Opowieści o wywoływaniu diabła mówią coś niebywałego o ludzkiej naturze: potrafimy rodzić diabła z własnego myślenia, z pożądań, z nienawiści. Jedno jest pewne – diabeł bez nas byłby bezsilny – mówi prof. Zbigniew Mikołejko.

Rozmowa ukazała się w książce Tomasza Ponikły „Szachy ze Złym

Tomasz Ponikło: Spotkał Pan złego człowieka?

Prof. Zbigniew Mikołejko: Kiedyś na uniwersytecie upomniałem się o kogoś niesprawiedliwie potraktowanego. A kiedy wyszedłem z sali, mój oponent podążył za mną i szydził ze mnie. Byłem już zdenerwowany, bo zgubiłem rękawiczkę ze swojej ulubionej pary, wieczór był zaś śnieżny i mroźny. W nerwach więc odwróciłem się i skrzyczałem tego człowieka. Minęli nas z nerwowym śmiechem studenci. Poszedłem dalej, miałem jeszcze prowadzić wykłady. A ów człowiek pobiegł za mną. Groził mi. Ta postać miała swoje „zasługi” w 1968 r., więc już odwróciłem się doń kolejny raz i mówię: „To nie jest sześćdziesiąty ósmy rok!”. Ale kiedy się odwróciłem, proszę mi wierzyć – zobaczyłem twarz demona. Człowiek ten przekształcił się w diabła: jego skórą został obciągnięty diabeł niemal jak ze średniowiecznych wyobrażeń – demoniczna, półzwierzęca postać, o potwornej masce, wykrzywionej w grymasie ni to drwiny, ni to wściekłości. Brakowało tylko kudłów i ogona. W życiu nie widziałem czegoś takiego! Jak się dowiedziałem, nie jest to jedynie moje doświadczenie. Pewien znajomy również miał w obecności tego człowieka poczucie przebywania ze złośliwym, złym diabłem. Tak jakby on udawał diabła. Ale czy tylko udawał?

Kim jest diabeł? Czym jest zło osobowe?

– To problem najeżony paradoksami, a więc i odpowiedź jest taka. Diabeł pojawia się w religiach monoteistycznych. Wszystkie wcześniejsze wierzenia znają istoty demoniczne, niekiedy przy tym ci sami bogowie potrafią być i straszni, i sympatyczni, zależnie od swej zachcianki. Takie demony to zazwyczaj upostaciowienia naturalnych lęków.

Począwszy od zaratustrianizmu, przez judaizm, chrześcijaństwo i islam – dobro jest uosobione. Ale też od początku sprzeciwia się mu zło. A więc i zło toczące bój z Bogiem zostaje upostaciowione. Pojawia się ten, którego z grecka nazywamy diabolos, czyli rozdwojnik i potwarca. A poza tym, że sprzeciwia się Panu dobra, ma szczególne cechy. Niby jest postacią, ale także – nicością. Św. Augustyn stwierdzi, że zło to w istocie brak dobra, czyli niebyt – bo inaczej musiałoby być dziełem Bożym. A więc idąc tym śladem, powiemy, że diabeł jest nicością. To pierwszy paradoks.

Jest też drugi: diabeł niby jest osobą, ale piekielnie rozmnożoną. Kim jest szatan w Starym i Nowym Testamencie? Demonem, zabójcą siedmiu mężów Sary, duchami Elilim, włóczącymi się po ruinach Babilonu – ma wiele imion. Pamiętamy, kiedy Jezus wypędza demona z opętanego z Gerazy. „Jak ci na imię?” – pyta.

„Na imię mi Legion”.

– „Legion, bo jest nas wielu” – jest więc diabeł niepochwytny. Miotający się między nicością a istnieniem, między jednością a wielością. Ale jakie jest jego jestestwo? Oczywiście wyobraźnia ludzka, zwłaszcza ludowa, chwacko sobie z tym poradziła, wspomagana przez antypogańską postawę Kościoła, który od antyku jak lodowiec przesuwa się przez Europę. Część bogów pogańskich zostaje zdemonizowana: zmienia się w ikony piekielnych mocy. Mamy też istoty kozłowate, świniowate, ogoniaste, kopytne ze średniowiecznych wyobrażeń. Dziś wydają się śmieszne, wówczas budziły grozę. Podobnie jak cały entourage: piekielna rezydencja, smoła, ogień…

Jest też inny obraz szatana, zaczerpnięty z „Raju utraconego”. Milton pokazuje diabła nie do końca złego, który przygląda się miłości Ewy i Adama, który waha się, czy sprowadzić na nich zło. Wcześniej zaś widzimy diabelskie zastępy, które przed bitwą z aniołami śpiewają przy ognisku żałośnie, serdecznie – jak ludzie, którzy mają zniknąć. My zawsze widzimy diabła w jednoznaczności: zło–dobro, które nie mogą mieć ze sobą nic wspólnego – a Milton idzie tropem chrześcijańskiej szansy dla diabła, którą widzimy np. u św. Franciszka, kiedy mówi: „I ty, diable, nie trać nadziei, też możesz być zbawiony”.

