Przedstawienie imigracji jako zagrożenia stanowi fundament niemal każdego dyskursu poświęconego masowemu napływowi obcokrajowców – zbadał Krzysztof Wasilewski.

Każda książka ma swój dzień. Ta, o której chcę właśnie powiedzieć, ma go dziś. Myślę o niezwykle interesującej monografii autorstwa Krzysztofa Wasilewskiego „Bezdomnych gromady niemałe… Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924)”. Książka ta należy do tego typu rozpraw naukowych (ta jest rozprawą habilitacyjną), które nie tylko zaświadczają o historii, ale czytać je można i należy „ku przestrodze”. Sto lat później – już nie w Ameryce, ale w centrum Europy – dyskurs antyimigracyjny brzmi bardzo podobnie.

Za punkt wyjścia autor bierze nic innego, jak tylko symbol Nowego Jorku, Statuę Wolności. Jak pisze Wasilewski we wstępie, Statua Wolności „w powszechnym odczuciu symbolizuje latarnię morską wskazującą tułaczom całego świata bezpieczną przystań”. Ale to zupełnie niedawna interpretacja i niemająca nic wspólnego z rzeczywistą genezą tego symbolu Ameryki, który – jak wiadomo – był darem Francuzów dla narodu amerykańskiego, a miał upamiętniać setną rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości, w której to nic o imigrantach nie ma. Na cokole Statuy znajduje się wiersz, który jej tę nową – imigrancką symbolikę – narzuca. To wiersz Emmy Lazarus (1849-1887), amerykańskiej poetki pochodzenia żydowskiego, „Nowy Kolos Rodyjski”. To z niego pochodzą słowa przywołane w tytule książki.

Zacytujmy kilka wersów:
„Ucieczka Uciśnionych jej imię, bo chroni.
Głosi ona gościnę wszystkim, co pogoni
Uszli i przybywają do krain nieznanych. […]
„Stare kraje, swą dawną zachowajcie chwałę” –
Wykrzykuje bez przerwy niemymi wargami –
„Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe,
Obejmę ich gościnnie mymi ramionami.
Przyślijcie mi bezdomnych gromady niemałe,
Dla nich podnoszę lampę nad portu wodami”
(tłum. W.J. Darasz)

Inspiracją do napisania tego sonetu były doniesienia prasowe o pogromach Żydów w Imperium Rosyjskim pod koniec XIX wieku. Żydzi rosyjscy zaczęli emigrować do Ameryki Północnej, by dołączyć do setek tysięcy Greków, Polaków, Włochów oraz przedstawicieli innych nacji tworzących tzw. nową imigrację. Rzeczywistość, z którą zderzali się imigranci już na Ellis Island – zdaje się – była jednak dużo bardziej gorzka niż to, co mogła zapowiadać Statua Wolności. O emigrantach mówiło się i pisało niekoniecznie dobrze. Wasilewski analizuje dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej na przełomie XIX i XX w. i stawia trzy niepokojąco brzmiące tezy.

Teza 1. Imigracja w dyskursie prasowym jawiła się jako zagrożenie

Wasilewski pisze, że kategorię „zagrożenia” należy uznać za główną ramę analizowanego dyskursu, co więcej, „zagrożenie związane z napływem obcokrajowców stało się wręcz ramą naturalną”. Zagrożenie może przyjmować różny kształt. Może to być klęska żywiołowa, militaryzacja, inwazja, przestępczość, upadek kultury czy też epidemia groźnych chorób. Autor stwierdza, że w prasie amerykańskiej tamtego okresu przywoływano wszystkie te zjawiska jako potencjalne zagrożenie związane z migracją. I dodaje: „przedstawienie imigracji jako zagrożenia stanowi fundament niemal każdego dyskursu poświęconego masowemu napływowi obcokrajowców”.

