Bywał osamotniony. Budził się w nocy z jakimś problemem i mówił, że pójdzie z nim do papieża. Po chwili przypominał sobie, że to on jest papieżem.

W życiu Angelo Roncalliego nic nie potoczyło się tak, jak sobie zaplanował. Chciał być tylko wiejskim proboszczem. Władza kościelna miała inne plany, obdarzając go coraz wyższymi godnościami. Kiedy po wieloletniej pracy w watykańskiej dyplomacji otrzymał paliusz patriarchy Wenecji, miał nadzieję, że to kres jego długiej podróży. Ktoś jednak chciał inaczej. W 1958 roku 77-letni kardynał został wybrany papieżem i przyjął imię Jan XXIII. Właśnie mija 60 lat od tego wydarzenia.

„Nie należy zgadzać się z prorokami niedoli”

„Jeżeli Bóg przemawia w szczególny sposób przez pewnych ludzi do każdej epoki, to papież Jan był tym, przez którego przemówił do nas” – pisał Tadeusz Mazowiecki w 1965 roku. W podobnym duchu wypowiadał się Jarosław Iwaszkiewicz i … antyklerykał Pier Paolo Pasolini, który zadedykował papieżowi swoją „Ewangelię według Mateusza”.

W czym tkwił sekret Jana XXIII? Może przede wszystkim w jego podejściu do ludzi i czasów, w których przyszło mu żyć. W encyklice „Pacem in terris” wyraźnie odróżnił błąd od osoby. Takie podejście cechowało go zresztą już wcześniej. „Cóż nas od siebie dzieli? Nasze poglądy? Przyzna Pan, że to tak niewiele” – stwierdził jako nuncjusz w rozmowie z przewodniczącym francuskiego Zgromadzenia Narodowego i przywódcą partii radykalnej, Eduardem Herriotem.

Zapytany o czym marzy, odpowiedział, że chciałby spędzić jeden dzień na pracy w polu ze swoimi braćmi

Był pierwszym papieżem tak wyraźnego dialogu ze współczesnością. Wytrwale szukał obszarów, które mogą łączyć – Kościół i świat, religię i naukę, wierzących i niewierzących. Wszyscy przecież – jak wierzył – są braćmi i siostrami. Przywołany już założyciel „Więzi” zauważył, że za pontyfikatu tego papieża „zamiast beznadziejnego wyścigu z historią i prób przywracania sakralnych form w życiu publicznym, kulturze i nauce, Kościół począł odnajdywać swoje miejsce w świecie świeckim. Jan XXIII był tym, który oddał temu światu w wielu dziedzinach odmawianą przedtem sprawiedliwość”.

Nie znosił kościelnego pesymizmu i malkontenctwa. Chciał przewietrzyć skostniałe struktury. Wiedziony intuicją zainicjował Sobór Watykański II, najważniejsze wydarzenie w nowożytnej historii Kościoła. Podczas uroczystego otwarcia jego obrad mówił, że dziś „Oblubienica Chrystusa woli posługiwać się raczej lekarstwem miłosierdzia aniżeli surowością”. „Nie należy zgadzać się z tymi prorokami niedoli, którzy występują jako zwiastuny wydarzeń zawsze nieszczęśliwych” – dodawał. To zresztą on przypomniał zasadę, która powinna stale obowiązywać w Kościele: „W rzeczach koniecznych obowiązuje jedność, w wątpliwych wolność, we wszystkich zaś miłość”.

„Nie jestem papieżem, który miewa widzenia”

Do dziś zdumiewają jego niewymuszona prostota i bliskość realiom codzienności, której mógłby zostać patronem. „Chciałbym żyć długo. Kocham życie” – przyznawał. Z rozbrajającą szczerością tłumaczył, że wybrał papieskie imię przede wszystkim na cześć swojego ojca Jana, który był rolnikiem. Zapytany o czym marzy, odpowiedział, że chciałby spędzić jeden dzień na pracy w polu ze swoimi braćmi (miał liczne rodzeństwo). Z kolei umierając, polecał sekretarzowi, by ten nie zapomniał po wszystkim odwiedzić swojej matki.

Podczas jednej z audiencji wyznawał: „Nie jestem papieżem, który miewa widzenia”. Nie potrzebował ich. Nie lubił widowiskowej cudowności. Według papieża Jana Bóg działa na co dzień w życiu każdego człowieka poprzez proste zdarzenia, czułość i bliskość. Podczas wieczornego przemówienia do Rzymian na otwarcie Soboru polecił słuchaczom, by po powrocie do domu ucałowali od niego swoje dzieci. „Znajdziecie może jakąś łzę do otarcia. Miejcie dla tego, który cierpi, słowa otuchy. Niech wiedzą nieszczęśliwi, że papież jest razem ze swymi dziećmi, zwłaszcza w godzinie smutku i goryczy” – powiedział.

Był pierwszym papieżem tak wyraźnego dialogu ze współczesnością. Szukał obszarów, które mogą łączyć – Kościół i świat, religię i naukę, wierzących i niewierzących

Po latach papież Franciszek zrobił wyjątek od reguły i pozwolił na kanonizację Jana XXIII bez uznania potrzebnego cudu za jego wstawiennictwem. Cztery lata i osiem miesięcy intensywnego pontyfikatu, który miał być tylko „przejściowym”, a także rozpoczęte przez niego zmiany – czy to nie wystarczający cud?

„Janie, nie traktuj siebie tak poważnie”

Jako pierwszy współczesny następca św. Piotra tak wyraźnie zaznaczał swoją ludzką kruchość. Bywał osamotniony. Choć w Watykanie szybko poczuł się jak w domu (podobnego określenia używa dziś Franciszek), przyznawał, że w pierwszych tygodniach pontyfikatu często budził się w nocy z jakimś problemem i mówił sobie, że pójdzie z nim do papieża. Po chwili przypominał sobie, że to on jest papieżem. Zostawała modlitwa.

Z jego „Dziennika duszy” wynika, że w ciągu kapłańskiego życia Roncalii musiał przejść długą drogę wewnętrzną. W latach seminarium walczył z pychą i skrupulatnym sumieniem. Stopniowo pozbawiał się lęku przed śmiercią i Bogiem, uczył się ufności. Już będąc papieżem, lubił powtarzać anegdotę jak pewnej nocy przyśnił mu się anioł stróż, który powiedział: „Janie, Janie, nie traktuj siebie tak poważnie”. W ostatnich tygodniach życia pocieszał najbliższych współpracowników, że jego „walizki są zawsze spakowane”.

Agonia Jana XXIII trwała kilka czerwcowych dni 1963 roku, podczas których modlili się za niego katolicy, Żydzi, protestanci, prawosławni. Jeśli wierzyć kościelnym przekazom, jego ostatnie słowa brzmiały: „Nie mam innej woli jak tylko wolę Boga. Ut unum sint (łac. aby byli jedno)”. Lubię jednak myśleć – podpierany innymi relacjami – że umierający papież na łożu śmierci szeptał: „Mater mea, fiducia mea” (matko moja, ufności moja). A ta, którą wzywał, przeprowadziła syna przez próg nadziei. Angelo wrócił do Domu.