Ponoć największe nieszczęście diabła polega na jego cierpieniu, jak twierdzą niektórzy, mówiąc wręcz, że nic nie jest tak wielkie jak cierpienie diabła

Poza tym obecności diabła w naszych dziejach nie zrozumiemy bez pamięci o manicheizmie, który – biorąc za wskazówkę słowa z Listu Janowego, że „świat w złem leży” – próbował wyjaśnić zagadkę obecności zła w świecie. Narodziła się koncepcja konieczności współistnienia dobra i zła dla zachowania równowagi w świecie. Gnoza, której manicheizm jest skrajną postacią, mówi, że jest Pan światła, niedostępny twórca dobra, włodarz świata, ale że jest także bóg niższy, rozmaicie nazywany: demiurgiem, arcydemonem, lucyferem, Jahwe, złym Bogiem Żydów. Ów bóg, zazdroszcząc Panu dobra i światła, podstępem albo siłą (zależnie od tradycji) targa się na Jego królestwo i rabuje stamtąd iskry światłości potrzebne do wszelkiego stworzenia. Iskry więzi następnie w materii, w ciele, które jest samo z siebie brudne i złe. Zbawienie polega więc na tym, by materię tę brudną i złą zniszczyć i w ten sposób uwolnić boskie iskry.

Tłumaczyłem jedyną ocaloną katarską ewangelię gnostycką. Przedstawia ona m.in. anioły uwięzione w materii, które z tego powodu cierpią. Cierpi zatem i diabeł. A ponoć największe nieszczęście diabła polega na jego cierpieniu, jak twierdzą niektórzy, mówiąc wręcz, że nic nie jest tak wielkie jak cierpienie diabła. I wie pan, że ów człowiek z uczelni, którego wspomniałem, także sam był mocno naznaczony cierpieniem?…

Ale zastanawia mnie Dante. Oczytany intelektualista, skłonny do abstrakcji, myślenia spekulatywnego, z horyzontami i teologicznymi, i politycznymi – a jak wygląda u niego diabeł? Lucyfer siedzi na dnie piekieł, gdzie trwa wieczne zimno, przymarznięty do wód Kocytu. Ma trzy paszczęki i miele nimi trzech najsrożej katowanych więźniów piekieł, których Dante przeistoczył w diabelską potrawkę. To Brutus i Kasjusz – zabójcy Cezara, czyli cesarza rzymskiego narodu niemieckiego, który w nadziejach autora miał zjednoczyć jego ukochaną, a rozdartą Italię, oraz Judasz Iskariota – zdrajca Jezusa. Diabeł Dantego jest przy tym milczący, milczą też przeżuwane przezeń kadłuby. Trzy łby to analogia do Trójcy Świętej. Ale funkcje paszczęk wcale nie są teologiczne, tylko – poprzez wepchniętych weń potępieńców – moralne i polityczne.

Skąd to gwałtowne przejście od abstrakcyjnej, zdawałoby się, figury Trójcy w stronę emocji, moralizmu i polityczności? Skąd cała ta ikonografia? Nie wiem, a przecież utrwali się ona – równolegle do nurtu koźlego – w sztuce, np. na słynnym cmentarzu w Pizie, u Giotta czy u Blake’a.

A nowoczesny diabeł jest już całkiem inny.

– Dzisiejsza wyobraźnia ironicznie odnosi się do dawnych upostaciowań diabelstwa. Widzimy to np. w filmie „Adwokat diabła”, gdzie szatan jest arcyludzki. Dziś szatan jest więc albo człowiekiem, albo abstrakcją. Rozmawiam z przyjacielem, księdzem „modernistą” (tak mu dokuczam), ważną profesorską personą, i on mi mówi: piekło to stan duszy. A gdzie diabeł, widły i rogi, siarka i smoła? – pytam, bo sam jestem tradycjonalistą. Mówię ironicznie, ale po to, by pokazać, że nawet w Kościele szatan zatracił funkcję moralizatorską i wychowawczą.

Nawet w Kościele szatan zatracił funkcję moralizatorską i wychowawczą

Tradycyjnie diabeł występuje w podwójnej i jakby wewnętrznie sprzecznej roli: wciąga w studnię grzechu, a jednocześnie jest tym, który doświadcza i przed grzechem na swój sposób przestrzega. To znów szczególna niejednoznaczność tej postaci. Przecież w Księdze Hioba diabeł działa niejako w porozumieniu z Bogiem. Ale tak naprawdę to my sami tam majstrujemy z diabłem, bo kto tak naprawdę doświadcza Hioba?

Jego przyjaciele, a nawet żona.

– Czyli wspólnota, a ta nie lubi przyznawać się do własnego zła. Dlatego przeprowadzając egzegezę tej opowieści, zobaczymy, że część o zakładzie szatana z Bogiem chronologicznie powstaje później niż sam opis historii Hioba. I wreszcie, żeby nie obciążać Boga, dosztukowuje się happy end, w którym wierny Hiob otrzymuje nową rodzinę i nowy los.

