O ile dobrze rozumiem intencje Jana Tomasza Grossa, jego zdaniem Polacy nigdy nie zdobyli się po wojnie na pełny rachunek sumienia względem Żydów.

Publikacja „Złotych żniw” (2011) bez wątpienia wywołała w Polsce falę polemik. Nie była ona jednak tak wielka jak w przypadku wydanych przed ponad dziesięciu laty „Sąsiadów”. Wtedy ustalenia Jana Tomasza Grossa szokowały chyba większość polskiego społeczeństwa. O pewnych bowiem sprawach albo nie wiedziano, albo pamiętać nie chciano. Dlatego „Sąsiadów” uznać wypada za książkę, która przyczyniła się do mocnego wstrząśnięcia polską świadomością i pamięcią. Jakkolwiek historycy już wtedy zwracali uwagę na warsztatowe niedoskonałości publikacji Grossa, nie one decydowały o znaczeniu treści, które podawał on Polakom do publicznej wiadomości.

Potem było już inaczej. To przede wszystkim zasługa osób pracujących i związanych z Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Wśród nich wymienić przede wszystkim Barbarę Engelking-Boni, Jana Grabowskiego, Jacka Leociaka, Małgorzatę Melchior, Dariusza Libionkę i Alinę Skibińską. Ich publikacjom nie sposób zarzucić tego, co budzi tak wielkie kontrowersje w przypadku Grossa. Nie tylko ja uważam je za rzetelniejsze. Częstokroć przedstawiają one fakty i przez Grossa opisywane. Mimo to uczciwa, a niejednokrotnie — z różnych powodów — bardzo trudna analiza historyczna nie jest w nich poddawana (tak charakterystycznemu dla profesora z Princeton) ciśnieniu dyskusyjnych historiozoficznych tez. Gross do takiego pisania ma oczywiście prawo, choć dobrze brać poprawkę na to, że w jego książkach pod maską naukowego obiektywizmu kryje się pragnienie poruszania zbiorowych sumień w Polsce. Autor „Sąsiadów” zdaje się nie rozumieć, że nie w każdym miejscu i czasie uniwersytecki socjolog czy historyk może zyskać kwalifikacje do tego, by stać się uznanym w społeczeństwie moralistą.

Odpowiadając zatem już otwarcie na pytanie redakcji „Więzi” (Jaki plon „Złotych żniw”?) – nie sądzę, by publikacja „Złotych żniw” posunęła „do przodu” stan debaty o relacjach polsko-żydowskich, gdy idzie o poszerzenie szczegółowej wiedzy specjalistów odnośnie historii. Tę wiedzę poszerzają bardziej publikacje wymienionych wyżej autorów. Niestety, w porównaniu z książkami Grossa ich odbiór społeczny jest znikomy.

Dzięki Grossowi wielu współczesnych Polaków dowiaduje się, że nie wszyscy ich rodacy podczas okupacji hitlerowskiej okazali się „Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata”

Mimo wszystko jednak trudno byłoby przecenić wagę dzieł Grossa jako katalizatora wewnątrznarodowej debaty na temat stosunków polsko-żydowskich. Ujawniona de facto przez niego szerokiemu ogółowi „sprawa Jedwabnego” mocno nadwerężyła polską zbiorową mitologię. To głównie dzięki Grossowi wielu współczesnych Polaków dowiaduje się, że nie wszyscy ich rodacy podczas okupacji hitlerowskiej okazali się „Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata”. Gross przytacza mnóstwo faktów (nawet jeśli niektóre z nich — raczej rzadko — okazują się nieprawdziwe), które powszechną wiarę na temat domniemanej polskiej uczciwości względem Żydów podają w wątpliwość. Jego strategia polega na gwałtownym rozrywaniu przyschniętych strupów z nie w pełni zagojonych ran bez jednoczesnego zastosowania pożądanych asekuracyjnych zabiegów. Czy można by osiągnąć w kształtowaniu społecznej świadomości i pamięci więcej, gdyby obrać jednak strategię nieco inną?

O ile dobrze rozumiem intencje autora „Sąsiadów”, jego zdaniem Polacy nigdy nie zdobyli się po wojnie na pełny rachunek sumienia względem Żydów. Ponieważ przedstawiciele pokolenia, która pamięta Zagładę, powoli odchodzą, trzeba więc zrobić wszystko, by ta niezałatwiona sprawa nie zatruwała dalej ani polsko-żydowskich stosunków, ani zbiorowej świadomości polskiej i żydowskiej. Wzbudzanie kontrowersji w debacie publicznej w Polsce za pomocą historycznych czy quasihistorycznych publikacji na temat „udziału Polaków w Holokauście” ma zatem na celu poruszenie polskiego sumienia zbiorowego.

