Czy mój film jest agitką, która ma wpłynąć na wybory? Mamy obudzić się, zacząć samodzielnie myśleć – mówi Konrad Szołajski, autor dokumentu „Dobra zmiana”.

Małgorzata Bilska: Film opowiada o dwóch Martach. Jedna to prawicowa katoliczka, liderka  Klubów „Gazety Polskiej”. Druga, nazywana Titą, jest ateistką, liberalną działaczką KOD-u. W pewnej chwili Tita mówi, że angażuje się w demonstracje, bo chce być dla władzy jak kamyk w bucie, który – choć mały – uwiera dotąd, aż nie da się tego wytrzymać. Co pana uwierało, że nakręcił pan film?

Konrad Szołajski: Interesuje mnie pokazywanie rzeczy, których nie znam, a chcę poznać. Nie mogę powiedzieć, żeby coś mnie uwierało na początku pracy. Dzisiaj – dużo rzeczy.

Na przykład?

– Na przykład to, że władze kulturalne zlekceważyły mój projekt. O tym w filmie nie opowiadam. Ale w wywiadach się skarżę, bo to skandal.

Ma pan poczucie, że odmowa finansowania była reakcją na tematykę filmu? Nie było innych powodów?

– Nie było nawet próby zrozumienia tego, co chcę zrobić. Zresztą widziała pani film. Zrobiłem to, co zapowiadałem. Poza tym niech mi pani pokaże drugi film na ten temat, jakikolwiek.

Nie ma.

– A dlaczego? Myśli pani, że moi koledzy nie są tym zainteresowani?

Myślę, że w Polsce najtrudniej jest tym, którzy nie dają się porwać walkom „plemiennym”. Według mnie obie strony się wykluczają, choć jedna w sposób dość prostacki, a druga inteligentnie. Nikomu nie zależy na porozumieniu. Pokazał pan obie strony, może nie całkiem bez ocen, lecz uczciwie.

– Właśnie tak chciałem. Na ile to się udało, ocenią widzowie. Będzie zresztą tyle ocen, ilu widzów. Film to taki byt, którego nie można do końca, obiektywnie zaklasyfikować. Moim celem było zrozumienie obu stron. Bliżej jest mi oczywiście do Tity, bo w takim środowisku się wychowałem. Większość moich znajomych to warszawska inteligencja, raczej antypisowska. Więc z poznaniem ludzi z KOD-u nie było problemu. Znajoma zaprosiła mnie na event teatralny w Teatrze „Roma” i tam poznałem ówczesne szefostwo tego ruchu.

Mateusza Kijowskiego?

– I mnóstwo innych ludzi. Najpierw mi się wydawało, że intrygujące jest to, że powstaje taki ruch społeczny. Nieważne, czy mieli rację, czy nie. Ale sam fakt zaistnienia ruchu był ciekawy. Tak samo mnie ciekawił mnie kiedyś Ruch Palikota czy ONR, bo próbuję nie oceniać a priori, tylko badać, poznawać, zrozumieć. Mam różne wcielania: bywam pisarzem i filmowcem – satyrykiem, lubię ironizować, ale jako dokumentalista zwykle zakładam, że… nic nie wiem. I wchodzę na tereny dla mnie nieznane, a dla mnie fascynujące. A ten ruch społeczny, który powstawał ni stąd ni zowąd, trochę mi przypominał narodziny „Solidarności” w 1980 roku czy jej odbudowę w nieco innej formie w 1989 roku. Po raz trzeci coś takiego się stało na moich oczach. Teraz mogłem o tym opowiedzieć, jako człowiek świadomy i mający w ręku właściwe narzędzia. Jestem zawodowcem i uznałem to za swój obowiązek.

Działania niedemokratyczne już na samym początku naszej demokracji powodowały, że dyskusja nie mogła być swobodnie prowadzona. A potem było coraz gorzej. I mamy dziś to, co mamy

Określenie ruch społeczny jest mi bliskie – jestem socjologiem. Wolę mówić o tym niż o polityce. W filmie uderza to, że przestaliśmy się wszyscy słuchać. Dlaczego ze sobą nie rozmawiamy?

