W nauczaniu papieża Franciszka znajduję nie tylko żarliwą wiarę w Boga, ale także realizm w spojrzeniu na człowieka, który szuka dobra, błądzi, ulega zniechęceniu, gubi się gdzieś na peryferiach. Podobny klimat odnajduję w Ewangelii.

– Nie straszcie nas papieżem Franciszkiem! – powiedział kiedyś w kazaniu mój proboszcz pod adresem, jak się wyraził, mediów liberalnych. Tak jakby można było podzielić media na te niedobre – „liberalne” i dobre – „katolickie”. I tak jakby sympatia światowych mediów wobec Franciszka mogła stanowić w jakikolwiek sposób zagrożenie dla Kościoła czy wiary!

Ale cóż się dziwić mojemu proboszczowi, skoro nie tak dawno – po ogłoszeniu przez Franciszka adhortacji „Amoris laetitia” będącej podsumowaniem synodu o małżeństwie i rodzinie – czterech kardynałów wystąpiło do papieża z aroganckim pytaniem: czy małżonkowie, którym rozpadło się pierwsze małżeństwo i żyją w powtórnym związku, mogą pod pewnymi warunkami uzyskać rozgrzeszenie i przystępować do komunii, tak czy nie? Przypomina to znaną scenę z Ewangelii, gdy wrogo nastawieni do Jezusa faryzeusze, chcąc go przyłapać na doktrynalnym błędzie i skompromitować, zadają mu publicznie pytanie: czy wolno mężczyźnie oddalić żonę, tak czy nie?

Szczęście daje spotkanie z Bogiem w drugim człowieku. W takim spotkaniu bardzo przeszkadza koncentracja na sobie samym. Dlatego mamy być nieustannie otwarci na drugiego, uważni i delikatni

Zastanawia mnie ten opór wielu katolików, także wysoko postawionych w hierarchii, wobec papieża Franciszka, wzywającego cały Kościół do „duszpasterskiego nawrócenia” i głoszącego żarliwie radość Ewangelii. Taki tytuł – „Evangelii gaudium” – nosiła jego pierwsza programowa adhortacja. Ze wszystkich dotychczas ogłoszonych dokumentów Franciszka ten właśnie jest moim zdaniem najważniejszy. Sięgam do niego często i czytam powoli, po kilka zdań, znajdując w nich nie tylko żarliwą wiarę w Boga, który nigdy nie męczy się przebaczaniem i obdarza nas czułością – tenerezza to ulubione słowo Franciszka – ale także realizm w spojrzeniu na człowieka, który szuka dobra, ale często błądzi, ulega zniechęceniu, gubi się gdzieś na peryferiach. W rozważaniach Franciszka znajduję podobny klimat co w pełnej prostoty i radości wiary Ewangelii według św. Łukasza, skierowanej do pogan i ludzi ubogich. Właśnie z niej zaczerpnięte są czytania liturgiczne w tym tygodniu. Posłuchajmy więc słów przeznaczonych na dzisiaj.

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy bądźcie podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie”.

Dwa słowa są tu kluczowe: „szczęśliwi” i „czuwających”. Przepasane biodra i zapalone pochodnie oznaczają właśnie czuwanie, gotowość do drogi, do wyjścia na spotkanie Drugiego. Nie daje nam bowiem szczęścia ani posiadanie bogactw czy władzy, ani doznania i rozkosze. Szczęście daje spotkanie z Bogiem w drugim człowieku. W takim spotkaniu bardzo przeszkadza koncentracja na sobie samym. Dlatego mamy być nieustannie otwarci na drugiego, uważni i delikatni. „Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie”.

Tekst emitowany 23 października jako „Słowo na dzień” w poranku radiowej Dwójki.