Nie eliminuję stąd diabła, ale trzeba dostrzec, że również i on daje się manipulować. Niby może nami władać, ale też niejako nam podlega: chętnie się nim wysługujemy, tłumaczymy nim nasze własne zło. Jakże łatwo na niego zrzucić brutalność, fałsz, okrucieństwo – wszystko, co prokurujemy i bliźniemu swemu, i sobie samym. A jeśli diabeł istnieje, to warunkiem podstawowym jego istnienia jest człowieczeństwo: diabelstwo bez człowieka nie ma najmniejszych szans! Nie istnienie Boga, jak sobie powszechnie wyobrażamy, ale istnienie człowieka jest warunkiem szatańskiego jestestwa. W powieści Jonathana Littela „Łaskawe” doktor Max Aue, uczony nazista, subtelny potwór, zabija nawet własnego Mefistofelesa, jest gorszy od niego – to przerażające.

Czy to nie my sami sprowadzamy w ten sposób diabła?

– Wątek faustowski jest ważny. Bez pożądań Fausta szatan nie zjawiałby się w jego izbie wśród zakurzonych książek i retort. Opowieści o wywoływaniu diabła mówią coś niebywałego o ludzkiej naturze: potrafimy rodzić diabła z własnego myślenia, z pożądań, z nienawiści. Może bez tego wszystkiego szatan byłby tylko nicością? Jedno jest pewne: diabeł bez nas byłby bezsilny.

Jednocześnie – na to wskazuje Mefistofeles, idąc z Faustem na sabat, w słowach: „Ja jestem tą siłą fatalną, która ze wszech miar stara się o zło, a kończy się to dobrem” – nie byłoby ani nas, ani świata, nie byłoby moralnego postępu (bo ten postęp jest), gdyby zło nie miało w sobie paradoksalnej słabości. Słabość ta wywraca na nice, za sprawą Boga, człowieka, przypadku, jego potworną pracę.

Nietzsche snuje przypowieść o stadzie kruków i stadzie jagniąt. Kruki: wolne istoty, gdy są głodne, spadają na dół i zabijają któreś z jagniąt – ciało silne jest ciałem ślepym: nie ocenia, nie wartościuje, chce jeść – je, chce kochać – kocha, chce zabić – zabija. A jagnięta własną słabość zrzucają na siłę kruków i mówią, że kruki są złe, a one dobre. Nietzsche myli się tu dwa razy. Po pierwsze, lekceważy solidarność słabych. Po drugie, ciało silne także wartościuje, choć stawia inne znaki. Stalin i Hitler nie mówili, że prokurują zło. Jeden tworzył społeczeństwo bezklasowe wyzute z niesprawiedliwości, drugi budował czystą Europę bez tych brudasów słowiańskich, żydowskich, cygańskich, psychicznie chorych, homoseksualistów. Zło nie mówi o sobie, że czyni zło.

Bo szatan ma być niezwykle inteligentny.

– W wyobrażeniach Blake’a szatan jest przeraźliwie samotny, ale jest też istotą, którą powalił własny rozum. I faktycznie: znamy zło, które jest złem wyrozumowanym, bezlitosnym, zimnym jak sztylet, którym u Tolkiena zostaje zraniony Frodo. Romantyzm, w który wkraczał Blake, przełamuje Oświecenie. Dojrzewa wtedy świadomość, m.in. u Goi – wbrew napisowi z jego słynnej grawiury – że demony się budzą, kiedy rozum czuwa, a nie wtedy, kiedy śpi. Nowoczesność rozpoczyna się z romantyzmem, ten zaś rzuca nas z nową siłą w fascynację diabłem.

Tomasz Ponikło, „Szachy ze Złym”

Tomasz Ponikło, „Szachy ze Złym”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2012

Rzeczywisty satanizm, wbrew obiegowym opiniom, przyniosła właśnie nowoczesność. Wcześniej mieliśmy głównie historię pewnego dramatycznego złudzenia: archaiczne praktyki stygmatyzowano jako działania w imię diabła, co widzimy choćby w instruktażu „Młot na czarownice”. Rytuały satanistyczne w gruncie rzeczy nie były rozpowszechnione, ale zarówno kaci, jak i ofiary wierzyli w służbę szatanowi. Proces Gillesa de Rais, stronnika Joanny d’Arc, prototypu Sinobrodego, dowodzi tego urojenia. Jako arystokrata de Rais nie był torturowany, a jednak przyznał się do pedofilsko-satanistycznych obrzędów, choć, jak mówią dzisiejsze badania, ich nie praktykował. Ale widocznie sam uwierzył, że jest sługą szatana. To złudzenie przerwała w XVII w. inkwizycja hiszpańska z Kraju Basków, której przełożony odkrył, że podwładni fałszują śledztwa. I jako pierwsza instytucja w Europie przestała ona ścigać czarownice jako sługi diabła.