– To się zaczęło dawno temu. Wróciłem do Polski z Anglii po pięciu latach, na przełomie lat 1989 i 1990. Najpierw zachłysnąłem się wolnością, a potem zderzyłem się z cenzurą – w telewizji publicznej. Szybko zrozumiałem, że ci, którzy cenzurują, działają w imię zamknięcia możliwości rozmowy, narzucenia swojej jedynej „prawdy”. Pierwszym grzechem nowej ekipy było to, że po cichu weszła w buty PRL-owskie. Nie było już co prawda cenzury na Mysiej, ale była inna, wewnątrz instytucji. Nawet gorsza. Takie „no rozumiecie, o tym nie można…”. Kariera filmu „Kler” pokazuje, że to wyszło bokiem. Film mówiący rzeczy dosyć oczywiste wywołał taką falę zainteresowania, że cała Polska idzie teraz do kina. Niestety działania niedemokratyczne już na samym początku naszej demokracji powodowały, że dyskusja nie mogła być swobodnie prowadzona. A potem było coraz gorzej. I mamy dziś to, co mamy.

Cenzurę?

– W nowym systemie są nowe narzędzia cenzury. W PRL-u nie można było niczego zrobić bez zgody władzy. Ale – paradoksalnie – władze były na tyle liberalne, że pozwalały artystom tworzyć, np. reżyserom teatralnym – eksperymentatorom jak Grotowski czy Kantor. Powstawały filmy Wajdy, Kieślowskiego, Zanussiego, Holland. Opisywały ten świat. Te filmy miały czasem kłopoty, całe seanse w kinach były rezerwowane lub taśmy leżały przez lata na półkach. Ale chyba na palcach jednej ręki można policzyć ważne filmy, które w ogóle nie powstały… Dzisiaj niby nie ma cenzury, wolność jest jednak pozorna. Nie dają pieniędzy, a bez nich się nie da. Proste.

Ja już od lat mam etykietkę „trudnego przypadku”. Mój anarchizujący debiut fabularny z 1993 roku – „Człowiek z…” – wzbudził „kontrowersje” i tak zostało do dzisiaj. W Polsce decydenci patrzą na mnie podejrzliwie, bo często nie zgadzam się, krytykuję itd. zamiast chwalić i opiewać. W 2012 roku zaczynałem „Walkę z szatanem” i jak byłem na komisji w  PISF, to mnie tam pytano jakiego jestem wyznania. A z polskiej konstytucji wynika, że takie pytania urzędnikowi nawet nie wolno zadać!

Dobra zmiana uwiera…

– Ale to było jeszcze przed PiS-em. I mi wcale nie chodzi o to, że PiS jest dobry albo zły. Jest taki jaki jest, trzeba o tym opowiedzieć. Platforma też wiele rzeczy głupio robiła, a np. katechezę do szkół wprowadził jeszcze Mazowiecki.

Przeciwko temu protestuje Tita. Nie chce, żeby jej nastoletnia córka uczyła się religii. Wyostrzył pan to jednak: Tita jest antykościelna, a Marta bardzo wierząca, ale i konserwatywna, prawicowa. Nie istnieje grupa, do której należę choćby ja i wielu moich przyjaciół z tak zwanej inteligencji katolickiej.

– No bo was nie ma.

Jestem! Siedzę przed panem.

– Gdzie jest pani głos?

Pana optyka nie oddaje całej prawdy o Polakach. Mój głos jest przez niektórych pogardliwie nazywany „centryzmem”, gdyż odmawiam udziału w wojnie polsko-polskiej.

– Gdzie ten głos słychać?

W polityce może nie. Nie ma też partii, na którą bym z radością głosowała.

– To dlaczego jej nie stworzycie? Oddajecie politykę oszustom, wszystko jedno czy z lewej, czy z prawej strony. Po prostu zgadzacie się na to, żeby reprezentowali was krętacze i szaleńcy.

Po obu stronach są szaleńcy?

– Absolutnie! Moim zdaniem polski duopol jest dla politycznego establishmentu bardzo wygodny – partyjni liderzy mają się świetnie, niezależnie czy sprawują władzę, czy są w opozycji. Żyją w luksusach. Płacą za to ludzie pobici na manifestacji.

