Jak dotąd ten zespół był znacznie bardziej zdyscyplinowany niż dziś. Czy to tylko chwilowy powyborczy rozgardiasz na prawicy?

Prześledziłem prawicową publicystykę powyborczą. Widzę w niej zjawiska, które dotąd miesiącami osłabiały zarówno liberałów, jak i lewicę. Te same kalki, nieporozumienia i rozbuchane ambicje, które świadczą o zerwaniu kontaktu z rzeczywistością.

Pierwszym zauważalnym motywem jest dojmujące poczucie porażki, które jednocześnie próbuje się przekazać jako sukces. Oczekiwania zostały po prawej stronie tak mocno rozbudzone, że naprawdę niezwykle trudno było je spełnić. I nie udało się – PiS nie przejmie władzy w większości sejmików, nie wygrał żadnego prestiżowego pojedynku w miastach, nie pożarł PSL. Radość ze zwycięstwa jest więc w tym wypadku w zasadzie rytualna, sprawia wrażenie wymuszonej i obowiązkowej. Dominującą reakcją jest natomiast próba odpowiedzi na kluczowe pytanie: co się stało, że się nie udało (takim stopniu, jakby się chciało)?

W szukaniu przyczyn publicyści wspierający PiS wykazują się zmysłem autodestrukcyjnym. Ostro atakują bowiem wyborców i wyborczynie (to drugi wyraźny motyw prawicowej publicystyki powyborczej). Po pierwsze za to, że wspierają nie tych kandydatów i kandydatki, co trzeba, zatem wskazują, że wolą przestępców i cwaniaków od uczciwych ludzi; że nie wiedzą, co się liczy i co jest najważniejsze. Po drugie za to, że nie docenili osiągnięć rządu PiS i nie zrozumieli, jak wiele się udało, ile zostało im dane, ile spraw udało się załatwić, jak poprawił się standard życia i tak dalej. Po trzecie, że nie dostrzegli pracowitości kandydatów i kandydatek PiS-u, którzy rzekomo tak poświęcają się dla ludzi, a zamiast tego wsparli na przykład (podobno) rozleniwionego Trzaskowskiego (na marginesie: owo poczucie niedocenienia starań i zasług jest bardzo charakterystyczne także dla lewicy). Znamiennym tytułem wyrażającym rozczarowanie społeczeństwem jest zwłaszcza jeden z nagłówków we wPolityce.pl: „Co jest z wami nie tak?”. I wszystko jasne.

Obrażanie społeczeństwa i obrażanie się na społeczeństwo nie wygląda na przemyślaną taktykę. Przekonała się o tym wielokrotnie opozycja, załamująca ręce nad wysokim poparciem dla PiS, mimo dewastowania przez tę partię państwa prawa i łamania konstytucji, biadoląca, że społeczeństwo nie rozumie, co się dzieje i jak wiele PiS zniszczył, narzekająca, że ludzie siedzą w domach i „sprzedali wolność za 500+”. Teraz prawica stosuje lustrzaną retorykę.

I niezależnie od tego, czy społeczeństwo rzeczywiście „rozumie” – cokolwiek by to miało znaczyć – jak wiele PiS zniszczył (może nie rozumie), czy też faktycznie „docenia” – nawet jeśli, to nie znaczy, że ma jakiś dług do spłacenia – jak wiele PiS zmienił (może nie docenia), to podobna narracja zawsze jest politycznie przeciwskuteczna. Wszystko jedno, czy jest słuszna (a obie jej wersje wydają się podobnie niemądre również na poziomie analizy rzeczywistych przyczyn określonych wyborów przy urnach).

Obrażanie społeczeństwa i obrażanie się na społeczeństwo nie wygląda na przemyślaną taktykę. Opozycja przekonała się o tym wielokrotnie

Trzeci motyw to wewnętrzne rozliczanie. Już się zaczyna jatka: kto zaszkodził kampanii, kto wypuścił nie taki spot nie wtedy, kiedy trzeba było, kto się pospieszył z tą czy inną inicjatywą. Pojawiają się także urocze, acz dziwaczne, opowieści (to Ryszard Makowski, wybaczmy mu, może sobie „yaycuje”) o rzekomo niedoinwestowanej kampanii Jakiego. Serio? Niedoinwestowana? Wielkie wizualizacje, spoty, wyjazdy zagraniczne, ogromne zaangażowanie mediów publicznych, wynajem lokalu na Jaki Cafe… Czy tak wygląda niedoinwestowana kampania? Jasne, nie wszystkie zarzuty „do wewnątrz”, które padają na prawicy, są równie absurdalne. Ale ciekawe jest samo obserwowanie, kto kogo kopie w obozie „dobrej zmiany” (i to – powtórzmy tę trudną do pokonania sprzeczność w narracji – przy rzekomym sukcesie!). Za wcześnie jest na wyciąganie na tej podstawie daleko idących wniosków, ale warto się temu przyglądać.