Wraz z romantyzmem otchłań otwiera się na nowo. Ale z istotną zmianą: faktycznie pojawiają się rytuały na modłę rzekomych średniowiecznych praktyk satanistycznych, które stanowiły resztki dawnych rytuałów magicznych. Od XIX w. do dziś rozgrywa się więc satanizm. Najpierw satanizm elit; jako pierwszy nowoczesną „czarną mszę” opisuje Huysmans. Później satanizm we flircie z komercją. LaVey w XX w. lepi z wątków manichejskich, magicznych i opowieści Huysmansa „Biblię szatana”. Czyni to świadomie, jako rzecz komercyjną. Cynicznie o tym mówi, również o założonym przez siebie Kościele Szatana. Lecz niektórzy ulegają tej fikcji: powstają światowe ośrodki satanizmu, np. w Mediolanie. Istnieje też satanizm podwórkowy, któremu mogą towarzyszyć znęcanie się nad zwierzętami czy morderstwa. Rozwijają się różne nurty satanizmu: młodzieżowy, kontrkulturowy, antysystemowy. Nie daje się on jednak rozciągnąć na wszystkie zjawiska współczesnej kultury.

W kulturze popularnej na odwołania do satanizmu najłatwiej dziś natrafić w muzyce metalowej. I to tego typu muzykę zachodni żołnierze stosowali w ostatnich latach jako torturę wobec arabskich więźniów. Z kolei w „Czasie Apokalipsy” Francis Coppola pokazuje amerykański nalot na Wietnam: żołnierze z helikopterów, by wzbudzić strach w mieszkańcach masakrowanej wioski, „puszczają” przez głośniki „Walkirię” Wagnera.

– Najpierw o muzyce popularnej. Mam wrażenie – tylko wrażenie, bo nie znam się na tym dobrze – że twórcy tak zwanej satanistycznej muzyki są, świadomymi albo nie, dziedzicami pewnych niedobrych praktyk dawnego chrześcijaństwa. W jakim sensie? Ano w takim, że ci nadgorliwi misjonarze chrystianizmu wszystkie przedchrześcijańskie wierzenia i praktyki uznawali z miejsca za „diabelskie”. Także oczywiście te praktyki, które służyły wywoływaniu transu czy ekstazy – przez narzucenie odpowiedniego rytmu. Dlatego też na przykład Bolesław Chrobry nakazał wycięcie w pień wszystkich bębniarzy – producentów bębnów (wbrew potocznym mniemaniom nasi słowiańscy przodkowie byli bowiem wyznawcami ekstatycznego szamanizmu). Stąd bęben stał się na długo w polskiej muzyce ludowej instrumentem ze wszech miar podejrzanym i wrócił do niej, o ile się nie mylę, dopiero w XIX stuleciu (za sprawą orkiestr wojskowych). Tak zwany satanizm w muzyce popularnej wykorzystuje zatem niecnie to archaiczne religijne naznaczenie ekstatycznego rytmu – i nic więcej. Natomiast Coppola bawi się z widzem, widzem jako tako świadomym, posługując się czytelną grą asocjacji. Mówi więc o wyrachowanym cynizmie zachodniej kultury oraz przywołuje oczywiste ciągi skojarzeń: furia Walkirii, wojowniczek z germańskich mitów, to furia amerykańskich wojaków, zachowujących się jak naziści – bo Wagner był ulubionym kompozytorem Hitlera. Słowem, odnoszę takie wrażenie, ta scena jest zarazem i wspaniałym filmowym obrazem demonicznego, mefistofelicznego okrucieństwa, i tanim ideologicznym chwytem na pograniczu kiczu.

Skąd bierze się popularność satanizmu dzisiaj?

– Sacrum jest dziś przeżywane w sposób letni. Zapominamy o ambiwalencji świętości: że jest w niej pierwiastek tremendum, świętej grozy, i fascinans, świętego zachwytu. Diabeł w kulturze XXI w. poniekąd ocala oba pierwiastki: fascynuje i zatrważa. Natomiast w Kościele w dużej mierze zagubiono tremendum. Młodzi mówią, że Jezus jest słodki, że jest ich przyjacielem. W tej wyobraźni nie ma Jezusa cierpiącego, pocącego się krwawym potem, przeganiającego kupców, nie ma Jezusa Apokalipsy…

Nawet we współczesnej mistyce Chrystus ustąpił swojej Matce. Dawniej dojrzałym, rozumnym, pięknym kobietom, takim jak Teresa z Avila, objawiał się Jezus-Oblubieniec, z którym mistyczne spotkania miały w sobie istotny element grozy i erotycznego wręcz napięcia. Wiek XIX i XX zdominowały objawienia maryjne, przepełnione macierzyństwem, nadzieją i dawane dzieciom. To bardzo znamienne przesunięcie w kulturze – w stronę opiekuńczości i słodkości, czasem tylko przeszytej jakąś apokaliptyczną grozą.