Może faktycznie brakuje nam własnego ruchu społecznego. Ale jedno mnie zastanawia. Cały czas mówi pan o cenzurze instytucjonalnej…

– Nie, o cenzurze finansowej.

Finanse przyznawane są przez instytucje. Ja natomiast widzę cenzurę jeszcze innego rodzaju. Polega na ośmieszeniu i pozbawieniu znaczenia czy autorytetu osoby mającej głos. Przypomnę tylko film Krzysztofa Zanussiego „Obce ciało”, zrealizowany – to prawda – po czym brutalnie wyszydzony. Nie za brak warsztatu bynajmniej, tylko za krytykę feminizmu. Jest taki sposób wykluczania, który polega na udowadnianiu, że ktoś się nie nadaje do danej funkcji, jest niekompetentny, do tego wierzący czyli „uległy wobec autorytetów religijnych”. Upokarzanie, poniżanie w imię poprawności politycznej nie jest formą cenzury?

– Nie. I nie widziałem tego filmu.

Ale zna pan reakcje na niego.

– Nie bardzo. A pani, jak słyszę, jest np. fanką „Obcego ciała”. Fakt, że coś powstało i wchodzi do dystrybucji pokazuje, że reżyser nie miał z tym aż takiego problemu. A to, że to jest źle odbierane…

Nie jestem fanką, jestem przeciw cenzurze pewnego typu podobnie jak pan. A widział pan „Eter”?

– Też nie. Ale jestem zwolennikiem różnorodności. Szkoda, że Zanussi nie robi „Barw ochronnych 2”… W ogóle uważam, że jako grupa filmowców popełniliśmy grzech zaniechania, że nikt porządnie nie opowiedział katastrofy smoleńskiej.

Dlaczego nie powstał dobry artystycznie film o Smoleńsku?

– Bo jesteśmy środowiskiem koniunkturalnym, co wynika z faktu, że musimy z czegoś żyć. Żeby zdobyć pieniądze, trzeba składać projekty, które będą „rozsądne”. I przechodzą, bo nikomu nie przeszkadzają. Albo można inaczej: uzyskać wsparcie politycznie – jak „Smoleńsk” Pawlickiego (no bo przecież nie Krauzego). Film powstał zły, niestety. Ale propagandowe filmy prawicy, choć nieudane, przynajmniej zapisały zjawisko. Próbowałem z ich twórcami rozmawiać, są sekciarzami, nie chcieli. Ale doceniam, że zapisali coś, czego inni unikali.

Jak przeczytają, że są sekciarzami, tym bardziej nie będą chcieli rozmawiać…

– Ale są. Jedna z takich reżyserek powiedziała, że jako hydraulika zatrudni tylko katolika.

A co, lepszy jest?

– Niech pani ją zapyta. Dekarza – też katolika… A ze mną nie będzie rozmawiać, bo nie.

Konfliktu doświadczamy na co dzień?

– Tak. O tym jest mój film.

Mówi pan o cenzurze, o wolności artystycznej. Rozumiem. Dziwnym trafem zarówno „Kler”, jak i pana film, mają premierę w czasie kampanii przed wyborami samorządowymi. Czy ta wolność nie jest jakby nieco polityczna?

– Nie. Ja ten film robiłem przez daw i pół roku. Czas chyba pokazać.

Nie mógł wejść do kin po wyborach?

– Czy pani ma wrażenie, że mój film jest agitką, która ma wpłynąć na wybory w jakąś stronę?

W końcówce Tita krzyczy „Obudźcie się!”. Można to odebrać jako zachętę do niezdecydowanych, żeby poszli głosować.

– A to źle, żeby ludzie głosowali? A jak pani ogląda „Wesele” Wyspiańskiego i Jasiek chce obudzić kręcących się w chocholim tańcu, to co? Czy to też agitka?

Dla mnie zakończenie jest dość jednoznaczne.

– Tak. Mamy obudzić się, zacząć samodzielnie myśleć i wybierać rozumem. Co jest w tym niewłaściwego?

Rozmawiała Małgorzata Bilska