Przemoc i nadużycia, jakich dopuszczają się niektórzy księża wobec nieletnich, nie wynikają z orientacji seksualnej. Walka z wykorzystaniem dzieci w Kościele nie powinna przeradzać się w szukanie kozła ofiarnego.

Mit 1: Duża część osób wykorzystujących dzieci to homoseksualni mężczyźni

We wrześniu na facebookowej stronie „Kamieni Kupa” (jej nazwa nawiązuje do słynnej frazy ministra Bartłomieja Sienkiewicza) zamieszczono wpis, który zasługuje na uwagę, gdyż w ciągu doby doczekał się ponad 1,5 tys. polubień i ponad 600 udostępnień. Usunięty potem przez administrację serwisu, obecnie znajduje się w innym miejscu. Jego główną myśl stanowi sugestia, jakoby osoby homoseksualne stanowiły nieproporcjonalnie dużą część ludzi, którzy wykorzystują niepełnoletnich. Według różnych badań miałoby to być może 9, może 30–40, a może nawet 50 procent, podczas gdy odsetek gejów i lesbijek w populacji jest wielokrotnie niższy.

Wspólnie z Michałem Zabdyrem-Jamrozem przeprowadziliśmy rozbiór tego tekstu. Co się okazało? Otóż autorzy albo błędnie odczytali przytaczane publikacje, albo celowo zniekształcili ich treść, aby utwierdzić negatywne stereotypy dotyczące osób homoseksualnych. Tymczasem w pracach tych nietrudno znaleźć konkluzje sprzeczne z tezą wpisu. Jeden z cytowanych artykułów stwierdza: „Jak pokazują wyniki naszych badań, prawdopodobnie […] preferencje seksualne w pedofilii mają inną etiologię [czyli inne przyczyny – S.K.] niż preferencje seksualne tych mężczyzn, którzy preferują dojrzałych fizycznie partnerów dowolnej płci” (s. 198). A jeśli dla kogoś użyte w 1984 roku słowo „prawdopodobnie” to zbyt mało, w pracy z roku 2008 można przeczytać, że domniemany związek pedofilii z homoseksualizmem to „mit obalony we wcześniejszym badaniu” (s. 41).

Wyniki badań są jednoznaczne: orientacja seksualna (bi-, homo-, hetero-) nie ma nic wspólnego z molestowaniem

Podobne stwierdzenia znajdziemy w publikacjach, których autorzy omawianego wpisu nie cytują. Wiele przydatnych informacji podaje tu Gregory M. Herek, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis. Badacz ten wyjaśnia również, że jedną z przyczyn zamieszania może być niefortunna terminologia. W artykułach naukowych zdarzają się wzmianki o „homoseksualnym molestowaniu” lub „heteroseksualnym molestowaniu”, które informują o tym, czy sprawca i osoba skrzywdzona są tej samej, czy różnej płci. Nie należy jednak zakładać, że wiąże się to z orientacją seksualną. Raport wydany w 1993 roku przez amerykańską Narodową Akademię Nauk wskazuje: „Większość mężczyzn, którzy molestują chłopców, nie deklaruje seksualnego zainteresowania dorosłymi mężczyznami” (s. 143).

Wyniki badań są jednoznaczne: orientacja seksualna (bi-, homo-, hetero-) nie ma nic wspólnego z molestowaniem. Skłonności pedofilskie występują u niewielkiego odsetka ludzi niezależnie od orientacji. Ani homo-, ani heteroseksualiści nie są grupą, która byłaby bardziej narażona na wystąpienie tego zaburzenia. Najbardziej znany autor przedstawiający odmienny pogląd, Paul Cameron, jest od dekad krytykowany za nierzetelne referowanie wyników badań. Dobrze jest zresztą pamiętać, że w całym społeczeństwie to dziewczynki, a nie chłopcy częściej padają ofiarą wykorzystania.

