W ważnych momentach życia Kościoła trzeba być czujnym i trzeba reagować. Gdy twój biskup skierował list do wiernych, słuchaj go uważnie podczas Mszy, a wcześniej najlepiej przeczytaj go w internecie. Jeśli list nie zostanie odczytany albo zostanie odczytany z pominięciem istotnych fragmentów – zgłoś problem.

Kilka dni temu „Gazeta Wyborcza” opublikował na czołówce tekst „Żal biskupa w oczy kole”. Trzy autorki, Małgorzata Skowrońska, Monika Waluś i Anita Dmitruczuk, przywołują w nim pozytywny przykład zachowania kościelnego hierarchy. Informują o liście, jaki biskup opolski Andrzej Czaja napisał do wiernych. Jego treść była odczytywana w kościołach w niedzielę, 7 października. „Wołamy do Boga o zmiłowanie i szczególne błogosławieństwo i opiekę Bożą dla wszystkich cierpiących z naszego powodu. Przepraszamy Was i prosimy o wybaczenie nam ciężkich grzechów naszych!” – napisał biskup i przedstawił informacje o przypadkach pedofilii w swojej diecezji.

W czym rzecz?

1. Jeżeli czytamy „Gazetę Wyborczą” nie na papierze, ale w internecie, znajdziemy tam mocny i konkretny tytuł: „Biskup przeprasza za pedofilię w Kościele, księża cenzurują jego list”.

2. W lidzie (już tak samo jak w papierze) będzie nieco subtelniej: „w ostatnią niedzielę w niektórych parafiach ocenzurowano (…)”.

3. Głęboko w tekście dochodzimy jednak do sedna informacji: w kościele w Głubczycach ksiądz (…) pominął wszystko, co dotyczyło pedofilii, a także apel o zgłaszanie przypadków molestowania przez księży – opowiada jeden z wiernych.

Zatem: fragmentów listu biskupa nie przeczytał jeden ksiądz w jednym kościele. Przy okazji, nie wiadomo, podczas jakiej Mszy; być może była to Msza dla dzieci, kiedy listy od biskupów nie są czytane w ogóle? Tego redakcja nie podaje.

Żeby było jasne: moim zdaniem nie mieliśmy do czynienia ze świadomą manipulacją. Fakt, wymowa tekstu na papierze – przy braku dowodów – była przesadzona. Redaktor internetowy napisał zaś ostry tytuł na podstawie lidu. W takich przypadkach, pod presją czasu i wyników klikalności, niestety zdarzają się błędy. I każdy, kto uważnie przeczytał artykuł, zapisał ten błąd na konto „Wyborczej”. Redakcja strzeliła sobie w stopę – nie pierwszy raz i nie ostatni.

Piszę o tym jednak z dwóch powodów. Po pierwsze, co oczywiste, nieprawdziwa informacja podana w internetowym tytule mogła wywołać potem bezpodstawne komentarze (choćby takie jak ten znaleziony na Facebooku znaczącego publicysty: „Najgłębsze doły pod Kościołem kopią dziś księża, którzy cenzurują uczciwy list swojego biskupa o pedofilii”) i przykładać się do radykalizacji debaty publicznej.

Po drugie tekst „Wyborczej” uświadamia katolikom, że w ważnych momentach życia Kościoła trzeba być czujnym i trzeba reagować. Gdy twój biskup skierował list do wiernych, słuchaj go uważanie podczas mszy, a wcześniej najlepiej przeczytaj go w internecie. Jeśli list nie zostanie odczytany albo zostanie odczytany z pominięciem istotnych fragmentów – zgłoś problem. Jeśli jesteś dziennikarzem i piszesz na ten temat artykuł – sprawdź, jak to było w innych kościołach.

Podobna sytuacja zdarzyła się rok temu. Kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, napisał list do wiernych na Wielki Post. Tekst dotyczył między innymi uchodźców. Kardynał przekonywał, że jesteśmy – jako wspólnota Kościoła – przygotowani na organizowanie korytarzy humanitarnych i przyjęcie w kraju choćby kilkuset uchodźców pilnie potrzebujących leczenia. Zaznaczał, że potrzebna jest otwartość władz państwowych „i na nią czekamy”. Tekst był ogłoszony kilka przed planowanym odczytywaniem w kościołach. Znając go już z sieci, pojechałem akurat w niedzielę do parafii oddalonej od Warszawy o pół godziny jazdy. Byłem zdumiony i zniesmaczony pominięciem przez księdza kluczowych fragmentów dotyczących pomocy ofiarom wojny i wskazania odpowiedzialności władz państwowych za zamknięcie przed nimi polskich granic.

Nie wierzyłem specjalnie w siłę własnej interwencji, ale napisałem maila do parafii. Po kilku dniach otrzymałem odpowiedź. Proboszcz (uczestniczył w Mszy) napisał mi, że nie przypomina sobie pominięcia wskazanych przeze mnie fragmentów, ale zapyta o to księdza, który czytał list. Niestety, żadna kolejna odpowiedź już nie przyszła. A ja nie skarżyłem się „wyżej”.

Dziś myślę, że trzeba było nie odpuszczać. W takich sytuacjach należy działać za każdym razem. Księża, którzy zachowują się nieewangelicznie tylko po to, by bronić źle rozumianego wizerunku Kościoła albo żeby przypodobać się władzom, sami własnemu Kościołowi szkodzą. Działać należy tym bardziej, że już od ponad pół wieku, od Soboru Watykańskiego II, wiadomo, że ciężar odpowiedzialności za wspólnotę Kościoła spoczywa nie tylko na duchownych, lecz także na wszystkich wierzących.

W książce-manifeście „Kościół otwarty” wydanej w 1963 roku w Bibliotece „Więzi” Juliusz Eska pisał: „Jesteśmy dziś świadkami odrodzenia w nowoczesnej formie opinii publicznej w Kościele. Jeśli Kościół jej potrzebuje – a tego dowiodła w wielkiej skali dyskusja soborowa – udział w niej jest obowiązkiem, jest wyrazem poczucia odpowiedzialności. Zapewne jest ona jeszcze niekiedy bardzo niedoskonała, czasem przekracza swe uprawnienia lub jeszcze częściej przeciwnie – jest zbyt nieśmiała i za mało aktywna. Nie zawsze też potrafi koncentrować się na tych zagadnieniach, w których jej udział jest z natury rzeczy najbardziej potrzebny. Nic w tym nie ma dziwnego, jeśli się weźmie pod uwagę, że dotychczasowe wychowanie katolickie zupełnie nie przygotowywało do pełnienia tej funkcji. Jego obecnym zadaniem, jednym z najpilniejszych, jest sytuację tę zmienić”.

Dziś, po tylu latach, ten postulat jest nadal aktualny.