Teza 2. Prasowy dyskurs imigracyjny opierał się na trzech ramach problemowych: ekonomicznej, politycznej (cywilizacyjnej) i społecznej (rasowej)

Ramy te pojawiały się w dyskursie od samego początku, występowały jednocześnie i wzajemnie się uzupełniały. Już w przypadku imigracji chińskiej, podkreślano nie tylko różnice rasowe, ale także zagrożenie gospodarcze, polityczne i społeczne. I choć zmieniała się sytuacja społeczna, polityczna czy ekonomiczna, wciąż przywoływano te same zagrożenia. Jak dowodzi Wasilewski, spowodowane było to konsensusem elit co do trzech filarów amerykańskiego systemu społecznego: kapitalizm, liberalna demokracja, dominacja „elementu anglosaskiego” w społeczeństwie.

Ciekawe, że takie same ramy obowiązywały w dyskursie literackim i politycznym. Do mas jednak problemy objęte tymi ramami docierały za pośrednictwem prasy. Wasilewski cytuje Teuna van Dijka, który konstatuje: „Obwinianie emigrantów, uchodźców i mniejszości za powszechnie odczuwane problemy, jak np. bezrobocie, przeludnienie, upadek centrów miast czy likwidowanie państwa opiekuńczego, jest stosunkowo proste, o ile media masowe i wielu intelektualistów temu przyklaskują, przynajmniej w umiarkowany sposób”. A więc to elity i media kreują dyskurs imigracyjny.

Teza 3. Prasowy dyskurs imigracyjny służył wzmacnianiu hegemonii kulturowej dominującej elity

Autor udowadnia tę tezę za pomocą modelu propagandy zaproponowanego przez Edwarda Hermana i Noama Chomskiego. Pominę całą analizę pięciu filtrów tego modelu. Dość powiedzieć, że autor proponuje dwie interpretacje: marksistowską i postkolonialną. Według tej pierwszej, „powielanie wizerunku imigrantów jako poważnego zagrożenia, należy uznać za narzędzie kontroli masowego napływu obcokrajowców, rozpatrywanego w ekonomicznych kategoriach popytu i podaży”. Według interpretacji postkolonialnej, „badany dyskurs wykorzystywał zjawisko imigracji do zbudowania i utrzymania poczucia wyższości «amerykańskiej cywilizacji» – utożsamianej z anglosaskim rdzeniem amerykańskiego społeczeństwa – wobec «naturalnie upośledzonych» ras z Azji i Europy Południowej i Wschodniej”.

Krzysztof Wasilewski, „Bezdomnych gromady niemałe… Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924)”

Krzysztof Wasilewski, „Bezdomnych gromady niemałe… Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924)”, Poznań 2017, ss. 632

W konkluzji Wasilewski stwierdza, że ramy dyskursu imigracyjnego „ograniczały go do wskazania zagrożeń związanych z masowym napływem obcokrajowców”, a sami „imigranci zostali sprowadzeni do jednolitej masy, naznaczeni piętnem «obcości» i tym samym odseparowani od amerykańskiego społeczeństwa”. Autor podkreśla, że w kolejnych latach dyskurs imigracyjny stawał się coraz bardziej wykluczający.

Jaki jest dzisiaj? „W amerykańskiej debacie publicznej – odpowiada autor – ponownie zadomowiły się stereotypy i motywy mniej lub bardziej obecne w tamtejszych mediach od połowy XIX w., a które jeszcze do niedawna uważano za martwe lub co najwyżej marginalne”. Trudno nie powiedzieć, że za prezydentury Donalda Trumpa ożyło to, co było martwe, a do centrum prasowej debaty o imigrantach przesunęło się to, co do niedawna było jeszcze marginalne i społecznie potępiane, wszak Ameryka zrodziła się z imigracji.

Przeciwnicy prezydentury Donalda Trumpa i jego antyimigracyjnej polityki przynoszą na demonstracje transparenty ze słowami pochodzącymi z sonetu Emmy Lazarus: „Give me your tired, your poor…”. Czy ktoś wyjdzie kiedyś w Polsce z podobnymi słowami?

Krzysztof Wasilewski, „Bezdomnych gromady niemałe… Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924)”, Poznań 2017, ss. 632