Czy my, polski Kościół, nie uśpiliśmy przypadkiem naszej czujności, sycąc się przekonaniem, że Bóg nas wyniósł ponad inne narody, dając światu polskiego papieża?

Dzisiaj Kościół katolicki obchodzi liturgiczne wspomnienie świętego Jana Pawła II, nietypowo, bo nie w rocznicę jego śmierci, narodzin dla nieba, lecz w rocznicę inauguracji pontyfikatu.

Było to dokładnie 40 lat temu. Cała Polska przed telewizorami, tylko szczęśliwcy w tłumie wiernych na placu Świętego Piotra. Padają słynne słowa: „Non abiate paura! Nie lękajcie się! Otwórzcie szeroko drzwi Chrystusowi”. Nas, Polaków, i inne narody zniewolone systemem komunistycznym te zdania wtedy zachwyciły, dodały nam nadziei na odzyskanie wolności.

I wolność przyszła – szybciej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać, bo już po dziesięciu latach, co było niemal cudem historii. – Ale nam się wydarzyło – powiedział potem papież podczas wizyty w polskim parlamencie w 1999 roku.

Tamte słowa z inauguracji pontyfikatu – „Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi!” – były jednak skierowane do wszystkich ludzi i narodów świata, miały sens uniwersalny, były orędziem Dobrej Nowiny o Bogu, który jest blisko i puka do naszych serc. Dlatego w czterdziestą rocznicę inauguracji pontyfikatu papieża Polaka, którym słusznie chlubimy się przed światem, i po niemal trzydziestu latach wolności, którą także jemu zawdzięczamy, warto zadać sobie pytanie, jak odpowiedzieliśmy na tamto wołanie, wyrażające przecież sedno chrześcijaństwa. Czy nie lękaliśmy się otworzyć drzwi Chrystusowi?

Władze państwowe zatrzasnęły drzwi, odmawiając przyjęcia do Polski choćby garstki przybyszów, a my, katolickie w większości społeczeństwo, zamknęliśmy nasze serca, poddając się małodusznemu lękowi przed obcymi

Trzeba przyznać ze smutkiem, że nie tylko nie otworzyliśmy Chrystusowi drzwi, ale wręcz zatrzasnęliśmy je z hukiem. Jezus mówi przecież wyraźnie w Ewangelii św. Mateusza: „byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie”. W obliczu masowego napływu do Europy uchodźców z ogarniętej wojną Syrii i z biednej Północnej Afryki, kiedy Grecy, Włosi, Niemcy przyjmowali setki tysięcy imigrantów, my ulegliśmy odgórnej propagandzie, straszącej nas widmem islamskiego terroryzmu. Władze państwowe zatrzasnęły drzwi, odmawiając przyjęcia do Polski choćby garstki przybyszów, co postulował Kościół w programie „korytarzy humanitarnych”, a my, katolickie w większości społeczeństwo, zamknęliśmy nasze serca, poddając się małodusznemu lękowi przed obcymi. Co gorsza, zaczęła narastać w nas niechęć do ludzi o innym kolorze skóry, innej religii i kultury.

Złe emocje wpływają nawet na nasze relacje, między Polakami. Pogłębiają się podziały, rosną mury. Ujawnia się wzajemna niechęć, pogarda, wręcz nienawiść. Co zrobiliśmy z duchowym testamentem Jana Pawła II, który wzywał nas do społecznej solidarności, do „wyobraźni miłosierdzia”?

W przeznaczonym na dziś czytaniu z Ewangelii św. Łukasza Jezus opowiada przypowieść o zamożnym człowieku, któremu dobrze obrodziło pole. Zbudował więc większe spichlerze i powiedział sobie: „Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!”. Tymczasem jeszcze tej samej nocy zażądano od niego jego duszy.

Prawda jest taka, że życie nie zależy od naszego mienia. Godzina sądu może przyjść w każdej chwili. Dotyczy to, jak myślę, nie tylko pojedynczego człowieka. Czy my, polski Kościół, nie uśpiliśmy przypadkiem naszej czujności, sycąc się przekonaniem, że Bóg nas wyniósł ponad inne narody, dając światu polskiego papieża? Wygląda na to, że właśnie nadszedł dla nas czas gorzkiej próby.

Tekst emitowany 22 października jako „Słowo na dzień” w poranku radiowej Dwójki.