Jan Tomasz Gross nie pisze z pasją historyka, lecz z misją publicysty, który wie, że będą go czytały tysiące ludzi, i zarazem z misją prokuratora, który chce oskarżać. Kłopot jednak w tym, że właśnie czytelność faktu, iż Gross ma misję, utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia mu przekonanie tych, do których najbardziej chciałby dotrzeć: polskiej „milczącej większości”.

Najpierw chciałbym powiedzieć, dlaczego moim zdaniem należy czytać Jana Tomasza Grossa i z nim rozmawiać, a następnie: dlaczego warto, a wręcz należy się z nim nie zgadzać.

Pierwsza sprawa jest dla mnie absolutnie jednoznaczna. Ci, którzy domagają się wyrzucenia Grossa z Polski, po prostu nie odrobili lekcji z polskości. Odrzucają to, co najpiękniejsze w naszej historii – tradycję Polski jagiellońskiej, tradycję polskiej tolerancji. Odrzucają wizję polskości promowaną przez Jana Pawła II, który w swojej ostatniej książce „Pamięć i tożsamość” jednoznacznie ubolewał, że idea Polski jagiellońskiej – Rzeczypospolitej wielu narodów, Polski otwartej, gościnnej i zamieszkałej przez różne nacje, kultury i religie – wciąż z trudem zdobywa należne jej miejsce w polskim życiu. Papież-Polak pozostawił nam też w tej książce wspaniałą definicję polskości: „Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”.

Jak zauważą Państwo w dalszym ciągu mojej wypowiedzi, jestem krytycznie nastawiony do książki „Strach”, nie uważam jej za dobrą, uważam, że nie służy pojednaniu. Zamykanie ust Grossowi jest jednak całkowicie sprzeczne z tą najlepszą polską tradycją.

Krytykować, nie ścigać

Absolutnie jednoznacznie chciałbym też uznać za haniebne wszczynanie przez prokuraturę „z urzędu” (czyli z własnej inicjatywy, tj. bez żadnego doniesienia) śledztwa sprawdzającego, czy książka ta nie szkaluje narodu polskiego. Przypomnę, że wniosek rzecznika praw obywatelskich o stwierdzenie niezgodności tego przepisu z Konstytucją leży od roku w Trybunale Konstytucyjnym i nie znam żadnego rozsądnego powodu, by się nim nie zająć szybko – tak jak potrafił Trybunał to uczynić w innych istotnych sprawach. Równie szybko zresztą powinni dążyć nasi parlamentarzyści do skreślenia tego kompromitującego przepisu, który jest jedną z niechlubnych pozostałości po Romanie Giertychu w polskim systemie politycznym.

Uważam tempo załatwienia tej sprawy – czy to przez Sejm, czy przez Trybunał – za test na moralną wiarygodność naszych obecnych elit politycznych. Zobaczymy, czy współczesnych polskich polityków stać będzie na powtórzenie słów wielkiego kanclerza Jana Zamoyskiego, który w jednym ze swoich przemówień w parlamencie do posłów-protestantów powiedział, że oddałby połowę swojego zdrowia za to, żeby powrócili oni do jedności Kościoła, ale odda całe swoje zdrowie po to, żeby chronić ich wolności, gdyby chciano ich do tego przymusić.

Oczywiste jest zatem dla mnie, że istnieją napaści na Grossa jako autora „Strachu”. I równie oczywiste jest, że nie wszelka krytyka tej książki i jej autora to napaści. Nie jest tak, że kto krytykuje Jana Tomasza Grossa, tym samym chce go wtrącać do więzienia albo wyrzucać z Polski. Istnieje przecież krytyka metodologii historycznej zastosowanej przez autora, krytyka używanego przezeń języka czy generalizujących tez, jakie stawia, która jest po prostu merytoryczna i wygłaszana przez ludzi dalekich od skłonności do wybielania Polaków. Przypomnę choćby takie nazwiska jak świetni historycy średniego pokolenia, także pisujący wiele o antysemityzmie w Polsce, jak Paweł Machcewicz, Dariusz Stola, Marcin Zaremba czy siedząca obok Bożena Szaynok. Z nieco starszych historyków trzeba wymienić Macieja Kozłowskiego, wielce zasłużonego dla poprawy stosunków polsko-żydowskich, a zwłaszcza polsko-izraelskich (byłego ambasadora RP w Izraelu). Przypomnę też postaci bohaterów historycznych, którzy zgadzając się z faktograficznym opisem Grossa, nie zgadzają się z wyciąganymi przezeń wnioskami — jak Władysław Bartoszewski czy Marek Edelman (mam na myśli jego wywiad dla „Gazety Wyborczej”, w którym twierdzi, że to bandytyzm, a nie antysemityzm stał u źródeł wielu powojennych mordów na Żydach).