Ale jest święta Faustyna i Jezus w jej wizjach – miłosierny, ale jednak srogi.

– Faustyna to – obok „Mateczki” Kozłowskiej, założycielki mariawityzmu, która zresztą dziś pewnie nie znalazłaby się poza Kościołem – jedyna polska mistyczka par excellence, jaka pojawia się w XX wieku. A jakież kłopoty miał jej „Dzienniczek” – dopiero długotrwałe starania Karola Wojtyły przełamały impas (tak skuteczne, że proces beatyfikacyjny rozpoczął się, kiedy książka wciąż znajdowała się na indeksie). Ale polski mistycyzm ujawnił się zbyt późno. I objawienie miłosierdzia Bożego dla świata przychodzi zbyt późno. W Kościele trwa przy tym silne napięcie, które być może w Polsce pozostaje nieuświadomione. Z jednej strony silny jest więc nurt augustynizmu – z wszelkimi znamionami predestynacji i świadomością, że oj, piekło nie jest puste – czego żywym dowodem papież Ratzinger, w tej warstwie wcale nie kontynuator Jana Pawła II. Z drugiej strony jest chrześcijaństwo – by tak powiedzieć – „mizerykordialne”, mniej lub bardziej pelagiańskie, z Faustyną na czele, Wojtyłą jako popularyzatorem i z ks. Wacławem Hryniewiczem. Bardzo zresztą cenię Hryniewicza za jego świadomość, że piekło, o ile nie jest puste – to może będzie puste. Bo po co Bóg miałby tworzyć historię człowieka? Żeby unieważnić ją w śmierci? Nie, ta historia będzie trwać nadal, nie wiemy jak, z pewnością będzie inna, może na przykład z szansą na poprawę? To jeden z najważniejszych nerwów chrześcijaństwa dzisiaj…

Wracając do popularności satanizmu: obok zagubienia wrażliwości na sacrum, dochodzi kwestia obecności satanizmu w mentalności społeczeństw. W latach 80. ubiegłego wieku w Anglii i USA wybuchła wręcz panika satanistyczna, w której sprzęgły się policja, psychologowie, protestanccy fundamentaliści i feministki. Łamano ludziom życie, serwowano więzienia, a wszystko okazało się fałszem. Tamtą panikę budowano m.in. na zazdrości: satanizm daje zakazaną rozkosz, a skoro jest ona zakazana, ścigajmy satanistów. Skojarzenie zła z rozkoszą jest nieoczywiste, a jednak to jeden z podstawowych przymiotów diabelstwa.

Wynaturzenia satanizmu są peryferyjne i na sprzedaż, tak jak dzieła LaVeya. Bo skąd się miała wziąć legenda, że on – co nie jest prawdą – bierze udział w satanistycznym porodzie w „Dziecku Rosemary” Polańskiego? Jak widzimy, w kulturze masowej można doskonale odgrywać ofiarę paniki satanistycznej i opływać w celebrze dzięki statusowi bycia ofiarą.

Bardziej oczywistym jest skojarzenie zła z cierpieniem. Takie zło domaga się odpowiedzi?

– Dlaczego jednych okropny los miażdży, zamienia w prostytutki, alkoholików, pcha do samobójstwa, a drudzy biorą z tego lekcję i stają się, jak Flaubert, tymi, których los miażdży, by ich wynieść? Zło wymaga odpowiedzi. Niekoniecznie jest to energia św. Jerzego, czynna walka; często to energia wewnętrznej egzystencjalnej siły. Ale nie jesteśmy Bogiem, nie jesteśmy aniołami: zło – czy czyni to natura, czy grzech pierworodny – jest także w nas samych. Niekiedy wywołuje ono w nas fascynację, czasem sprzeciw, innym razem pcha do ucieczki. Nasza wolność manifestuje się także w tym, że możemy czynić zło. Dać się uwieść złu, które początkowo jest powabne jak motyli lot. Po czym, jak Hamlet, często uciekamy od zła i cierpienia w sen, co jest swoistą zgodą na dalszą pracę zła.

Zostawiamy więc diabłu otwarte drzwi nie ze strachu przed nim, ale z lęku o nas samych, przez naszą ucieczkę od odpowiedzialności, odpowiedzialności za zło?

– Tak właśnie. W wymiarze zbiorowym znakomicie pokazał to Erich Fromm w „Ucieczce od wolności”. Cóż bowiem otworzyło drogę nazistowskiej demonii, jeśli nie wolność w jej negatywnym rozumieniu – „wolność od” (odpowiedzialności) – którą żyło społeczeństwo masowe Republiki Weimarskiej, śniąc zarazem o rewanżu i odzyskaniu dawnej wielkości? A potem do tego doszedł, dodam od siebie, straszny, nieodpowiedzialny sen o pokoju za wszelką cenę – sen tych, którzy nie chcieli umierać ani za Czechosłowację, ani za Gdańsk.

