„Cwaniacy”, „wymuszać”, „draństwo”, „wyłudzanie” – takie słowa odnosi jezuicki teolog do osób wykorzystanych seksualnie, które po latach traumy usiłują walczyć o należne im odszkodowanie. Tradycja przerzucania odpowiedzialności na ofiarę lub jej otoczenie nadal ma się świetnie, jeśli tylko pozwala naszej grupie uniknąć konsekwencji (zwłaszcza materialnych).

Nie milknie szum wokół bezprecedensowego wyroku sądu w Poznaniu, który przyznał kobiecie więzionej i wielokrotnie gwałconej w dzieciństwie przez księdza Romana B. odszkodowanie w wysokości miliona złotych oraz dożywotnią rentę w wysokości 800 zł. Do wypłaty tych należności został zobowiązany zakon, do którego należał sprawca, czyli Towarzystwo Chrystusowe. I właśnie ten aspekt sprawy budzi największe emocje.

Oto po raz pierwszy potraktowano instytucję kościelną na równi z innymi pracodawcami. Sędzia Anna Łosik odwołała się do art. 430 Kodeksu cywilnego, który mówi o odpowiedzialności tego, kto powierza komuś wykonanie jakiejś czynności, gdy przy jej wykonywaniu wyrządzona zostaje zawiniona szkoda. W miniony piątek chrystusowcy zapłacili zasądzoną prawomocnym wyrokiem kwotę, jednocześnie zapowiadając walkę o jego kasację przed Sądem Najwyższym.

Ten wyrok jest rewolucyjny nie tylko ze względu na to, że daje ofiarom jednoznaczny sygnał: jesteście dla nas ważne, chcemy, by sprawiedliwości stało się zadość. Oczywiście nikt nie ma złudzeń, że jakiekolwiek pieniądze są w stanie zrekompensować tak traumatyczne przeżycia, ale na razie jest to najlepsza metoda zadośćuczynienia, którą może zadekretować i wyegzekwować aparat władzy państwowej.

Jest jeszcze drugi ważny aspekt tej sprawy i choć nie ma znaczenia akurat dla osób bezpośrednio w nią zaangażowanych, to może przetrzeć szlak wielu innym ludziom związanym z Kościołem. Poznański sąd, traktując instytucję kościelną jako pracodawcę, wydobył na światło dzienne prawdę niby oczywistą, ale od dziesięcioleci ginącą w szarej strefie: w Kościele pracują ludzie. Nie tylko służą, dzielą się swoimi talentami, poświęcają czas, ale także najzwyczajniej w świecie pracują i za swoją pracę oczekują słusznej zapłaty, tak samo jak każdy inny pracownik. A jednak często muszą pracować bez umowy, utrzymywać się z okazjonalnych i niepewnych ofiar od parafian, łatać domowy budżet dodatkowymi zajęciami (o zjawiskach obrazujących, jakim Kościół jest pracodawcą, pisaliśmy w „Więzi” już w 2005 r.).

Takie traktowanie pracowników jest nie tylko nieuczciwe wobec nich, ale stanowi cios dla jednego z najważniejszych, istotowych wymiarów Kościoła – dla wspólnoty. Jeśli chcemy być prawdziwą wspólnotą, to musimy nie tylko cieszyć się z naszych osiągnięć, ale także poczuwać się do odpowiedzialności, gdy przychodzi chwila próby. A nade wszystko trzeba zawsze pamiętać o słowach Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Kościół musi być zwrócony ku najsłabszym, w tym tkwi prawdziwe źródło jego siły.

Poznański sąd, traktując instytucję kościelną jako pracodawcę, wydobył na światło dzienne prawdę niby oczywistą, ale od dziesięcioleci ginącą w szarej strefie: w Kościele pracują ludzie

Tej troski o „najmniejszych” bardzo zabrakło w postępowaniu zakonu chrystusowców. Nie szczędził on pieniędzy na prawników walczących z oskarżeniami, ale wzbraniał się przed jakąkolwiek finansową rekompensatą dla osoby skrzywdzonej przez jednego spośród nich (obecnie już byłego zakonnika). Ofiara, Kasia, dziś jest dorosłą kobietą, której życie jest nieustannym lękiem. „Wynajęłam pokój w innym mieście. Dostałam pracę na kasie. Po pracy siedzę u siebie. Nie wychodzę z domu. Bo ja się już na nic światu nie przydam. Wszystko mi przypomina o przeszłości. Drżę, gdy widzę księdza na ulicy. Brzydzę się mężczyznami. Gdy któryś się do mnie uśmiechnie, odwracam wzrok. Nigdy nie byłam z nikim w relacji seksualnej. Seks kojarzy mi się z ogromnym bólem. Wolałabym być chora fizycznie, wiedziałabym, z czym mam walczyć. A tak stale się boję. Zdarza się, że na ulicy poczuję taki sam zapach perfum, jak on miał, i paraliżuje mnie. Rozglądam się. Myślę: «On może gdzieś tu być». Zaczynam biec. Nadal każdej nocy słucham, czy ktoś nie przekręca klucza w drzwiach. Od kiedy wyszedł na wolność, czuję, że on jest wszędzie” – tak mówiła w rozmowie z Justyną Kopińską (w reportażu opublikowanym w 2017 r. w „Dużym Formacie”).

