy Długiej. W efekcie nowego podziału administracyjnego wprowadzonego przez okupanta w październiku tegoż roku, przedwojenny powiat olkuski, do którego należała Skała, został przecięty granicą: zachodnia część z Olkuszem została włączona do niemieckiej Rzeszy, Skała wraz ze wschodnią częścią powiatu znalazła się w Generalnej Guberni i została dołączona do powiatu miechowskiego. Liczebność osób pochodzenia żydowskiego zamieszkujących Skałę i jej najbliższą okolicę wzrosła w pierwszych latach okupacji kilkakrotnie. O ile przed wojną w Skale żyło ok. siedmiuset Żydów, to w 1942 r. było ich tu – według różnych szacunków – od 1,5 tys. do 3 tys. Nowo przybyli to w większości uciekinierzy z pobliskiego Krakowa po utworzeniu w nim getta.

Gestapo zażądało kilkuset tysięcy złotych kontrybucji, grożąc, że w przeciwnym wypadku nie pozostanie w Skale ani jeden Żyd. Zebranie takiej kwoty było niemożliwością

W drugiej połowie sierpnia 1942 r. społeczność żydowska Skały została zaalarmowana wiadomością o wywiezieniu wszystkich Żydów z odległych o kilkanaście kilometrów Słomnik. Jak zeznaje Nassan, „przewidywaliśmy, że nas to samo czeka. Nie przypuszczaliśmy wprawdzie, że to będzie wywózka na śmierć, tylko myśleliśmy, że będzie to przesiedlenie do innej miejscowości i to też było nieszczęściem w naszych oczach”.

Na spełnienie przewidywań nie trzeba było długo czekać. 30 sierpnia przyjechał z Miechowa prezes Judenratu z wiadomością, że Gestapo zażądało kilkuset tysięcy złotych kontrybucji, grożąc, że w przeciwnym wypadku nie pozostanie w Skale ani jeden Żyd. Zebranie takiej kwoty było niemożliwością. Na dalszy ciąg wypadków Nassan nie czekał. Jeszcze tej samej nocy Dawid wraz z żoną i jej rodziną uciekli do znajomego gospodarza w sąsiednich Smardzowicach.

Jan Cieślik był gajowym. Jego dom położony był na skraju Smardzowic, pod lasem. Zgodził się przetrzymać Zelingerów i Nassana, a oni sowicie mu za to zapłacili. Żona Dawida z dzieckiem była schowana w oborze Cieślika, a pozostali przebywali ukryci w krzakach w pobliskim lesie, dokąd Cieślik raz dziennie po kryjomu zanosił im kartoflankę.

W potrzasku

Tymczasem w sobotę 1 września 1942 r. odbyło się w Skale tzw. wysiedlenie. Wszystkich Żydów wyciągnięto z domów i spędzono na rynek, gdzie odbywała się selekcja. „Przeznaczonych do pozostania na miejscu” odprowadzono w grupach pod eskortą na miejscowy cmentarz żydowski i tam rozstrzelano. Resztę na furmankach przewieziono do Słomnik, skąd większość trafiła następnie do obozu zagłady w Bełżcu i tam zginęła. Na miejscu rozstrzeliwano także tych, których znaleziono w różnych kryjówkach. Trudno ustalić, ilu Żydów zabito w tym dniu w Skale. Krótko po tych wydarzeniach Stanisław Marciński, który był naocznym świadkiem rozstrzeliwania na cmentarzu, naszkicował plan żydowskiego cmentarza w Skale, zaznaczając na nim miejsce, gdzie znajduje się zbiorowy grób zabitych w tym dniu 170 osób. Zapewne ten sam grób ma na myśli Rozalia Bornstein, kiedy w powojennej relacji zeznaje, że zastrzeloną na policyjnym podwórku jej matkę pochowano „w zbiorowym grobie, gdzie było około 150 trupów”[1]. Ale czy to wszystkie ofiary? Dawid Nassan w swojej relacji wspomina o ok. 400 wymordowanych na miejscu.

Gdy po dwóch tygodniach odplombowano mieszkania po wywiezionych Żydach, a pozostałych przy życiu wezwano do powrotu, okazało się, że kilkudziesięciu osobom udało się ukryć i przeżyć. W większości wrócili wówczas do swoich domów, tak jak Nassan i Zelingerowie. Ale czas względnego spokoju trwał tylko dwa miesiące i 10 listopada 1942 r. nastąpiła akcja, która miała uczynić Skałę judenrein („odżydzoną”). Po wrześniowej masakrze Zelingerowie zapewne nie mieli złudzeń, że w nieodległej przyszłości taka akcja nastąpi, skoro w ciągu tych dwóch miesięcy stopniowo wywieźli do Cieślika prawie cały swój dobytek. I kiedy pewnego wieczora dowiedzieli się, że w miejscowym szynku odbywa się popijawa grupy esesmanów przybyłych z Miechowa, natychmiast sami uciekli z mieszkania. Udało im się opuścić Skałę jeszcze zanim została otoczona kordonem składającym się z żandarmów, granatowych policjantów, strażaków i junaków z Baudienstu. A następnego dnia wyłapano w miasteczku niemal wszystkich pozostałych przy życiu Żydów, wywieziono podwodami w kierunku Wolbromia i najprawdopodobniej rozstrzelano w lesie po drodze.