A z jakiej perspektywy ja patrzę na tę książkę? Po pierwsze, nie jestem historykiem. Po drugie, jestem socjologiem. Po trzecie, jestem uczestnikiem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Po czwarte, jestem katolikiem.

Skoro nie jestem historykiem, nie chciałbym włączać się w specjalistyczny dyskurs dotyczący poszczególnych wydarzeń. Będę jednak musiał dotknąć bardziej ogólnej kwestii narracji historycznej, jaką stosuje autor „Strachu”. Jestem bowiem czytelnikiem literatury historycznej i redaktorem miesięcznika „WIĘŹ”, który poświęca wiele miejsca historii, także historii stosunków polsko-żydowskich.

Misja prokuratora

Wiadomo, że „Strach” zasadniczo nie zawiera faktów nowych, które nie byłyby opisywane przez polskich historyków. Dlaczego jednak ich publikacje nie wywoływały takiej dyskusji? Oni po prostu podchodzą do prezentacji wiedzy historycznej inaczej niż Jan Tomasz Gross. I nie chodzi o to, jak twierdzi sam Gross, że w polskiej historiografii nie ma tradycji pisarstwa eseistycznego czy — jak to dosadnie i wyjątkowo złośliwie ujął w wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” — „są ludzie, którzy nie odróżniają książek historycznych od książek telefonicznych”. Przecież u nas jest także tradycja pisarstwa historycznego symbolizowana chociażby przez Pawła Jasienicę, które nie jest tylko suchym podawaniem faktów z mnóstwem przypisów. A wiele książek polskich historyków czyta się z zapartym tchem.

Nie chodzi też wcale — jak pisała prof. Joanna Tokarska-Bakir w „Gazecie Wyborczej” — że Gross „pisze książki, bojkotując standard szczerości przyjęty w polskiej literaturze historycznej”. To stwierdzenie jest z kolei obraźliwe dla znakomitych polskich historyków, którzy niejednokrotnie pisali o sprawach opisywanych przez Grossa. Czyżby oni pisali z obniżonym poczuciem szczerości? Przecież sam autor „Strachu” przyznaje, że nie odkrywa nowych faktów. On zasadniczo korzysta z pracy źródłowej wykonanej przez innych. Niewiele jest materiałów archiwalnych osobiście przebadanych przez Grossa. Dlaczego zatem mielibyśmy traktować te obficie udokumentowane prace naukowe polskich historyków jako kompletnie nieznaczące społecznie czy wręcz nieuczciwe, nieszczere? Przecież ci ludzie piszą z prawdziwą pasją poszukiwaczy prawdy. Chcą wiedzieć, jak było. Chcą zrozumieć, dlaczego było tak jak było.

Gross po prostu pisze inaczej. On nie pisze z pasją historyka, lecz z misją publicysty, który wie, że będą go czytały tysiące ludzi, i zarazem z misją prokuratora, który chce oskarżać. Gross niewątpliwie ma misję  –jest nią zdemaskowanie mało znanych społecznie epizodów powojennego polskiego antysemityzmu jako dokonanych z wyjątkowo niskich pobudek, i tym samym doprowadzenie do całkowitego zniszczenia hydry antysemityzmu w Polsce.

Książka „Strach” nie służy pojednaniu. Zamykanie ust Grossowi jest jednak całkowicie sprzeczne z tradycją Polski jagiellońskiej

Kłopot jednak w tym, że właśnie czytelność faktu, iż Gross ma misję, utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia mu przekonanie tych, do których najbardziej chciałby dotrzeć: polskiej „milczącej większości”.

Gdy mówię o oskarżycielskim, prokuratorskim tonie autora „Strachu”, nie chodzi mi wcale o to, żeby historyk był obrońcą. W moim przekonaniu historyk nie powinien być ani obrońcą, ani prokuratorem, lecz sprawiedliwym sędzią. Gross chce jednak bardziej oskarżać niż wyjaśniać.

Jestem socjologiem z wykształcenia (tak jak prof. Gross) i to pozwala mi posiadać generalne przekonanie, że żaden jeden czynnik nie jest w stanie wytłumaczyć postaw społecznych, także agresji, bandytyzmu czy antysemityzmu w tamtych okrutnych czasach. Po prostu społeczeństwo jest tworem zbyt skomplikowanym, by podciągać je pod jeden strychulec. Zawsze w grę musi wchodzić splot szeregu czynników, które działały w danym czasie. Nie sposób zwłaszcza jednoczynnikowo traktować społeczeństwa w stanie powojennej anomii – rozbicia norm i więzi społecznych – jakie, chcąc nie chcąc, stało się udziałem powojennego społeczeństwa polskiego. Było to także społeczeństwo w wielu rejonach dotknięte głodem, które nie posiadało sprawnych instytucji kontroli społecznej, znajdowało się w stanie chaosu i anarchii, które – jak to nazwał Jan Józef Szczepański – było „zainfekowane przez śmierć”. Dodatkowo jeszcze społeczeństwo to wpadło z deszczu pod rynnę: wyzwolenie od Niemców nie oznaczało bowiem wolności, gdyż Armia Czerwona przyszła do Polski nie tylko z zamiarem wypędzenia Niemców z polskich ziem, lecz także zainstalowania tu przy władzy polskich komunistów i podporządkowania Polski Związkowi Sowieckiemu.