Mit 2: Większość niepełnoletnich skrzywdzonych przez księży to chłopcy, więc sprawcy musieli być homoseksualistami

Wielu komentatorów zakłada, że wykorzystanie małego chłopca przez dorosłego mężczyznę musi wynikać z orientacji seksualnej tego ostatniego. Takie założenie może płynąć nie tylko ze złej woli lub z nieznajomości dokładnych danych, ale też z braku wiedzy na temat ogólnych mechanizmów przemocy i nadużyć. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego, który napisał na swoim fanpage’u (uzyskując 7,5 tys. polubień i ponad 1700 udostępnień): „Największe badanie naukowe «skandalu pedofilskiego w Kościele amerykańskim» […] wykazało, że prawie wszystkie ofiary księży to chłopcy. […] Czyli… był to skandal HOMOSEKSUALNY, a nie tylko pedofilski, bo kler rzadko brał się za nieletnie dziewczynki”.

Lektura raportu z tego badania (John Jay Report) pokazuje, że istotnie 81 proc. niepełnoletnich, których sprawy oficjalnie zgłoszono władzom Kościoła, stanowili chłopcy. Zarazem jednak 72,7 proc. wszystkich poszkodowanych miało najwyżej 14 lat (s. 6). Aby lepiej zrozumieć, dlaczego Cejrowski nie ma racji, przypatrzmy się możliwym motywacjom sprawców przestępstw przeciwko tej grupie dzieci. Do starszych ofiar wrócimy za chwilę.

Pedofilia i orientacja to zjawiska z dwóch zupełnie różnych porządków. Niejednokrotnie zresztą dla pedofilów w ogóle nie ma znaczenia płeć dziecka, a jedynie jego wiek

Podstawowym powodem wykorzystania jest decyzja sprawcy i to na nim spoczywa odpowiedzialność (dla uproszczenia pomijam tu przypadki niepoczytalności i ograniczonej poczytalności). Ale czynniki, które przygotowują grunt dla takiej decyzji, mogą być rozmaite. Jednym z przydatnych rozróżnień jest tutaj podział na sprawców preferencyjnych i sytuacyjnych. Dla tych pierwszych dzieci w określonej grupie wiekowej stanowią główny albo wyłączny obiekt pragnień seksualnych. To właśnie tę grupę przestępców motywuje pedofilia (przy czym nie wszystkie osoby, które odczuwają skłonności pedofilskie, rzeczywiście wykorzystują najmłodszych – nierzadko może temu zapobiec terapia). Z kolei dla sprawców sytuacyjnych małe dzieci są zastępczym obiektem seksualnym, do czego przyczynić się może np. połączenie pewnego typu problemów psychologicznych, nieopanowanego stresu oraz niedostępności dorosłej partnerki bądź partnera.

Żadnego z tych dwu typów przestępstw nie motywuje orientacja seksualna, czyli pociąg do dojrzałych osób określonej płci. Wprawdzie część sprawców preferencyjnych skłania się do krzywdzenia chłopców, ale nie jest to spowodowane homoseksualną orientacją, tak samo jak wybieranie dziewczynek przez inną część sprawców nie wynika z orientacji heteroseksualnej. Pedofilia i orientacja to zjawiska z dwóch zupełnie różnych porządków. Niejednokrotnie zresztą dla pedofilów w ogóle nie ma znaczenia płeć dziecka, a jedynie jego wiek.

Co więcej, przemocy i nadużyciom seksualnym wobec najmłodszych sprzyjać może dostęp do ofiar, które są zależne od przestępcy (instytucjonalnie lub psychologicznie) i nie mogą od niego odejść, obronić się przed nim czy też przekonać otoczenia o jego winie. A w Kościele katolickim dotyczyło to częściej chłopców niż dziewczynek. Jak podaje raport sporządzony na zlecenie episkopatu Niemiec, w kraju tym około jednej czwartej niepełnoletnich poszkodowanych przez katolickich duchownych stanowili ministranci (zarazem trzy czwarte pokrzywdzonych pozostawało ze sprawcami „w relacji kościelnej lub duszpasterskiej”). Podobnie drugi raport John Jay College – nieprzytaczany już przez Cejrowskiego – wskazuje, że w USA „księża do niedawna mieli łatwiejszy dostęp do chłopców (głównie dlatego, że dopiero po 1983 roku w parafiach zaczęto dopuszczać dziewczynki do roli ministrantek)” (s. 119).

