W prozie Wiesława Myśliwskiego świat jest wielką opowieścią, zaś człowiek próbuje zaradzić rozpaczy poprzez kreowanie własnych opowieści. Snując je i żyjąc w nich, nie umiera całkowicie.

Wszystko zaczęło się od przepowiedni Cyganki. Jak wspomina Wiesław Myśliwski, po wydaniu „Ostatniego rozdania” obudził się pewnego ranka i przypomniał sobie, że w młodości przepowiedziano mu, że będzie żył 81 lat. Szybko uświadomił sobie, że właśnie przekroczył ten wiek.

Niespełniona wróżba pojawia się na pierwszych stronach „Ucha igielnego”. O czym jest najnowsza powieść Mistrza polskiej prozy? Właściwie nie ma prostej odpowiedzi. Sam autor „Widnokręgu” od lat powtarza, że zajmuje się literaturą języka, która próbuje opisać los człowieka. W przeciwieństwie do literatury idei – pełnej fabuł i intryg. Mamy zatem bohatera (a nawet dwóch w jednej osobie!), który opowiada swoje życie, ale to nie pojedyncze zdarzenia są tu istotne i pasjonujące, a to, czego udaje się dzięki nim dotknąć.

Przede wszystkim „Ucho igielne” to próba wielkiej literatury, przejmujący traktat o przemijaniu, potędze pamięci i czasie, który burzy pewną powszechną iluzję. Każdy chce wierzyć, że jego życie jest niepowtarzalne. To jednak w powieści Myśliwskiego szybko okazuje się mitem. Z ust starego bohatera dowiadujemy się, że „nikt nie zaczyna życia od siebie”. Zostajemy wpisani w cykl powtarzalności, przed nami z codziennością zmagały się poprzednie pokolenia, po nas przyjdą następne, każdemu raz postanowione narodzić się i umrzeć. „Sam pan to przeżyje, bo musi pan przeżyć” – mówi starzec do młodzieńca. „Na starość się dopiero wie, że marsz świata do przodu jest złudzeniem młodości” – tłumaczy bohater u kresu swoich dni. Drepczemy w miejscu, a czas zatacza koło. Stare powiedzenie „nie było nas, był las; nie będzie nas, będzie las” jest wciąż aktualne. I niezmiennie bolesne.

To nie koniec poruszonych w „Uchu igielnym” niepopularnych kwestii. Choć Myśliwski – jak mówi w wywiadach – wierzy, że poza miłością nie ma nic, tylko śmierć, w swojej najnowszej powieści skazuje bohaterów na uczucie niespełnione. Każe im – podobnie jak w „Ostatnim rozdaniu” – rozminąć się w życiu. Mogą później spotkać się jedynie w śnie, ale to przecież marne pocieszenie. Szczęśliwe zakończenia są widać domeną sentymentalnych filmów, a nie wielkiej literatury.

„Ucho igielne” to przejmujący traktat o przemijaniu, potędze pamięci i czasie, który burzy iluzję niepowtarzalności ludzkiego losu

Co w takim świecie jest ratunkiem? Bóg? Nie, On – jak mówi jedna z postaci – jest bardziej pytaniem niż odpowiedzią. Jedyną realną siłą sprawczą pozostaje chytry i złośliwy Czas, który „bawi się nami, wiedząc, że i tak nic nie możemy”. A jednak bohaterowie Myśliwskiego próbują poradzić sobie z trudną świadomością „o rzeczy ludzkich mijaniu”. Z pomocą przychodzi im język i możliwość snucia własnych narracji, które w jakimś stopniu mogą okiełznać żywioł przemijania.

Los – jak zdaje się wierzyć twórca „Traktatu o łuskaniu fasoli” – to bowiem wytwór naszej wyobraźni. „Wszyscy umarli snują swoje opowieści jeszcze długo po śmierci, bo nikt nie zdąży za życia wszystkiego opowiedzieć. To trzeba by w nieskończoność żyć. Opowieść nie zna czegoś takiego jak koniec, z wyjątkiem, być może, końca świata. Toteż miliony, ba, miliardy ludzi wciąż opowiadają siebie w nadziei, że zostaną wysłuchani (…). Może każde zdarzenie musi się przejrzeć w opowieści, jeśli chce się zdarzyć?” – czytamy w powieści. U autora „Nagiego sadu” świat jest wielką opowieścią, złożoną z mniejszych opowieści pojedynczych ludzi. Żyjemy po to, by opowiadać siebie.

Wiesław Myśliwski, „Ucho igielne”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018

Wiesław Myśliwski, „Ucho igielne”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018

Człowiek potrafi dokonać autokreacji. Zaradzić pustce i rozpaczy można tylko „żyjąc w czyimś życiu”, w jego pamięci. Snując własną narrację i żyjąc w niej, nie umiera się całkowicie. To także odpowiedź na pytanie, dlaczego w tej refleksyjnej, powolnej, oszczędnej prozie tyle dygresji, anegdot i gadulstwa bohaterów, ich dramatycznych niekiedy zapasów z pamięcią.

Może zresztą niezdolność do pamiętania bywa wybawieniem? Pamięć to przecież kwestia zupełnie zwodnicza, uznaniowa, nie zawsze chcąca pasować do szarej rzeczywistości. Spotkani po latach koledzy ze szkolnej bursy nie mogą uzgodnić jednej wersji wydarzeń. Nic dziwnego, nie ma bowiem jednej pamięci.

Tak było od zawsze. Kiedy Federico Fellini mówił w „Amarcord” swoje „pamiętam”, wiedzieliśmy, że niekoniecznie dokładnie odmalowuje realia dawnej włoskiej prowincji. Podobnie nie znajdziemy w przeszłości takiej Polski szlacheckiej jak w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza ani „złotych czasów radia” z filmu Woody’ego Allena. Subiektywne wspomnienia rodzą się i żyją tylko w pamięci wspominających.

Tytułowe „ucho igielne” – pozostałość furty klasztornej w Sandomierzu – staje się u Myśliwskiego bramą, w której spotykają się ze sobą młodość i starość, witalność i przemijanie, prawda i zmyślenie. A co pomiędzy? Po prostu życie, z którym nikt nie chce się rozstać i w którym wszystkie pytania „sprowadzają się do tego jednego, czy warto było”. Pęd życiowy i wola życia są ostatecznie silniejsze niż śmierć i kataklizmy, niż nietrwałość rzeczywistości. Trzeba by zatem uwierzyć w życie. Tylko że to – jak mówi bohater powieści – najtrudniejsza z wiar.