Autor „Strachu” nie dostrzega też, że po dyskusji o zbrodni w Jedwabnem – która jest jego wielką zasługą – naprawdę coś się w Polsce zmieniło: o polskich winach można było rozmawiać inaczej, spokojniej, bez awantur, rzeczowo. Nie trzeba już prowokować, nie trzeba robić sensacji. Nawet na poziomie państwowym proces pojednania między Polakami a sąsiednimi narodami może przebiegać zupełnie inaczej – myślę np. o zgodnych zasługach prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego w porozumieniu Polaków z Ukraińcami.

Wyrwać się z niewoli stereotypów

Jestem od lat aktywnym uczestnikiem dialogu polsko-żydowskiego, a jeszcze bardziej chrześcijańsko-żydowskiego. Od prawie 20 lat jestem redaktorem „WIĘZI” – pisma, które ma wspaniałą (nie przeze mnie stworzoną, więc wolno mi tak powiedzieć) tradycję poruszania najtrudniejszych tematów w stosunkach polsko-żydowskich i chrześcijańsko-żydowskich. Jest to tradycja, w której kładzie się nacisk równocześnie na dwie wartości: prawdę i pojednanie. Uważamy w „Więzi”, że o przeszłości trzeba mówić prawdę w duchu pojednania, bo wtedy dialog może służyć budowaniu lepszej przyszłości. Od 2002 roku przewodniczę Społecznemu Komitetowi Pamięci Żydów w moim rodzinnym mieście, Otwocku (tu oddaję sprawiedliwość prof. Grossowi, bo decyzję o założeniu tego Komitetu podjęliśmy z ks. Wojciechem Lemańskim w autobusie jadącym do Jedwabnego na 60. rocznicę tamtejszej zbrodni). Od niespełna roku jestem także współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

Z tej perspektywy patrząc, uważam, że największym obecnie problemem w stosunkach polsko-żydowskich jest to, że jesteśmy zakładnikami stereotypów (autorką tego sformułowania jest moja redakcyjna koleżanka, obecnie ambasador RP w Izraelu – Agnieszka Magdziak-Miszewska). Skoro jesteśmy zakładnikami stereotypów, to najbardziej potrzebny jest zatem wysiłek ich przekraczania. Niezbędna jest do tego empatia, wczucie się we wrażliwość i stanowisko drugiej strony. Potrzeba tłumaczy, którzy cierpliwie wyjaśnialiby nam nawzajem nasze bóle, wrażliwości, resentymenty. Skoro stereotypy wciąż istnieją, to nie można ich omijać, lecz trzeba je mozolnie rozmontowywać. Chodzi zatem o to, aby trafiać nie tylko do ludzi już przekonanych o potrzebie lepszego zrozumienia i dialogu, lecz także do nieprzekonanych, do „milczącej większości” (bo przecież trudno się łudzić, że uda się jakimikolwiek argumentami przekonać tych, którzy wciąż wierzą, że Żydzi zabijają dzieci na macę, albo że Żydzi nami rządzą; podobnie jak nie da się racjonalnymi argumentami przekonać tych, którzy wierzą, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki).

Żydzi w Polsce, czyli u siebie

Mówiłem o empatii. I tu pojawia się zbieżność moich intencji z Janem Grossem. Autor „Strachu” słusznie apeluje bowiem do Polaków o empatię wobec losu polskich Żydów i włączenie ich doświadczenia do polskiego rozumienia własnej historii. W polskim poczuciu „my” naprawdę powinno się ponownie znaleźć miejsce dla polskich Żydów –przed wojną, w jej trakcie i po niej masowo odsuwanych do kategorii „oni”, „obcy”. Wielkim nieszczęściem Polski w XX wieku było zatracenie wspomnianej już jagiellońskiej, inkluzywistycznej koncepcji polskości na rzecz polskości piastowskiej, dużo węższej i ograniczonej. Bardzo upraszczając, od obywatelskiej definicji narodu z czasów Pierwszej Rzeczypospolitej przeszliśmy do etnicznej kategorii narodu. Polskę stanowili tradycyjnie ludzie różnych narodowości, religii i kultur. Dziś żyjemy w społeczeństwie bardzo monolitycznym narodowościowo i wyznaniowo – jak nigdy w historii Polski.