Czwarty motyw (lustrzany wobec rozliczania) to szukanie przyczyn porażek na zewnątrz. Tu oczywiście prym wiedzie atakowanie „niemieckich” mediów, taśm, zmasowanych sił lewactwa i liberałów; znaleźć można nawet dziwaczne formuły o wpływie „Kleru” na wyniki wyborów. Takie tworzenie sobie chochołów i walka z nimi prowadzi raczej do ośmieszenia autorów i autorek tych rozważań, którzy zaczynają sprawiać wrażenie, jakby zupełnie odlatywali (podobnie jak czasami odlatują liberalni publicyści i publicystki w porównaniach dotyczących tego, co nam funduje PiS).

Piąty motyw też jest zupełnie lustrzany wobec postawy liberałów i lewicy. Oto przyczyną porażki (zamiennie nazywanej sukcesem, tudzież sukcesem, ale niesatysfakcjonującym – naprawdę trudno się połapać) prawicy w wyborach miałaby być niewystarczająca ostrość, wyrazistość i prawicowość. W wersji liberalnej analogiczna teza brzmi, że należy być jeszcze bardziej anty-PiS-em, żeby zdobyć poparcie. W wersji lewicowej, że jeśli sformułujemy jeszcze bardziej prawdziwie lewicowy program, to już na pewno na nas wszyscy zagłosują. A w wersji prawicowych publicystów? To myślenie typu: Gersdorf nas ośmiesza i z nas kpi, odpuściliśmy w relacjach z Izraelem, a Polskie Radio to w ogóle są popierdółki, a nie zaangażowane po odpowiedniej stronie medium (żadnego z tych elementów nie zmyśliłem). Receptą autora tych wynurzeń jest więc, jak rozumiem: więcej zepsutych relacji międzynarodowych, więcej tępej propagandy, więcej rozwalania sądownictwa. Ale przecież żadna partia w Polsce nie wygrywa wyborów odwołując się wyłącznie do swojego twardego elektoratu.

Na tym tle najwięcej zdają się rozumieć bracia Karnowscy (jeden o tym pisze, a drugi cytuje brata, wskazując, co ów tak celnie zauważył). Otóż bracia przekonują, że – jak widać na obrazkach z wynikami wyborów na prezydentów – duże miasta wciąż są po prostu nie do zdobycia dla PiS. Skoro więc szklany sufit jest obecnie w nich zawieszony dla prawicy zbyt nisko, to PiS powinien się z tym pogodzić, jednocześnie kierując całe zaangażowanie w stronę ośrodków małych i średnich, które dały mu podwójne zwycięstwo w 2015 roku. To rzeczywiście brzmi jak lepsza strategia dla partii na przyszłość niż obrażanie się na rzeczywistość, naburmuszenie, wewnętrzne dintojry czy obsesyjne szukanie wrogów. Pobrzmiewa w niej zresztą zdroworozsądkowa myśl, że gdyby PiS nieco skromniej zarysował cele na wybory samorządowe (wyjątkowo dla siebie trudne), nie bajdurząc o władzy w większości sejmików (przy skrajnie niskiej zdolności koalicyjnej) oraz o realnej walce o duże miasta (która była zwyczajnie niemożliwa) i gdyby nie wystawił w tych wyborach na front najcięższych dział (jak premier Mateusz Morawiecki jeżdżący po Polsce), to być może niedzielny wynik łatwiej byłoby wszystkim przyjąć za realne zwycięstwo. A tak pozostaje robienie dobrej miny do złej gry lub przyznawanie się do przestrzelenia.

A przecież PiS politycznie nie ugrał wcale aż tak złego wyniku, jak się niektórym wydaje. Gdyby jednak ugrał taki sam przy zupełnie innej narracji i zachowaniu przynajmniej częściowej pokory, to zamiast stracić, zyskałby także wizerunkowo.

Jest za wcześnie, by wieszczyć, że „pycha kroczy przed upadkiem”, a paniczne reakcje prawicowych asów publicystyki to zwiastun zmian w obozie władzy oraz słabnięcia morale na jego zapleczu. Warto sprawdzać, czy podobne zachowania się nasilą. Jeśli tak, będzie już można powiedzieć nie tylko, że po wyborach samorządowych liberalna opozycja zyskała nieco wiatru w żagle, ale również że prawica zaczęła nieco się miotać po swoim pokładzie. Dotąd ten zespół był wszak znacznie bardziej zdyscyplinowany. Czy to tylko chwilowy powyborczy rozgardiasz? To się dopiero okaże.