Podczas rozmowy o Kazaniu na Górze wstrząsnęły mną słowa Stefana Wilkanowicza, że „są, niestety, żywoty okrutne i niesprawiedliwe od pierwszego do ostatniego dnia”. Kohelet zauważa przecież, że marność dzieje się na ziemi i „są sprawiedliwi, którym się zdarza to, na co zasługują grzesznicy, a są grzesznicy, którym się zdarza to, na co zasługują sprawiedliwi” (8,14). Jest zło niezasłużone, które dla człowieka staje się totalne?

– Nasza kondycja ludzka jest potwornie paradoksalna. Bo oto na ogół niesiemy w sobie przekonanie, że nikt, ani ofiara, ani sprawca, ani Hiob, ani Haman, nie zasłużył sobie na zło. A z drugiej strony w każdym z nas, jeśli naprawdę wejrzymy w swoje myśli i serca, mieszka właśnie i Hiob, i Haman. A poza tym jeszcze ktoś trzeci: ten, kto dokonuje wyboru między nimi i nie zawsze może się zdecydować. Więcej nawet: tkwi zazwyczaj w niezdecydowaniu, w zawieszeniu, krocząc drogą raczej szarą niż wyraziście jasną albo wyraziście mroczną. A poza tym jest coś, czego nie potrafimy ogarnąć i mówimy wtedy o tajemnicy zła, o jego strasznym misterium. Zło bowiem ma dla wielu nas – może nawet dla wszystkich? (zawsze takie fatalne i irracjonalne przeznaczenie człowieczeństwa przerażało) – fascynującą moc, ma porażającą siłę, której nie potrafimy się oprzeć. Inaczej niż dobro, które często wydaje się mdłe i niewarte zachodu. Nie wiem zupełnie, dlaczego? Nie umiem sobie tego zupełnie wytłumaczyć. Może dlatego, że o wiele łatwiej przychodzi coś zniweczyć niż stworzyć? Ale stare mity – trzeba wierzyć w prawdę starych mitów – mówią nam, że tutaj jest coś o wiele większego. Coś zupełnie przerażającego, przerastającego możliwości i ludzi, i nawet bogów. Jakiś potworny fatalizm, jakiś nie dający się odwrócić wyrok losu. Najlepiej ukazuje jego czarną siłę mit o Edypie: mowa tam przecież o tym, że im bardziej staramy się oddalić straszne przeznaczenie, tym mocniej i okrutniej nas ono dopada.

A co nazywa Pan czarną siłą, która postępuje w człowieku?

– Myślę wtedy o przypadku niewinnego człowieka, który zostaje zakażony ideą zemsty. Zemsta może być chęcią wymierzenia sprawiedliwości, rozprawienia się z własnym cierpieniem. Ale z czasem stajemy się podobni do swoich oprawców. Sprawiedliwość jest ograniczona, nie da się jej wymierzyć do końca, a zemsta nie ma końca, jak wszystkie szaleństwa łączy się z nieustannym łaknieniem.

Historię zemsty opowiada okrutny film bułgarski „Kozi róg”. W czasie okupacji ottomańskiej kilku Turków gwałci i morduje żonę pasterza. Córka, która była tego świadkiem, jest przez ojca przyuczona do wabienia i zabijania kolejno tamtych morderców. Czyni tak aż do czasu, kiedy zakochuje się w jednym z oprawców. Wtedy mówi ojcu „dość”. To miłość sprawia, że dziewczyna nie daje się pożreć demonowi nienawiści, który strawił jej ojca. A wiemy, że wielu tak skończyło – jak choćby patriotyczni partyzanci wyradzający się w bandytów. Czynne przeciwstawienie się złu może napędzać spiralę nienawiści. To logika bezwyjściowości. Na wojnę odpowiadamy wojną, w której będą ginąć ludzie tacy jak ty i ja, którzy tej wojny nie chcieli.

Kierkegaard natomiast mówi, że są dwie postawy: estetyczna, która abstrahuje od wyboru między dobrem i złem – ona ucieleśnia się w don Juanie, którego nie obchodzi ból, tylko egoistyczne zachłystywanie się pięknem, oraz etyczna, która polega na ciągłym wybieraniu między dobrem a złem – to postawa małżeńska. Ale jest też relatywizm, który sprawia, że to, co w moim rozumieniu jest dobre, przez ciebie może być odbierane jako złe. Gdzie zatem szukać miary? Kamienne tablice dekalogu są dziś nadwerężone, potłuczone, ale też przez nas obrabiane. „Nie pożądaj żony bliźniego swego, ani wołu jego, ani osła jego, ani żadnej rzeczy, która jego jest” – czy przyjmie to pan literalnie i w całej rozciągłości?

Odpowiedź daje Nowy Testament: przykazanie miłości jest nadrzędne wobec dekalogu.

– Sprzęgnięte razem dekalog i najważniejsze przykazanie – to dopiero zaczyna pracować. Jako agnostyk, inaczej niż wielu innych agnostyków, uznaję, że Jezus jako postać historyczna zostawił nam pewien rdzeń moralny. Jego ofiara zdemaskowała bowiem przemoc ofiarniczą, a postawa odrzuciła rytualizm jako podstawę istnienia: to szabat jest dla człowieka, a nie odwrotnie.