W tej perspektywie powinniśmy my, Polacy, wczuć się w tragedię i dramat naszych współobywateli polskich Żydów, którzy – ocalawszy z Zagłady, zawsze nadludzkim wysiłkiem – wracali do siebie i u siebie byli przez wielu z nas traktowani jak intruzi. Podkreślam: „do siebie” i „u siebie”! Oni bowiem traktowali Polskę jako swoją ziemię, swoją ojczyznę. Mieli prawo do tej ziemi, do tych krajobrazów, do tej przyrody – bo Polska była ich ojczyzną. Nie byli tu gośćmi, lecz byli u siebie! W tym dramacie nie chodziło tylko o majątek, lecz o zawiedzioną, nieodwzajemnioną miłość do Polski.

Historyk nie powinien być ani obrońcą, ani prokuratorem, lecz sprawiedliwym sędzią. Gross chce jednak bardziej oskarżać niż wyjaśniać

Jan Tomasz Gross mówi, że o tym chciał swoją książkę napisać. Kłopot w tym, że napisał ją w taki sposób (zwłaszcza język, jakim jest napisany „Strach”, to sprawia), że tę upragnioną empatię wobec żydowskiego losu mogą po lekturze okazać tylko ci, który i tak już ją wykazują. Nieprzekonanych ta książka nie przekona. Dzieje się tak z wielu powodów:

– ze względu na język, miejscami wręcz obraźliwy (co innego, gdy mowa o przekonaniu niektórych pojedynczych biskupów, że nie wiadomo, czy Żydzi jednak nie porywają chrześcijańskich dzieci na macę; a co innego, gdy czytamy o „kanibalizmie teologicznym większości episkopatu” – s. 137),

– ze względu na tworzenie nowych stereotypów (zwł. katoendecja) zamiast obalania istniejących,

– ze względu na liczne nieuprawnione uogólnienia,

– za względu na rozumowanie, w którym zamiast udowadniania tez mamy ich egzemplifikację (tzn. nie mamy argumentacji logicznej, jak poszczególne zjawiska społeczne są ze sobą powiązane, lecz hipotezy, a następnie przykłady, które mają je potwierdzać; brak zaś najczęściej chociażby argumentów przeciwko danej tezie czy kontrprzykładów),

– ze względu na całkowite pominięcie wrażliwości polskiej i społecznego kontekstu lat powojennych,

– ze względu na pominięcie istniejących interpretacji odmiennych od własnej, na co wskazywali uwagę wymieniani znakomici historycy.

Fakty to nie wszystko

Lubię eseje historyczne, ale taka metoda eseistyki mi nie odpowiada. Stosując metodologię Jana Tomasza Grossa, mógłbym napisać książkę pt. „Odzyskiwanie pamięci. Zainteresowanie kulturą i tradycją żydowską w Polsce po roku 1989. Historia moralnego odrodzenia”. Byłaby to książka składająca się – tak jak „Strach” – z opisu wyłącznie autentycznych faktów spontanicznego zainteresowania przeszłością żydowską w wielu polskich miastach i miasteczkach. Opisywałaby ona fenomeny dni kultury żydowskiej, które dawno już przekroczyły granice krakowskiego Kazimierza i odbywają się nawet w małych miejscowościach. Pisałbym o modzie na kulturę żydowską, o książkach o tej tematyce, które stoją w księgarniach na szczególnie eksponowanych miejscach – i dzieje się tak od 20 lat, czyli moda przestała już być modą, lecz stała się trwałą cechą polskiej kultury. Opowiadałbym o młodych ludziach rozsianych po całej Polsce, którzy — nie mając żadnych korzeni żydowskich – zajmują się sprzątaniem i odnawianiem żydowskich cmentarzy, wydawaniem książek o Żydach w swojej miejscowości, szukają kontaktów ze swoimi żydowskimi rówieśnikami, chcą uczestniczyć w Marszu Żywych, organizują wydarzenia publiczne upamiętniające żydowską przeszłość swoich miejscowości. Dużo musiałbym napisać o chwalebnej roli Kościoła rzymskokatolickiego, który podjął pionierską w Europie inicjatywę organizowania specjalnego Dnia Judaizmu, i w tym roku czynił to już po raz jedenasty, gdy np. Holendrzy dopiero po raz pierwszy.