Wyglądało na to, że i tym razem Zelingerom i Nassanom się udało. Cios nadszedł jednak niespodziewanie dwa dni później. Tego dnia do ukrywającego ich gospodarza przyszedł w odwiedziny znajomy strażak, Marian Regulski. Można by powiedzieć: wizyta jak wizyta – pogadał i poszedł. Ale po pewnym czasie wrócił, tyle że w towarzystwie policjanta, i z bronią gotową do strzału skierowali się wprost do stajni z okrzykiem: „Żydy – wychodzić, ile was tu jest”. Kilka dni później odbyła się ich egzekucja. Z aresztowanych Dawid Nassan przeżył jako jedyny, dzięki wspomnianej brawurowej ucieczce z cmentarza tuż przed rozstrzelaniem.

W tym chyba wola Boża

Mimo że ucieczka się powiodła, to kiedy dotarł do lasu i trochę ochłonął, Dawid zdał sobie chyba sprawę z beznadziejności swojej sytuacji. Była mroźna listopadowa noc, on w lesie boso, w samej tylko bieliźnie i nie miał dokąd pójść: przed chwilą zginęli wszyscy z jego najbliższych, nie wchodziło w grę udanie się do domu ani do niedawnej kryjówki, przy demaskującym jego położenie wyglądzie spotkanie kogokolwiek stwarzało ogromne prawdopodobieństwo denuncjacji i w efekcie niechybnej śmierci. Wiedział, że w Skale i okolicach nie ma dla niego miejsca, postanowił więc przedostać się jakoś do Krakowa, do tamtejszego getta. Droga wiodła niedaleko jego niedawnej kryjówki. W gajówce się świeciło i Dawid zobaczył żonę Cieślika przez okno. Przez chwilę pomyślał, że tam są wszystkie jego rzeczy i mógłby się przynajmniej ubrać na drogę. Ale nie podszedł. Bał się o swoje życie, które mógłby stracić z rąk niedawnego jeszcze wybawcy. Poszedł dalej, szukając okazji, „by gdzieś wejść do jakiegoś gospodarza, by uprosić o stare buty i odzież”.

Oddajmy głos archiwalnej relacji Nassana: „Doszedłem do jakiejś chaty, gdzie było światełko. Było to o jakieś 4 km od Cieślika. Zaglądnąłem przez okno. Gospodarz klęczał obok stołu i spał, klęcząc oparty o stół. Żona leżała w łóżku z dziećmi. Zapukałem lekko, żona usłyszała i zawołała: «Józek, ktoś puka». Ocknął się ze snu i wtedy poprosiłem, by mi pokazał drogę do Krakowa. […] Kiedy wyszedł i zobaczył mnie tak w bieliźnie, cofnął się przerażony. Ale uspokoiłem go […]. Opowiedziałem mu, że uciekłem z cmentarza, wpuścił mnie i w pokoju zlękli się, gdy mnie ujrzeli, powstawali z łóżek i zaczęli wypytywać. Powiedziałem, że zostałem zabrany od Cieślika i wtedy od razu wiedzieli: „A, to Jośków zięć”. Błagałem go, że jeśli wierzy, że jest Bóg na niebie, by mi dał jaką starą odzież, bym się mógł dostać do Krakowa, a ja mu wynagrodzę stratę. Odpowiedział, że nie może mi dać odzieży, bo nie ma, ale że się postara i radził, bym się tymczasem zatrzymał dzień u niego. I dał mi podarte spodnie, bym włożył tymczasem na siebie. Dał mi do miednicy zimną wodę i nacierał je, bo były z mrozu całkiem zbielałe. Zostałem u niego do następnego dnia, a nazajutrz duży śnieg spadł”.