Ostatnie przykazanie przywołałem za Girardem, który wychodząc ze środowiska agnostycznego, nawrócił się podczas studiów nad mechanizmem przemocy ofiarniczej. I twierdzi, że ono jest najważniejsze, bo mówi „nie pożądaj”, a na pożądaniu właśnie opiera się przemoc. Jezus jako ofiara całkowicie niewinna obnaża archaiczne rytuały, stąd słowa: „krew Jego na nas i na synów naszych”. Oprawcy widzą własną bezsilność, fałsz stawianych oskarżeń. Ofiara niewinna demaskuje, powala na ziemię.

Dobro pozostaje ukryte, zło daje się zdemaskować: koniec końców jest nazwane złem. A jednak, choć wciąż demaskowane, trwa.

– Czy warto się poświęcić, by zdemaskować zło? Quinzio mówi o Bogu bezradnym. Paradoksalnie Jezus przegrał, bo przecież zło nie ustąpiło. Ale w tej klęsce, w tym, że krzyż pozostał wezwaniem do podjęcia, jest zwycięstwo – poprzez kenozę. Bóg zanurza się w pełni w człowieczeństwie. Gdyby Jezus miał pewność zmartwychwstania, gdyby Bóg zawiesił obowiązujące nas prawa dla Swojego Syna, cóż warte byłyby Jego krzyż i człowieczeństwo?

Do samego końca stoi przy Jezusie szatan.

– Dotykamy tego, co niepewne. Jezus nie ma pewności zmartwychwstania, ma pewność opuszczenia, najwyższej samotności. Umiera, słysząc ten potworny, szyderczy rechot prześladowców, widząc cynizm zaprawionych w swoim rzemiośle oprawców – w tym musi być diabeł.

Chyba jednak nie taki, jakim zobaczył i pokazał go Mel Gibson w głośnym filmie „Pasja”?

– Oczywiście, nie taki. Dlaczego nie taki? Bo zło nie ma jednego oblicza, bo na imię mu „Legion”. Wszelka zatem diaboliczna ikonografia – czy to średniowieczna, czy to hollywoodzka – to takie sobie tam igraszki wyobraźni. Zło jest bowiem niepochwytne, umyka wszelkim zmysłowym obrazom, umyka też pojęciom. Nie darmo przecież jego ważną symboliczną figuracją, nie tylko biblijną, ale powszechną i obecną w wielu odmiennych kulturach, jest wąż: stwór śliski, zmieniający skórę, a przy tym pełzający i uderzający po cichu, znienacka. Kojarzony z mrokiem, pierwobytnym chaosem, ze zgnilizną ziemi, z labiryntem podziemia i otchłaniami wód. Z wszelkimi żywiołami zniszczenia i nicości.

Zadeklarował Pan: „Nie chcę używać rozumu wobec ciemności, bo ona jest bezrozumna”. Tylko co w zamian? Adam Zagajewski stwierdził z kolei: „Niech filozofowie zastanawiają się nad zagadką zła. Ci, którzy go dokonali, nic nam na jego temat nie powiedzą”.

– Wpatrywanie się w ciemności to zadanie dla Mistrza Twardowskiego, nie dla filozofa – tak myślę, tak myślę stanowczo. A mówiąc już dokładniej: oczekuję od filozofów, także od siebie, czegoś więcej niż analizy. Oczekuję pewnego sposobu egzystencji. Oczekuję egzystencji, która jest sprzeciwem (to zresztą powinność każdego z nas, nie tylko zawodowych „specjalistów od myślenia”, jakimi rzekomo mają być filozofowie). Niezależnie od tego Zagajewski ma w znacznej mierze rację: sprawcy zła nie powiedzą nam o nim nic. Przynajmniej nic istotnego – jak Eichmann w Jerozolimie. Ale nie lekceważyłbym wcale ich milczenia ani tej nieistotności, tej banalności zła: bo zło tak naprawdę nie ma nic istotnego do powiedzenia, nie objawia niczego poza bólem i destrukcją, nie zasiewa niczego poza śmiercią, nicością i cierpieniem. Odmawiam zatem zrozumienia zła w tym sensie, że ma to obnażyć jakąś prawdę, że ma to coś jakoby odsłonić z naszego człowieczeństwa. Próby zrozumienia zła mają zatem znaczenie – mówię to kategorycznie – wtedy i tylko wtedy, kiedy łączą się natychmiast z przeciwstawieniem się złu, a przynajmniej z ograniczaniem jego zasięgu, mocy jego rażenia. I z karą za zło, jednak z karą. Z tą właśnie myślą napisałem, bardzo to dla mnie było ważne, ogromny esej „Protokoły Anny Halman” (zamieszczony w książce „W świecie wszechmogącym”) – o głośnej przed paru laty sprawie gdańskiej gimnazjalistki, zaszczutej przez kolegów. Napisałem go m.in. dlatego, że po ogromnej wrzawie ostatecznie nad jej trumną zapadła potworna cisza, cisza zbawienna i dla bezpośrednich sprawców, i dla niemałej części naszego społeczeństwa – bo to ono w sumie tworzy podobne zabójcze mechanizmy, a potem umywa ręce. Aha, powinienem dodać to jeszcze, że mówię tutaj oczywiście – by użyć znanej klasyfikacji Leibniza – o złu moralnym, nie zaś złu metafizycznym i złu fizycznym.