Największym obecnie problemem w stosunkach polsko-żydowskich jest to, że jesteśmy zakładnikami stereotypów

Byłaby to książka prawdziwa, ale przestawałaby nią być, gdybym usiłował twierdzić, że oto Polska stała się najbardziej filosemickim krajem w Europie czy świecie, gdybym zaczynał sugerować, że książka ta opisuje całą polską rzeczywistość; gdybym nie pokazywał trudności i niezrozumienia, z którymi czasem ci wolontariusze się borykają; gdybym wyrwał te fakty z ich kontekstu, tzn. gdybym nie przedstawił współistniejących z tamtymi zjawiskami fenomenów trwającego wśród Polaków antysemityzmu; gdybym twierdził, że znalazłem jeden czynnik wyjaśniający opisywany fenomen: czy to „trzecie pokolenie Sprawiedliwych” (określenie Szewacha Weissa), czy to wstyd za poprzednie pokolenia, czy to wpływ osoby i nauczania Jana Pawła II, czy to bodźce czysto materialne, bo okazało się, że na muzyce klezmerskiej można po prostu dobrze zarobić, czy to odradzający skutek wielkiej debaty o historii polsko-żydowskiej, jaką niedawno przeżyliśmy. Ta wyimaginowana książka „Odzyskiwanie pamięci” stawałaby się nieprawdziwa, gdybym nie wspomniał o tym, że Dzień Judaizmu nie trafia do przeciętnej polskiej parafii i tzw. zwykli katolicy nic na temat nie wiedzą i byliby mocno zaskoczeni, że coś takiego się w kościołach odbywa z błogosławieństwem biskupów, itd. itp.

Gdybym tak właśnie napisał tę swoją książkę o odzyskiwaniu pamięci, to stałaby się ona po prostu książką złą i propagandową, bo napisaną pod z góry przyjętą tezę, choć opisywałaby wyłącznie prawdziwe fakty. Jan Tomasz Gross popełnia analogiczne błędy. Z tych właśnie powodów uważam, że „Strach” nie jest książką dobrą i nie służy w chwili obecnej dobremu rozwojowi dyskusji o sprawach polsko-żydowskich. Moim zdaniem – w przeciwieństwie do „Sąsiadów” – ta książka nie posuwa do przodu relacji polsko-żydowskich.

I nie chodzi mi o to, że „Sąsiedzi” dotyczyli sprawy szczegółowej, jednego miasteczka, a „Strach” całego społeczeństwa. Można bowiem podejmować tematy ogólne, przełamując stereotypy. Przykładem tego jest choćby wydana w USA książka „Rethinking Poles and Jews” pod redakcją Roberta Cherryego i Annamarii Orla-Bukowskiej, która bierze na warsztat istniejące stereotypy antyżydowskie i antypolskie oraz analizuje je niezwykle obiektywnie, piórami głównie amerykańskich autorów. Podobnym wydarzeniem była dla mnie przed kilkoma dosłownie dniami konferencja w Los Angeles, gdzie dyskutowano o wszystkich trudnych sprawach polsko-żydowskich, jednak referenci – nawet dotykając bezpośrednio kwestii stereotypów – czynili to w taki sposób, żeby stereotypy rozmontowywać.

Czekając na syntezę dwóch Grossów

Wielka szkoda, że „Strach” nie został napisany w taki właśnie sposób. Jestem bowiem przekonany, że Jan Tomasz Gross ma predyspozycje, aby napisać książkę sprzyjającą wyzwalaniu nas wszystkich – i Polaków, i Żydów, i polskich Żydów, i amerykańskich Żydów, i izraelskich Żydów, i amerykańską Polonię, i kogo jeszcze trzeba – ze stereotypów. Musiałby jednak zdecydowanie zmienić swój aktualny styl pisarstwa. Innymi słowy, marzy mi się, że autor „Sąsiadów” i „Strachu” napisze jeszcze najważniejszą książkę swego życia (bo najgłośniejszą już napisał – pozostaną nią „Sąsiedzi”). To opus magnum Jana Tomasza Grossa, o którym myślę, byłoby syntezą pisarstwa tego autora sprzed „Upiornej dekady” (piszącego prawie wyłącznie o Polakach, polskich cierpieniach i polskiej wrażliwości) z Grossem od czasu „Upiornej dekady”, który popadł w odwrotną skrajność i skupia się niemal wyłącznie na wrażliwości żydowskiej. Obecnie autor – zamiast dążyć do równowagi w swych twierdzeniach – świadomie przegina w jedną (inną niż poprzednio) stronę. I właśnie dlatego nie pozwala się zrozumieć i zaakceptować ludziom nieco inaczej myślącym.

Sprzeciwiam się takiemu rozumieniu publicystyki, w którym zakłada się, że dyskusja jest możliwa tylko dzięki wyostrzeniu tez

Przed półtora rokiem w wywiadzie dla „Polityki” Jan Tomasz Gross powiedział: „W pierwszym okresie działalności pisałem o tym, jak Niemcy i Sowieci robili okropne rzeczy Polakom. I jak dzielnie Polacy sobie z tym radzili. […] w końcu dotarłem do doświadczenia żydowskiego. Uświadomiłem sobie, jak głęboka była moja niewiedza o stosunkach polsko-żydowskich podczas okupacji i jak bardzo ta niewiedza jest powszechna wśród Polaków […] Wstyd mi było, bo napisałem wcześniej dwie książki, w których całkowicie pomijałem tę problematykę. Bardzo mnie to wciągnęło, bo historiografia i pamięć zbiorowa były w tej dziedzinie kompletnie zakłamane.”