W taki sposób Dawid Nassan trafił do domu Józefa i Stefanii Biesagów. Gospodarze byli tak biedni, że nie mieli nic do ubrania, by dać Nassanowi, który nadal zamierzał iść do Krakowa. Biesagowa poszła więc do swojej matki, mieszkającej w sąsiedniej wsi Brzozówce, prosić o jakiś przyodziewek, bo nie chciała puścić Nassana półnagiego w taki mróz. Kobieta dała mu drewniaki, ale marynarki nie było, a zawieje i mróz były coraz gorsze. Po tygodniu teściowa Józefa Biesagi przyszła do ich domu przerażona. Błagała zięcia, by dał Nassanowi swoje odzienie i jak najszybciej go odprawił. Opowiedziała straszną historię Żydówki Szalewiczowej ukrywającej się w ich wsi, w stajni pod żłobem. Gdy jej kryjówkę odkryto, policjanci z Ojcowa okrutnie ją torturowali: „pono żywcem ją rżnęli, by się przyznała, gdzie więcej jest Żydów”. Kobieta została zakatowana na śmierć. Wstrząśnięta tą historią teściowa wymogła na zięciu przyrzeczenie, że wydali Nassana ze swego domu.

Strażak po pewnym czasie wrócił, tyle że w towarzystwie policjanta, i z bronią gotową do strzału skierowali się wprost do stajni z okrzykiem: „Żydy – wychodzić, ile was tu jest”

Jak relacjonuje Nassan, po odejściu teściowej Józef Biesaga „klęknął przed żoną i błagał, by mu pozwoliła mnie przetrzymać. Tłumaczył jej, że to chyba cud, że mnie Bóg uratował z cmentarza spośród katów i że w tym chyba wola Boża. Całą niemal noc rozmawiali o tym, żona mu tłumaczyła, że naraża ich oboje i czworo dzieci, płakała i mówiła, że się boi, ale on zapewniał, że mnie dobrze ukryje pod ziemią w stodole i że wojna niedługo potrwa. Wreszcie udało mu się uprosić żonę, zaprowadził mnie do stodoły i przy niedzieli wyciągnął słomę i zaczął kopać kryjówkę w ziemi, do której się zmieściłem w pozycji leżącej. Nie żądał ode mnie grosza i mówił, że poświęca swoje życie za łaską Bożą. I tylko, jeżeli kiedy będę mógł, to mu się odpłacę”.

W tej kryjówce Nassan przeżył 27 miesięcy, leżąc w wykopanej jamie. Panowały bardzo trudne warunki – jama była bardzo chłodna, ubranie gniło, zalęgły się wszy. Należy podkreślić, że dzieci Biesagów wiedziały o zbiegu. Żadne nie zdradziło. Nassan podkreśla ubóstwo i dobroć gospodarzy: „oni nie mieli sami nic, w co by mnie przyodziać. Ale dzielili się ze mną, czym mogli i co sami mieli, a bieda była u nich zwłaszcza na przednówku. Czasem Józef przynosił mi gorącą wodę w zimie, bym się ogrzał, gdy kupił 5 kg liści machorki, skręcał mi papierosa. Całych 27 miesięcy nie widziałem światła. Gdy przyszła Armia Czerwona, nie mogłem chodzić o własnych siłach, nogi były znieczulone, zmartwiałe. Mój gospodarz zawsze mawiał: «Żydzi byli i będą» i wierzył, że Hitler padnie, i triumfował”.

Dwa tygodnie po zakończeniu hitlerowskiej okupacji Józef Biesaga zawiózł furmanką do Krakowa przykrytego obrokiem Nassana. Znajoma lekarka przetrzymała Dawida u siebie trzy tygodnie, dała mu ubranie i opiekowała się, aż wrócił do zdrowia. Przez kilka lat po wojnie mieszkał na krakowskim Kazimierzu, ożenił się ponownie, a swojej córce dał na imię Róża (Rozalia) – nosiła je wcześniej jego zabita córeczka. Prowadził sklep z odzieżą. Dzieci Biesagów często przebywały u Nassana w Krakowie. Na początku lat pięćdziesiątych Nassanowie wyjechali do Izraela, gdzie Dawid został dokerem w Hajfie. W latach dziewięćdziesiątych Polskę odwiedził żyjący w Australii szwagier Nassana, Samuel (Szymon) Zelinger, który w czasie wojny ukrywał się w pobliskim Prądniku. Znał historię Dawida, wiedział o Biesagach, odwiedził ich dzieci, zaprzyjaźnili się, korespondowali. Z jego inspiracji syn Józefa Biesagi (również Józef) został w 2000 r. odznaczony medalem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata.

Pierścionek

Siedzimy przy stole u pani Zofii, a rozmowa staje się coraz żywsza. Staram się dowiedzieć więcej szczegółów o tej historii, przeglądamy zdjęcia. W trakcie pojawia się pewna różnica wobec relacji Nassana. Otóż pani Zofia twierdzi, że Nassan po ucieczce z cmentarza „wiedział, dokąd idzie”, że to nie była jego pierwsza wizyta w ich domu. Już kilka miesięcy wcześniej ukrywał się u nich z żoną i dzieckiem. Potem przeniósł się do Cieślika, żeby być razem z teściami. Ona sama mówi, że miała wówczas rok i nie może tego pamiętać, wie tylko o tym z relacji rodzinnych, ale wersję tę później zdecydowanie potwierdzają mi starsi od niej siostra Waleria i brat Józef, który tak właśnie opisał historię uratowania Nassana dla Jad Waszem przy okazji otrzymania Medalu. Trudno dziś dociec wszystkich faktów, niezgodności mogą wszak wynikać nie tylko z innego ich zapamiętania przez Biesagów i Nassana, ale nawet być efektem pomyłki osoby protokołującej po wojnie zeznanie Dawida.