Czy więc będą Panu bliskie, idące o krok dalej, słowa ks. Józefa Tischnera, który zgnębiony już chorobą nowotworową, przygotowywał materiały dla Jana Pawła II na spotkanie papieża z ludźmi nauki podczas pielgrzymki do Polski w 1999 r., i napisał wówczas, że „także zło może być w pewnym sensie »darem«”. Zło staje się darem wtedy, gdy jest okazją do zdumiewającej twórczości człowieka – okazją do tworzenia i budowania zwyciężającego zło dobra”?

– Myślę, że ksiądz Tischner – tyle że w bardziej szlachetnej i mniej brutalnej formie – powiedział mniej więcej to samo, co ja. Tak, jego myśl mogę spokojnie uznać za własną: budowanie dobra jest najlepszą czynną odpowiedzią na dojmującą pracę zła, na właściwą dla niego „ohydę spustoszenia”. Myśl Tischnera jest przy tym pokrzepiająca: nie jesteśmy wcale bezradni, choć nie wszystko możemy. Ale wbrew św. Augustynowi czy Leibnizowi nie uważam, że zło jest czymś niezbędnym dla powiększenia dobra. I że to ostatnie niekoniecznie musi się spełniać przy obecności zła – przez jakieś odniesienie do niego, przez kontrast albo sprzeciw. Wyobrażam sobie zatem i takie dobro, choć może to złudzenie, które jest dobrem „samym w sobie”, nie pozostającym w żadnej relacji ze złem.

Co, jeśli czuje Pan, że zło dochodzi do głosu w Panu samym?

– Z tym różnie bywa, czasem to absmak, który mi ciąży nieraz przez dziesiątki lat, a czasem to zło jest słodkie. Nie wiem, dlaczego jedno zło potępiam, dlaczego ono wraca w nocnych rozważaniach, nawet w snach bodzie mnie pytaniem: pamiętasz o mnie? Czasem mówię sobie jednak: „miałeś prawo tak uczynić”, innym razem wręcz: „to było dobre”. Ale bywa i tak, że zło, które potrafię usprawiedliwić, pozostaje we mnie do końca złem.

Trzynastoletni chłopiec, drobiazgiem, ale jednak zawinił. Boi się. Próbuje skłamać, żeby uciec od potwornej, niezasłużonej represji. Kiedy przegrywa, usiłuje popełnić samobójstwo. Przerażony widmem kary połączonej z szyderstwem, w drodze do domu skręca z drogi w las. W stwardniałym na powierzchni śniegu wykopuje norę, kładzie się w niej, zasypia. Wyrwał mnie stamtąd, bo ten chłopiec to ja, ostatni impuls.

Ale po drodze było kłamstwo, którym skrzywdziłem przyjaciela. Już nigdy nie rozmawialiśmy. Opowiadam o tym w rozmowach z Dorotą Kowalską, które w formie książkowej ukażą się wkrótce. Może ta książka do niego trafi, może mi wybaczy? Ciągle to we mnie siedzi. Bo zło było. Ze strachu próbowałem przerzucić odpowiedzialność na przyjaciela. Uczciwe postawienie sprawy polegałoby na wzorcu Jezusowym: niech biją, niech szydzą. Ale trzynastolatek żyjący w strachu przed batem w postaci sznura od żelazka i tych strasznych, raniących słów? A chodziło o drobiazg, nawet nie grzech, bo ten w postaci kłamstwa pojawił się później.

Pewnie takie właśnie ludzkie sytuacje są najbardziej dramatyczne. Bo tam, gdzie uczyniłem zło i albo mi ono doskwiera, albo się nim rozkoszuję, sprawa jest prosta: przerwij tę rozkosz nieuzasadnioną, zerwij wlokące się przez lata poczucie winy. Ale to najczęstszy, najcięższy ludzki los: własne zło, które czynię w warunkach bezwyjściowości. Choć niektórzy powiadają, że nawet jak cię diabeł połknie, to zawsze masz dwa wyjścia.

Rozmowa (pod tytułem „Jak mu na imię?”) ukazała się w książce Tomasza Ponikły „Szachy ze Złym

Prof. Zbigniew Mikołejko – filozof i historyk religii, profesor i kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Autor m.in. książek „Emaus i inne spojrzenia do wnętrza Pisma”, „Żywoty świętych poprawione”, „Śmierć i tekst”, „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”.