Charakterystyczne jest w tej wypowiedzi poczucie wielkiego wstydu, które owocuje następnie radykalnym potępieniem. Choć Gross wie z autopsji, że chodziło o niewiedzę, mówi od razu o „kompletnym zakłamaniu”. Na ten sam temat pisze w „Strachu” (s. 43): „jest oczywiste, że nie ma dwóch historii wojny i okupacji polskiej i żydowskiej”. A przecież jego osobista ewolucja pokazuje, że są to różne historie, i że dopiero należy je zintegrować Tę skłonność autora do łatwych i ostrych (zbyt łatwych i zbyt ostrych) sądów spotykamy w „Strachu” bardzo często.

Nie trzeba tak ostro

A przecież Gross doskonale wie, że w PRL nauczanie historii manipulowano (ja np. do matury właściwie nic istotnego nie dowiedziałem się o polskich Żydach, żyjąc i chodząc do szkoły w mieście, w którym przed wojną Żydzi stanowili ponad 60 proc. mieszkańców). Gross wie znakomicie, że po 1989 też nie potrafimy dobrze nauczać historii, a w sferze historii polskich Żydów do odrobienia pozostały olbrzymie zaniedbania. Polacy nie znali przecież ani swoich bohaterów (jak Irena Sendlerowa czy Henryk Sławik), ani nie wiedzieli o niegodziwościach, jakich dokonywali niekiedy nasi rodacy. Zanim się potępi tę niewiedzę, uznając ją za zakłamanie, należałoby przynajmniej ją zrozumieć i opisać.

Nie odpowiada mi metoda zastosowana przez Jana Tomasza Grossa, ponieważ w takich sytuacjach zdecydowanie wolę postępować raczej mądrzej niż ostrzej, także w ocenie zjawisk bardzo negatywnych. Mam bowiem poczucie obowiązku, bym jako publicysta dążył do tego, by jak najtrafniej opisać problemy i sugerować (jeśli potrafię) najlepsze ich rozwiązania, nie zaś, by jak najmocniej potępiać zło. Przypomnieć można słynną rozmowę na spacerniaku obozu internowania między Tadeuszem Mazowieckim a Sewerynem Jaworskim, przywódcą radykalnego skrzydła NSZZ „Solidarność”. Jaworski spotkawszy Mazowieckiego powiedział: „A nie mówiłem, panie Tadeuszu, że trzeba było ostrzej?”. Mazowiecki odparł: „A nie mówiłem, panie Sewerynie, że trzeba było mądrzej?”. Zdecydowanie staję po stronie „mądrzej” niż „ostrzej”.

Sprzeciwiam się takiemu rozumieniu publicystyki, w którym zakłada się, że dyskusja jest możliwa tylko dzięki wyostrzeniu tez. Że trzeba przesadzić, być niesprawiedliwym, żeby się przebić. Zwłaszcza Jan Gross nie musi się już przebijać przez mur milczenia. Po „Sąsiadach” samo jego nazwisko gwarantuje zainteresowanie mediów i opinii publicznej jego książkami. Dlatego właśnie nie musiał stosować języka tak ostrego, mógł napisać tę książkę innym tonem. Pożytek byłby dużo większy.

Wszyscy bez wyjątku?

Jestem katolikiem i dlatego przy lekturze „Strachu” zwracałem szczególną uwagę na wątki religijne i moralne w tej książce, także stosowane miary moralności.

Wobec Kościoła Gross jest bardzo wymagający. Z jednej strony słusznie – bo Kościół stawiając ludziom duchową i moralną poprzeczkę bardzo wysoko, najwyżej winien ustawiać ją samemu sobie. Słusznie, bo Gross idzie tu za moralną jednoznacznością Zofii Kossak-Szczuckiej: „kto milczy w obliczu mordu – staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia – ten przyzwala”.

Z drugiej strony jednak nie sposób dostrzec, że autor „Strachu” jest wobec Kościoła nie tylko bardzo wymagający, ale też bezlitosny. Mniejsza już o jego rozumienie Kościoła „jako instytucji obsługującej moralne potrzeby ludności” (s. 41). Bardziej chodzi mi o przyjmowane wprost przez Grossa założenie, że księża i zakonnice „z racji uprawianego zawodu i zasad wiary powinni byli wszyscy bez wyjątku zbrodni Zagłady się przeciwstawić” (s. 314, podkreślenie w oryginale).

