Dzieciństwo to trauma – zdaje się mówić Koterski – skoro z siedmiu uczuć przeżywanych przez Adasia tylko jedno jest pozytywne: radość. Reszta to smutek, złość, wstyd, poczucie winy, samotność i strach.

Rozlegający się z offu głos Krystyny Czubówny od pierwszych scen nadaje filmowi „7 uczuć” ramę interpretacyjną, a właściwie dwie ramy – terapeutyczną i paradokumentalną. Oto spotykamy Adasia Miauczyńskiego (Michał Koterski) na rozmowie z terapeutką, która wypytuje go o najsilniejsze i najtrwalsze wspomnienia z dzieciństwa. Adaś opowiada, a te wspomnienia układają się w film komentowany przez Czubówną, jakby to był dokument o pingwinach, lwach czy fokach. Tylko język może trochę mniej dorosły. Taki rodem z „Elementarza” Mariana Falskiego: „To tato, a to taty teczka”. W pewnym momencie komentarz milknie. Adaś chodzi już do szkoły. A tę – mniej lub bardziej – każdy z nas pamięta. Tylko że szkoła już nie taka jak za czasów Adasia Miauczyńskiego. Wielu recenzentów pisze, że „7 uczuć” nie dorównuje innym filmom Koterskiego, że daleko tej produkcji do „Dnia świra”. Przyznam, że ja – inaczej niż większość widowni Koterskiego – za jego dotychczasowymi filmami nie przepadałem, ich stylistyka była mi obca. Dlatego ten film oglądałem jako dzieło osobne.

Marek Koterski przenosi akcję filmu do bliżej nieokreślonej przeszłości. Musi być to jednak przeszłość dość daleka, peerelowska, choć w filmie nie ma ani jednego słowa o kontekście społeczno-politycznym. Nie chodzi jednak o czas polityczny, ale o czas kulturowy, który Koterski (rocznik 1942) bardzo dobrze pamięta: czas pamiętników, do których trzeba się wpisać, niebieskich mundurków z tarczą szkolną, gry w gumę na szkolnym boisku, butów na zmianę w worku i – co ważne – nauczycieli, którzy – czasami nawet bardziej niż rodzice – są prawdziwymi kreatorami dziecięcej emocjonalności. Szkoła to trauma – zdaje się mówić Koterski. Ba, całe dzieciństwo to trauma, skoro z siedmiu uczuć przeżywanych przez Adasia tylko jedno jest pozytywne: radość. Reszta to: smutek, złość, wstyd, poczucie winy, samotność i strach.

Film nie ma zarysowanej fabuły. To raczej kolaż dowcipnych scenek, gagów, humoru sytuacyjnego i szkolnych rymowanek, których – jak przypuszczam – najmłodsze pokolenia już nie znają. Humor filmu jest zdwojony przyjętą przez reżysera konwencją. Wszystkie dziecięce role grają dorośli aktorzy. I może tylko dlatego cała „dziecięca obscena”, która się w filmie niejednokrotnie pojawia, nie razi tak jakby to było w przypadku aktorów dzieci.

Ten  pomysł obsadowy – choć może się wydawać ryzykowny – jest szczególnie celny. Reżyser chwyta nas w pułapkę. Na początku dajemy się wciągnąć w zabawę w przyrodniczy paradokument. Wydaje się nam, że świecie dzieci jest jak w świecie zwierząt, bo taką konwencję wprowadza komentarz Czubówny. Ale to nieprawda – mówi dalej reżyser – dzieci są ludźmi, prawdziwymi ludźmi z prawdziwymi emocjami, a nie zwierzęcym instynktem: zdolni są kochać, bać się, krzywdzić nawzajem, ale także rozpoznawać swoje życie jako bezsensowne. Tylko że dorośli najczęściej tego nie zauważają albo to bagatelizują. Przecież dzieci nie są do niczego innego jak tylko „do uczenia się”. To powinno im wypełniać sens życia. Prawdziwie żyją tylko dorośli.

Ale dokąd ma pójść i co ma z sobą zrobić dziecko, którego ojciec wychodzi z domu w lewą stronę od bramki, a matka – w prawą? Dokąd ma pójść dziecko pozostawione samopas? Idzie przed siebie, nie wiedząc, dokąd go ta droga poprowadzi. Czasami niestety prowadzi do tragedii.

Koterski zrobił film śmieszny i mądry zarazem. Szkoda tylko, że w ostatniej scenie uległ pokusie dydaktyzmu wykrzyczanego wprost do widza. Szkoda, że nie zaufał mądrości odbiorcy i całą metaforę zamknął w nachalnej pedagogicznej klamrze. Sonia Bohosiewicz robi co może, by swój „protest song woźnej” uwiarygodnić. Wstrząsa, ale nie przekonuje. Bo nie musi. Bo – mam nadzieję – wszyscy zrozumieliśmy przesłanie: dzieci są ludźmi.

W filmie najbardziej wstrząsa mną zupełnie inna scena powracająca w zakończeniu: koledzy i koleżanki Adasia po kolei przychodzą na boisko, każdy ze skakanką. Jakaś siła ich tam sprowadziła. Czujemy, że coś się stanie. Jest w tym zbiorowym skakaniu coś metafizycznego. Aż szkoda, że reżyser nie zamknął filmu tą sceną.

Koterski zebrał śmietankę polskiej sceny aktorskiej. W tym filmie nie ma ról małych, nawet epizody są zagrane wybitnie. Pozwolę sobie jednak na wskazanie ról w moim odczuciu szczególnych: to prymuska Weronika Porankowska Gabrieli Muskały i Zosia Muszyńska Małgorzaty Bogdańskiej.

Muskale zawdzięczam najpiękniej chyba zagraną i najbardziej symboliczną scenę. Porankowska wraca autobusem „ogórkiem” do domu na wieś. Musi powiedzieć ojcu, że dostała „piątkę z minusem”, a przecież – jak jej uświadomi to ojciec z widłami w ręku – jak można równać się z miastowymi, gdy się zbiera minusy. Porankowska biegnie z powrotem do autobusu, którym przed chwilą przyjechała. Gdy jechała do domu, na tablicy kierunkowej wypisana była trasa przejazdu: z ul. Ponurej na ul. Słoneczną. Teraz pewno wracał już na Ponurą. A w nim Porankowska. I całe jej dzieciństwo. Kto wie, czy to nie właśnie przy Ponurej jest szkoła z boiskiem, gdzie trzeba dotrzeć ze swoją skakanką.