Czuło się jej nadejście w sobotę. To moment przypominający otwarcie butelki szampana: korek powoli wysuwa się, ciężko i opornie, a potem nagle pyk! – jest wiosna.

Drzewa na moim bulwarze, przedwczoraj czarne i wyraźne, jakby rysowane węglem na tle brudnego nieba, dziś pokryte są zielenią. Liście kasztanów, od razu wielkie, są jeszcze zmięte i pogniecione. Dusiły się w pączkach już naturalnej wielkości. Każdy z nich jest teraz zielonym damskim płaszczykiem z jedwabiu, wyszarpniętym wdzięcznie z torebki w oczekiwaniu deszczu. Przyrodniczy film, w którym wszystkie rośnięcia i rozwijania odbywają się w kilkunastu sekundach. Jest pochmurno i chłodno, ale inaczej. Deszcz nie będzie już tym zimowym, dobrze zorganizowanym deszczem; będzie padał bezładnie i swobodnie. Tak sobie.

Poniedziałek nie jest tu żadnym dniem. Ni to święto, ni dzień powszedni. Jest także nudny, szczególnie przed południem. Każde quartier[1], każda ulica jest wtedy prowincjonalną mieściną z dala od Paryża. Nie ma gazet, sklepy i warsztaty zamknięte, właściwie nie można nic kupić. Na ulicach jest pusto i dopiero od południa zaczyna się gdzieniegdzie półniedzielny ruch. Wcześniejsze programy w kinach, popołudniówki w teatrach i wieczorne dzienniki. Poniedziałek jest tu zawsze niemrawy i nijaki.

Andrzej Bobkowski, „Z dziennika podróży”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2007.

Czekam na metro. Nie ma już dwóch klas i ceny biletów są jednakowe. Ale czerwone i miękkie wagony pierwszej klasy toczą się nadal w środku. Ci, co jeździli nimi dawniej, wsiadają do nich i teraz. Tamci inni nie pchają się tam wcale. Wagony te obrażają jednak ich uczucia równości i wobec tego mają je przerobić na zwykłe. Dużo o tym pisali – a jakże! C’est un problème[2]. Są dwa rodzaje demokracji: ta, która chciałaby, aby wszystkie wagony były wygodne, i ta, która miękkie przerabia na twarde, uznając to za zdobycz ludu. Ta druga, to właśnie francuska.

Zemsta społeczna za obrazę ideału równości, nieproduktywna i kosztowna, bywała tu często jedyną oznaką przemian i reform. I wystarczyła. Czasem zmieniały się także nazwy tych instytucji i urzędów. Dziś Francja, może bardziej niż jakikolwiek inny kraj, płaci za efektywną zmianę form bez treści. Jeszcze raz chciałaby się wykręcić z właściwym jej wdziękiem; stworzyć jakąś nową syntezę ze starych kawałków, kitując szpary uroczą continuité[3], lecz coraz bardziej przyciskana jest do muru.

Ta epoka jest dla niej specjalnie bezlitosna, bo nie ma w niej miejsca na kokieterię i maquillage[4]. Żąda wszystkiego. W tym „albo – albo” Francja się wije i męczy. Biega od drzwi do drzwi, puka, odskakuje nie czekając odpowiedzi z wewnątrz i znowu biega nerwowo po poczekalni. Jak wielu ludzi, tak i ona nie może znaleźć dla siebie pokoju w tym świecie – w obu znaczeniach tego słowa. Na każdym kroku ją łapią, jak się pudruje, spogląda w lustro i wmawia sobie, że jednak przytyła. I jak każda kobieta w tym wieku, jest bardzo wrażliwa…

1947

Fragment książki „Z dziennika podróży”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2007.


[1] dzielnica.
[2] To poważny problem.
[3] ciągłość.
[4] makijaż.