Takie stawianie sprawy wydaje się dość nieludzkie. Wielokrotnie wszak słyszeliśmy i czytaliśmy wypowiedzi osób, które przyznawały, że nie wiedzą, jak zachowałyby się w sytuacji odwrotnej. Zacytuję tylko Zygmunta Baumana: „co byśmy uczynili, gdyby do naszych drzwi zapukał obcy nam, obdarty i wynędzniały człowiek, prosząc o schronienie, za którego udzielenie groziłaby nam i naszym najbliższym kara śmierci na miejscu lub powolne dogorywanie w obozie? Mnie, któremu tej próby los zaoszczędził, wolno tylko uczciwie przyznać, że nie wiem…”. Gross uważa, że jemu wolno więcej: wolno mu stawiać innym (całej grupie społecznej) wymaganie „powinniście być bohaterami”.

Kościelne wątki „Strachu” są dobrymi przykładami na wspomniane już wcześniej słabości książki. Kolaborantem z nazistami (przez zaniechanie) stają się tu nie tylko poszczególne osoby, lecz cała instytucja Kościoła, która nie stanęła na wysokości zadania. Ta sama instytucja, która straciła przecież w czasie II wojny światowej 18 proc. duchownych. O tym autor „Strachu” nie wspomina, bo stara się przede wszystkim – jak prokurator – znajdować argumenty obciążające oskarżonego w jednej konkretnej sprawie. Bez żadnych okoliczności łagodzących.

I tu właśnie pojawia się istotny problem z tą książką. Ton oskarżycielski wywołuje bowiem do tablicy obrońców. Przesada prokuratora prowokuje przesadne argumenty obrony. Gdyby Gross występował bardziej jako sprawiedliwy sędzia, a nie jako oskarżyciel – dyskusja mogłaby przebiegać inaczej. Wystarczyłoby, gdyby chciał bardziej zrozumieć. Zrozumieć nie znaczy przecież: usprawiedliwić.

Sam odruchowo nerwowo reaguję, gdy słyszę nieuzasadnione oskarżenia, także wobec ludzi, z którymi się nie zgadzam. Tak samo reaguję, gdy czytam w „Strachu” krytykę milczenia Kościoła w roku 1946, a narracja wygląda tak, jakby rzecz działa się w roku 2006, a nie 1946, jakby autor opisywał wolny Kościół w wolnej Polsce. Ale przecież powojenna Polska to nie był kraj wolny, suwerenny, demokratyczny, a Kościół nie cieszył się wówczas pełnią praw, swobodą działania i wypowiedzi publicznych.

Polska kościelna skrucha

Żeby nie było wątpliwości: wstydzę się, że oficjalni przedstawiciele mojego Kościoła nie potrafili wówczas wyraźnie nazwać po imieniu zła pogromu kieleckiego. I w rachunku sumienia Kościoła powinno być na to miejsce. Ale rachunku sumienia nie da się przeprowadzać pod dyktando. Do tego potrzeba innego języka, innego narzędzia, innych książek. Dlatego nie dziwię się obronnym reakcjom biskupów na tę publikację. Skoro w „Strachu” tak trudno oddzielić rzeczywiste powody do rachunku sumienia od osobistych interpretacji Grossa, a autor nie wspomina nawet słowem o kilku już etapach skruchy polskiego Kościoła w sprawach polsko-żydowskich, jakie są za nami – trudno oczekiwać, by pierwszą reakcją biskupów było bicie się w piersi.

Może warto zatem przypomnieć, jakie oficjalne kościelne akty skruchy wobec polskich Żydów miały już miejsce.

W liście pasterskim z okazji 25. rocznicy ogłoszenia soborowej deklaracji „Nostra aetate” – odczytywanym w kościołach 20 stycznia 1991 r. – Episkopat Polski napisał m.in.: „Mimo tak licznych heroicznych przykładów pomocy ze strony chrześcijan byli i tacy, którzy pozostali obojętni na tę niepojętą tragedię. Szczególnie bolejemy nad tymi spośród katolików, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do śmierci Żydów. Pozostaną oni na zawsze wyrzutem sumienia także w wymiarze społecznym. Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić nasze Siostry i Braci Żydów o przebaczenie”. W kolejnym akapicie tego ważnego listu pasterskiego znalazły się m.in. słowa ubolewania „z powodu wszystkich przypadków antysemityzmu, które kiedykolwiek lub przez kogokolwiek na polskiej ziemi zostały dokonane. Czynimy to w głębokim poczuciu, że wszelkie przejawy antysemityzmu są niezgodne z duchem Ewangelii”.