– Musi Pan koniecznie zobaczyć pierścionek, który Nassan podarował mojej mamie – mówi pani Zofia, znikając z kuchni w trakcie rozmowy.

– Ale mama odżyła – komentuje jej córka. – Od kilku dni gorzej się czuje. Gdyby nie Pan, to kto wie, czy przed południem wstałaby z łóżka.

A pani Zofia już jest z powrotem. Podaje mi złoty pierścionek. Ma on kształt sygnetu, w którego górnej części znajduje się miniaturowa, otwierana szkatułka. Wypukły monogram na płaskim wieczku tworzą splecione litery SB.

– To inicjały mojej matki, Stefanii – tłumaczy pani Zofia.

– Czyli Dawid Nassan w dowód wdzięczności zamówił specjalnie dla pani mamy pierścionek?

– Nie. Tak się złożyło. Ten pierścionek taki był od początku. Nassan miał go przy sobie, jak przyszedł się tu ukryć. Zakopał go wcześniej gdzieś w ziemi. I kiedy uciekł z cmentarza, to poszedł tam i gołymi rękami go odkopał. Aż miał palce pokrwawione, bo ziemia już była zmarznięta, a przecież on uciekł w samej bieliźnie.

W kryjówce Nassan przeżył 27 miesięcy, leżąc w wykopanej jamie

Jestem pod wrażeniem niesamowitego zbiegu okoliczności z tymi inicjałami na pierścionku, oglądam go, a pani Zofia kontynuuje:

– To taka pamiątka rodzinna. Mama przed śmiercią przekazała go najstarszemu bratu. Kiedy on zmarł, pierścionek dostał się następnemu, Józefowi. Chciał go przekazać do kościoła, jako wotum. Wtedy mu powiedziałam: „Na kościół to ty daj pieniądze. Bardziej się przydadzą, a na ten pierścionek, jak będzie tam wisiał, to nawet nikt nie zwróci uwagi”. I odkupiłam go od brata. Zapłaciłam tyle, że za to pewnie bym sobie ze dwa takie nowe pierścionki kupiła, ale nie żałuję, bo uważam, ze powinien on być w tym domu, gdzie Nassan się ukrywał. I niech tu zostanie. Gdzie indziej warty on tyle, co parę gram złotego złomu.

Korzystając z faktu, ze dorośli są zaaferowani rozmową i przekładaniem jakichś pożółkłych kartoników, kilkunastomiesięczna wnuczka pani Zofii metodycznie rozbraja szuflady kuchennej szafki. Po chwili cała podłoga zasłana jest torebkami z przyprawami, kisielem i tym podobną zawartością. Reakcję starszych wzbudza dopiero odgłos świadczący, że główną atrakcją zabawy stał się znaleziony w kolejnej szufladzie tłuczek do mięsa.

Patrzę na baraszkującą po kuchni małą Emilkę. Nie wiem, czy pierścionek będzie się jej podobał, kiedy dorośnie. Ale zapewne również dla niej będzie skarbem, który bardzo trudno przeliczyć na pieniądze.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2010. Wszystkie cytaty z relacji Dawida Nassana za książką „Olkusz: zagłada i pamięć. Dyskusja o ofiarach wojny i świadectwa ocalałych Żydów”, pod red. Ireneusza Cieślika, Olgerda Dziechciarza i Krzysztofa Kocjana, Olkusz 2007.


[1] Ten zbiorowy grób znajdował się w północnozachodnim narożniku cmentarza, w odległości kilku metrów od muru. Trzeba jednak pamiętać, że teren współcześnie ogrodzony siatką, na którym w początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku postawiono monument „Pamięci żydowskich mieszkańców Skały” to zaledwie część powierzchni cmentarza żydowskiego w tej miejscowości. Po eksterminacji miejscowych Żydów ich cmentarz został bowiem zdewastowany, ogradzający go mur rozebrany, kamienie z muru i nagrobków wykorzystane jako materiał budowlany przez okoliczną ludność, a znaczna część powierzchni cmentarza „przyorana” przez rolników, których pole sąsiadowało z terenem cmentarza. Tak więc miejsce wspomnianej zbiorowej mogiły najprawdopodobniej znajduje się poza terenem określanym aktualnie mianem cmentarza żydowskiego w Skale.