Polacy z jakiegoś powodu nie potrafią się wyzwolić spod martyrologiczno-wiktymizacyjnego kodu

Z pewnością powinno ono zostać wstrząśnięte — w tym punkcie zgadzam się z Grossem. Pisałem o tym szerzej niedawno w tekście „Wina nie tylko metafizyczna” w „Przeglądzie Powszechnym” nr 5/2011. Nad polską świadomością zbiorową wciąż bowiem dominuje kult niewinnej ofiary i bohaterskiego męczeństwa. Jak silne są te stare romantyczne tropy, pokazały choćby społeczne reakcje po katastrofie smoleńskiej. Polacy z jakiegoś powodu nie potrafią się wyzwolić spod martyrologiczno-wiktymizacyjnego kodu. Od ponad 20 lat cieszymy się niepodległością, a oczekiwana zmiana mentalna w tym zakresie wciąż nie nastąpiła. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem w dużej mierze odpowiadają za to ciągle nierozwiązane (mimo licznych prób) polsko-żydowskie zaszłości.

Polacy, uznając siebie za ofiary przemocy, nie bardzo chcą zgodzić się na to, że jedna z najbliżej żyjących w przeszłości pośród nich społeczności, doświadczyła ogromnego historycznego cierpienia, które miało w swej istocie charakter bardziej wyjątkowy niż krzywdy doświadczane w tym samym czasie przez Polaków. Opór budzi zatem przede wszystkim uznanie wyjątkowości Zagłady – ta teza jest w Polsce nieustannie krytykowana. Powiada się na przykład, że „różne narody doznały równie strasznego cierpienia co Żydzi” albo że „każde cierpienie jest wyjątkowe”. Nierzadko dochodzi też do swoistej licytacji cierpień, w myśl której Polacy byli krzywdzeni tyle samo, a pewnie i „bardziej” niż Żydzi. Uzasadnień dla takich twierdzeń szuka się w tradycyjnym polskim mesjanizmie „cierpiętniczym” (polska zbiorowość składająca z siebie niewinną ofiarę „na ołtarzu Historii” – wbrew pozorom podobną retorykę ciągle spotyka się w Polsce dość często). W gruncie rzeczy wielu Polaków domaga się jednego – uznania polskich cierpień za równocenne z cierpieniami żydowskimi. Dlatego tak trudno nam przyznać, że względem Żydów w przeszłości nie zawsze zachowywaliśmy się comme il faut. Dotyczy to w szczególny sposób czasów okupacji hitlerowskiej i lat następujących tuż po niej.

Gdy zatem słyszymy o powszechnej polskiej obojętności w obliczu Zagłady, tym głośniej oskarżamy o współudział w hitlerowskiej zbrodni Ukraińców, Litwinów czy Łotyszy. W ostateczności wspominamy „polskie męty” czy „zdegenerowanych granatowych policjantów”. Albo – jak w „Złotych żniwach” – „prymitywnych polskich chłopów”, choć skądinąd wiadomo doskonale, że i inteligenci podczas okupacji niejeden ciężki grzech względem Żydów mieli na sumieniu (nie wszystkie polskie drzewka Sprawiedliwych w Jad Waszem mają przecież inteligencki rodowód!). Takie pseudoterapeutyczne zabiegi nie są jednak w stanie przysłonić prawdy. A prawda ta jest gorzka: zdarzało się w czasie okupacji i po niej, że Polacy Żydów grabili. Że często niewystarczająco współczuli swoim skazanym na śmierć żydowskim współmieszkańcom. Zdarzało się, że obojętność na los Żydów zmieniała się niejednokrotnie w przyzwolenie dla mordu. Że, niestety, niekiedy Polacy Żydów również zabijali.

Polskie wyznanie współwiny (nie tylko „metafizycznej” w jaspersowskim sensie, ale i moralnej, co oznacza wzięcie odpowiedzialności za niegodziwe czyny wobec Żydów — członków polskiej wspólnoty) w tym względzie nie nastąpi dopóty, dopóki nie zostanie rozbrojony mesjanistyczny, „niewinnościowy” sztafaż. Tego zaś nie da się uczynić wyłącznie z pomocą drastycznych reportaży z przeszłości. One drażnią, ale do pełnego uzdrowienia polsko-żydowskich relacji nie prowadzą. Do tego potrzebna jest przede wszystkim pogłębiona, odważna – i oparta na chrześcijańskiej etyce pojednania – refleksja. Inaczej (wkrótce już) Zagłada będzie tematem interesującym wyłącznie historyków, a największe schorzenie polskiej zbiorowości pozostanie niewyleczone. Nie wydaje mi się, by Jan Tomasz Gross w pełni to rozumiał.

Tekst ukazał się w „Więzi” nr 7/2011 i został zaktualizowany 30 października 2018 r.