Wstydzę się, że oficjalni przedstawiciele mojego Kościoła nie potrafili w 1946 r. wyraźnie nazwać po imieniu zła pogromu kieleckiego. I w rachunku sumienia Kościoła powinno być na to miejsce. Ale nie da się go przeprowadzać pod dyktando

W roku 2000 istotnym głosem Kościoła Katolickiego w Polsce był przygotowany w ramach jubileuszowego rachunku sumienia list Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego, kierowanej przez bp. Stanisława Gądeckiego – „o przebaczeniu i pojednaniu z Żydami, wyznawcami religii niechrześcijańskich i niewierzącymi”. List ten został przygotowany wiosną roku 2000, a 25 sierpnia 2000 roku zatwierdzony został przez Konferencję Episkopatu. Znalazły się w nim m.in. słowa: „W duchu jubileuszowej pokuty trzeba uświadomić sobie, że obok szlachetnych postaw ratowania wielu istnień żydowskich przez Polaków, istnieją też nasze grzechy z czasów Zagłady: obojętność czy wrogość wobec Żydów”. W sporach, jakie pojawiały się wokół tego dokumentu, jedni twierdzili, że autorzy listu poszli zbyt daleko, mówiąc o grzechach wrogości Polaków wobec losu Żydów. Inni zaś zarzucali Episkopatowi niedostrzeganie faktu, że wśród grzechów polskich katolików z czasów Zagłady było także coś o wiele gorszego niż wrogość. Dzisiaj widzimy wyraźnie, że rację mieli ci drudzy.

W trakcie dyskusji o mordzie w Jedwabnem miało miejsce oficjalne nabożeństwo pokutne 27 maja 2001 r. w warszawskim kościele Wszystkich Świętych. Episkopat Polski zgromadził się w atmosferze pokutnej, wyrażonej przez czarne sutanny biskupów i fioletową kapę Prymasa Polski. „Oby nigdy nie powtórzyły się: Katyń i Auschwitz, Kołyma i obozy zagłady, ani Jedwabne” – mówił wzruszony bp Stanisław Gądecki, wyjaśniając sens modlitwy. Inne intencje modlitewne były równie poruszające. Modlitwa ta miała służyć oczyszczaniu polskiej pamięci. Na kolanach – „przed Bogiem i ludźmi, zwłaszcza przed naszymi żydowskimi braćmi i siostrami” – polscy biskupi wyrażali wówczas żal i skruchę za zbrodnię w Jedwabnem i w innych miejscach.

W świetle treści tej modlitwy nieobecność biskupów podczas uroczystości w Jedwabnem dwa i pół miesiąca później staje się tym bardziej niezrozumiała. Nie można jednak nie wiedzieć, że takie fakty miały miejsce.

Perspektywa pojednania

Wspominałem kilkakrotnie o potrzebie przełamywania stereotypów. Pod tym względem przypomina mi się zawsze pierwsze międzynarodowe sympozjum chrześcijańsko-żydowskie, jakie miało miejsce w Polsce. Działo się to w kwietniu 1988 r. w Krakowie i Tyńcu. Miała tam miejsce m.in. niezwykła przemiana, która stała się dla mnie symbolem tego, po co jest dialog.

Pierwszy żydowski referat wygłaszał wówczas rabin nazwiskiem – nota bene – Polish. Był on zresztą pierwszym rabinem w historii, który przemawiał w domu arcybiskupów krakowskich. W pierwszych słowach swego referatu stwierdził, że „Polska słusznie uważana jest za najbardziej antysemicki kraj świata” Potem pojechaliśmy na trzy dni obrad do klasztoru benedyktynów w Tyńcu, by na zakończenie powrócić do domu kard. Macharskiego. Na koniec spotkania usłyszeliśmy wyznanie tego samego rabina poczynione ze łzami w oczach: „zrozumiałem teraz polski ból”. Wtedy ja zrozumiałem zaś, że dialog ma służyć temu, żeby lepiej zrozumieć drugiego, zrozumieć go tak, jak on sam siebie rozumie. Taki dialog przez prawdę prowadzi do pojednania.

Niestety, mam wrażenie, że „Strach” nie prowadzi ani do zbliżenia, ani do pojednania. Spokojniejsze wypowiedzenie polsko-żydowskiego bólu i doświadczenia, moim zdaniem, bardziej służyłoby tym celom.

W powojennej Polsce mordowano Żydów i nie były to przypadki odosobnione. Antysemityzm był wówczas w Polsce rozpowszechniony. Nie wszystko, co się działo, było jednak antysemityzmem. Trzeba o tym wszystkim w Polsce mówić. Trzeba mówić całą prawdę. Na dobrą książkę na ten temat musimy jednak wciąż jeszcze czekać.

Rozszerzona wersja wystąpienia podczas panelu dyskusyjnego nad książką „Strach” Jana Tomasza Grossa w Warszawie 22 stycznia 2008 r. Tekst publikowany w: „Wokół Strachu. Dyskusja o książce Jana T. Grossa”, Kraków 2008.