Życie jednej spośród tych „najmniejszych” zostało złamane. Szkoda się dokonała, nie da się od tego uciec. Możemy jedynie jako wspólnota starać się zdobyć na gest, który choć w części przywróci ofierze poczucie godności. Tymczasem ciągle ze środka Kościoła dochodzą głosy troszczących się nie o pokrzywdzonych, lecz głównie o dobrostan instytucji kościelnych. Na swoim Twitterze o. Dariusz Kowalczyk SJ pisze: „Staję w obronie zasad. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Przecież nie od dziś różni cwaniacy próbują uczynić winnym cały KK za każde przestępstwo duchownego, by wymuszać pieniądze. Bo wykoncypowali sobie, że Papież jest pracodawcą każdego księdza. Dla mnie to draństwo”. I jeszcze: „Rzeczywiście, nie rozumiem, dlaczego ma płacić całe zgromadzenie, bo jakiś dewiant molestował dziewczynkę na plebanii. A są to pieniądze od ludzi, którzy wspierali materialnie zgromadzenie. Dla mnie to po prostu wyłudzanie pieniędzy”.

„Cwaniacy”, „wymuszać”, „draństwo”, „wyłudzanie” – takie słowa duchowny odnosi m.in. do osób, które po latach traumy usiłują walczyć o należne im odszkodowanie. Zza tych słów wyłania się obraz ofiary jako osoby agresywnej, kalkulującej, chciwej. Jak one się mają do języka papieża Franciszka, który w liście do Ludu Bożego, opublikowanym kilka dni po ujawnieniu skali nadużyć w amerykańskim stanie Pensylwania, stwierdza: „Ze wstydem i skruchą, jako wspólnota kościelna, przyznajemy, że nie potrafiliśmy być tam, gdzie powinniśmy być, że nie działaliśmy w porę, rozpoznając rozmiary i powagę szkody spowodowanej w tak wielu ludzkich istnieniach. Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich [podkr. – EB] […] konieczne jest, abyśmy jako Kościół mogli rozpoznać i z bólem oraz wstydem potępić te potworności popełnione przez osoby konsekrowane, duchownych, a także przez tych wszystkich, których misją było czuwanie nad najbardziej bezbronnymi i chronienie ich. Prosimy o przebaczenie za grzechy nasze i innych osób”.

Życie jednej spośród tych „najmniejszych” zostało złamane. Możemy jedynie jako wspólnota starać się zdobyć na gest, który choć w części przywróci ofierze poczucie godności

Jednak o potępieniu potworności trudno tu mówić, gdy o zbrodni, która została dokonana na 13-letniej dziewczynce, o. Kowalczyk mówi: „Umawianie się z dziewczynką było jego [chrystusowca] prywatną inicjatywą, a nie zleconą pracą”. „Umawianie się” jako opis zaplanowanych z dużym wyprzedzeniem wielorazowych, brutalnych gwałtów? Serio? Jezuickiego teologa, dziekana wydziału teologicznego rzymskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego nie obowiązuje też zasada znajomości faktów przy wydawaniu sądów, skoro pozwala sobie na uwagę: „Też się zastanawiam, gdzie byli jej rodzice, którzy chyba wiedzieli, że córki nie ma w nocy w domu” (wyjaśnijmy, że ks. Roman B. zapisał Kasię do gimnazjum w innym mieście i zabrał ją z domu do „internatu”, który okazał się pustym mieszkaniem jego matki). Jak widać, tradycja przerzucania odpowiedzialności na ofiarę lub jej otoczenie nadal ma się świetnie, jeśli tylko pozwala naszej grupie uniknąć konsekwencji (zwłaszcza materialnych).

Szanowny Ojcze Dariuszu, owszem, nie ma w Kościele tępej odpowiedzialności zbiorowej. Ale jest wspólnota oparta na wierze, przekonaniu o godności każdej osoby ludzkiej oraz uznaniu społecznej natury grzechu. Istotą bycia wspólnotą jest współodpowiedzialność i troska o każdą z naszych sióstr i każdego z naszych braci, zwłaszcza tych najsłabszych. Ta troska może wyrażać się modlitwą, ale powinna również mieć wymiar materialny (co zazwyczaj bywa dużo trudniejszą formą wsparcia). Czy granice naszej wspólnoty są wyznaczane przez nasze portfele? Jeśli tak, to zaiste, dzień sądu musi być bliski.