Mając tę wiedzę, możemy już łatwiej wyobrazić sobie, dlaczego dochodzi do wykorzystania. A to powinno nas powstrzymać przed automatycznym kojarzeniem krzywdy małego chłopca z orientacją seksualną sprawcy.

Mit 3: Winę za przemoc i nadużycia wobec dzieci w Kościele ponosi „lobby homoseksualne”

W tekście Tomasza Terlikowskiego dla „Tygodnika TVP” przeczytamy, że w USA „78 proc. ofiar była w wieku dojrzałości seksualnej”. Być może to przekonanie jest skutkiem lektury komentatorów takich jak Will Donohue – według tego ostatniego „78 proc. [poszkodowanych] przekroczyło wiek pokwitania”. W odpowiednim raporcie znajduje się zdanie, którego nieuważna lektura mogłaby doprowadzić do takiego wniosku: „22 proc. ofiar miało najwyżej 10 lat, a większość była w wieku pubertalnym lub postpubertalnym” (s. 10). Niewykluczone, że właśnie tą drogą Terlikowski doszedł do stwierdzenia: „molestowano głównie chłopców powyżej 15. roku życia”.

Pisałem już jednak, czemu nie jest to prawda. Ten sam raport wyjaśnia: 27,3 proc. poszkodowanych (dowolnej płci) miało 15, 16 lub 17 lat. To całkowicie inny obraz niż u Terlikowskiego.

Mimo wszystko wciąż mamy do czynienia z niemałą liczbą pokrzywdzonych. Skoro pod pewnymi względami przypominali już oni osoby pełnoletnie, to może przynajmniej w tych wypadkach za cierpienie ofiar odpowiadają homoseksualni księża, a za ukrywanie przestępstw – wewnątrzkościelne „lobby homoseksualne”?

Źródłem zła nie są skłonności homo- czy heteroseksualne same w sobie

Taki pogląd również byłby błędny. Po pierwsze, część tych nastolatków raczej nie wyglądała jeszcze tak dojrzale, aby sprawcy interesowali się nimi w podobny sposób jak ludźmi dorosłymi. Po drugie, wśród wykorzystanych w tej grupie wiekowej znajdowali się nie tylko chłopcy (choć stanowili zdecydowaną większość). Po trzecie, należałoby określić, ile przypadków wykorzystania i przemocy miało naturę preferencyjną, a ile – sytuacyjną. Dopiero po dokonaniu tych trzech zawężeń wiedzielibyśmy, jaka pozostanie nam część ze wspomnianych 27,3 proc. Jedna druga? Jedna czwarta? Jedna szósta?

Ale i to jeszcze nie wszystko, bo wśród tych wyliczeń łatwo stracić z oczu kwestię kluczową. Nawet jeśli homoseksualny ksiądz wykorzystuje piętnasto- czy szesnastoletniego chłopca, to wciąż w grę może wchodzić wiele czynników, które oddziałują niezależnie od orientacji. Zła formacja w seminariach, nadmierna władza części duchownych w ich społecznościach, przedkładanie ochrony wizerunku Kościoła nad dobro pokrzywdzonych, instytucjonalny bezwład i niechęć do zmian – wszystko to zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia i bezkarności przemocy oraz nadużyć. W życiu heteroseksualnych księży mechanizmy te są obecne tak samo jak w życiu kapłanów homoseksualnych.

Oczywiście wśród problemów związanych z seksualnością duchownych są i takie, dla których orientacja jest istotna. Część heteroseksualnych księży ma partnerki (stałe, przejściowe), a nawet dzieci, i ukrywa ten fakt. Część homoseksualnych kapłanów lub kleryków nawiązuje dwuznaczne lub wprost przemocowe relacje z innymi (szczególnie szkodliwe wtedy, gdy towarzyszy im nadużycie władzy). Problemy te należy jednak wyraźnie oddzielić od tych, które stały się źródłem cierpienia najmłodszych. Należy też pamiętać, że w żadnym z wypadków źródłem zła nie są skłonności homo- czy heteroseksualne same w sobie. Jest nim natomiast uleganie pokusom wpisanym zarówno w ludzką słabość, jak też w kościelne i społeczne struktury grzechu.

Ludzkiej słabości na tym świecie wykorzenić nie sposób, ale struktury naprawiać można. I trzeba.