Widać wyraźnie, że stawką każdych kolejnych wyborów będzie kształt polskiej demokracji.

Z kandydatów do rady dzielnicy z osobistego kontaktu znam (zaledwie) jedną osobę. Tylko jeden człowiek poświęca czas, by zagadnąć mieszkańców mojego bloku. Pamiętam go sprzed czterech lat. Rozmawialiśmy i tym razem. Kandyduje z ostatniego miejsca swojej listy. I ma mój głos.

W niedzielę idziemy na wybory. Uprawnionych do głosowania jest 30 232 451 osób. Wójtów, burmistrzów albo prezydentów miast wybierzemy spośród 6 961 kandydatów (jak podaje Państwowa Komisja Wyborcza zaledwie 1 341 z nich nie skończyło czterdziestki). 184 767 osób ubiega się o miejsce w radach, a wszystkich zarejestrowanych list kandydatów (do rad dzielnic, gmin, miast, powiatów, do sejmików wojewódzkich, na burmistrza, prezydenta i wójta) jest 191 728.

Po trzech latach od ostatniego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości już teraz trwa okres nieprzerwanej kampanii wyborczej. Po wyborach samorządowych 21 października czekają nas wyścig o mandaty poselskie w Strasburgu (wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się między 23 a 26 maja 2019 roku), potem do polskiego Sejmu i Senatu (prawdopodobnie między 12 października a 12 listopada 2019 roku), w końcu bój o urząd prezydenta kraju (wiosną 2020 roku).

Trudno przewidzieć, jakie skutki będą miały wyniki poszczególnych starć dla całego sporu o Polskę i ostatecznego układu władzy, jaki wyłoni się na początku lat dwudziestych. Wyraźnie jednak widać, że stawką każdych kolejnych wyborów będzie kształt polskiej demokracji. Rok 2015 pokazał, że rozbicie lewicy i zdobycie samodzielnej większości parlamentarnej przez PiS może prowadzić do zakwestionowania dorobku państwa po 1989 roku, lecz także do politycznej praktyki, którą nawet twórca pojęcia IV RP Rafał Matyja nazwie „ustrojową demolką”, i przeciwko której zaczną protestować konserwatyści – jak profesorowie Adam Strzembosz czy Andrzej Zoll.

Obecnie nadchodzące wybory – oprócz walki o prezydenturę w największych miastach – nie są szczególnie ekscytujące. Wyniki można będzie interpretować na swoją korzyć, wybierając różne kryteria. Sam premier Mateusz Morawiecki przyznał, że dla niego sukcesem PiS będzie po prostu uzyskanie wyniku lepszego niż cztery lata temu.

A jednak to właśnie wybory samorządowe mogą dawać Polakom szczególne powody do dumy z narodowej historii – a wraz z nim nakładać obowiązek uczestnictwa. Jak przypominaliśmy kilka lat temu w „Więzi” w rozmowie z Piotrem Glińskim i Aleksandrem Smolarem, jednym z celów transformacji ustrojowej początku lat 90. była budowa samorządności lokalnej. Restaurację gmin traktowano jako urzeczywistnienie programu pierwszej „Solidarności” z 1981 roku, potocznie określanego jako „Samorządna Rzeczpospolita”. Właśnie wybory samorządowe – w 1990 roku – były pierwszymi po wojnie całkowicie wolnymi wyborami.

Radykalne przekształcenie administracji państwa było wielkim sukcesem Tadeusza Mazowieckiego

Był to wielki sukces polityki wewnętrznej rządu Tadeusza Mazowieckiego. Jak wspominał Andrzej Wielowieyski, „potrafił Mazowiecki radykalnie przekształcić administrację państwa. Prof. Jerzy Regulski, przy dużym zaangażowaniu premiera, przygotował reformę samorządową przekreślającą dotychczasowy centralizm (gen. Jaruzelski próbował ją spowolnić), a po wyborach samorządowych w maju 1990 r. władza lokalna znalazła się w rękach demokratycznie wybranych rad gminnych oraz wójtów i burmistrzów”.

W rozmowie „Więzi” Gliński wskazywał kilka błędów: „Za mało było zaangażowania państwa w umacnianie innych struktur lokalnych niż samorządy. Można było na przykład uruchomić rozsądne wsparcie państwa dla budowy sieci niezależnej prasy lokalnej, która miałaby wtedy ponadlokalne oparcie (aby uniezależnić ją od władzy samorządowej). Podobnie jest z brakiem realnego wsparcia dla rozwoju specjalistycznych organizacji pozarządowych, a zwłaszcza tzw. organizacji strażniczych (watchdogs), które powinny kontrolować władzę lokalną. Co najmniej tych dwóch rzeczy zabrakło. Smolar argumentował jednak, że „reforma samorządowa, zwłaszcza na poziomie gmin, jest jednym z najbardziej udanych aspektów polskiej transformacji, o czym się za mało mówi. Dobrym tego przykładem jest pojawienie się w niektórych miastach wybitnych postaci, których tak bardzo nam brakuje w polityce krajowej. Ci ludzie są kompetentni, cieszą się zaufaniem społecznym, a nie są identyfikowani partyjnie. W tym sensie częściowo (tylko częściowo) udało się odpolitycznić samorządy”.

Czy „Samorządna Rzeczpospolita” roku 2018 okaże się delikatna i krucha, czy jej fundamenty zostaną wzmocnione? Największym partiom zależy tym razem na mocnym upolitycznieniu sporu o władzę lokalną. Tym trudniej być może wyborcom ważyć racje polityczne i samorządowe. Z drugiej strony trudno abstrahować od myślenia w kategoriach ogólnopolskiej polityki po trzech latach bez wyborów i po trzech latach burzliwych rządów Zjednoczonej Prawicy.

W „Więzi” nie jesteśmy apolityczni. Ale jesteśmy niepartyjni. W ostatnich wyborach parlamentarnych członkowie naszej redakcji oddali głosy na pięć różnych ugrupowań – i jakoś nieźle trzymamy się razem. Tego ostatniego życzymy i naszym Czytelnikom.