Reformy soborowe były u nas realizowane wolno. Na szybkie ich tempo nie pozwalała ani sytuacja wewnętrzna kraju, ani świadomość eklezjalna wiernych.

Po powrocie z obrad Soboru Watykańskiego II ówczesny abp Karol Wojtyła zabrał się do pracy nad książką, której nadał tytuł „U podstaw odnowy. Studium realizacji Vaticanum II”. Widział on Sobór przede wszystkim jako podstawę odnowy życia religijnego, odnowy Kościoła. Sam był pod ogromnym wrażeniem tego zbawczego wydarzenia, odbierając je jako mowę Ducha Świętego do Kościoła. Czuł też osobiste zobowiązanie do „spłacenia długu”, jaki zaciągnął przez uczestnictwo w Soborze, zwłaszcza wobec wiernych archidiecezji krakowskiej. Nie wiedział jeszcze wówczas, że dług ten przyjdzie mu spłacać na wielką skalę, wobec Kościoła powszechnego i świata; nie miał natomiast wątpliwości, że trzeba go spłacać poprzez realizację Soboru. Sam, właśnie pisząc książkę o Soborze, chciał udostępnić czytelnikom – a byli nimi przede wszystkim, przynajmniej w intencji Autora, uczestnicy Duszpasterskiego Synodu Archidiecezji Krakowskiej – syntezę soborowego przesłania doktrynalnego i duszpasterskiego.

Obowiązek spłacenia soborowego długu ciąży na wszystkich, którzy brali w nim udział, albo w inny, bliski sposób mieli możność go przeżyć, lub zostali owiani jego duchem. Myślę tu o pokoleniu ludzi Kościoła tamtych lat, duchownych i świeckich, przeżywających świadomie i z nadzieją lata 1961-1965. Należę do tych nielicznych, którym dane było znaleźć się wówczas w Rzymie.

Początkowo zewnętrzne wrażenia przysłaniały dyskusję w auli soborowej, w którą na cztery lata przekształcono główną nawę bazyliki św. Piotra. Z czasem jednak, niepostrzeżenie, zaczęliśmy żyć Soborem, jego niepowtarzalną atmosferą, w której sprawy najwyższej wagi dla wiary, Kościoła i świata, przeplatały się z tanimi sensacyjkami rzucanymi przez środki przekazu, często dlatego, by zwrócić na siebie uwagę.

Obowiązek spłacenia soborowego długu ciąży na wszystkich, którzy brali w nim udział, albo w inny, bliski sposób mieli możność go przeżyć, lub zostali owiani jego duchem

Tym Polakom, dla których los nie był tak łaskawy jak dla grupy studentów polskich w Rzymie (głównie księży), pozostało śledzenie tego wielkiego wydarzenia poprzez bardzo wąsko skrojone okulary komunistycznej prasy, podległej nie tylko surowej cenzurze, ale także precyzyjnym instrukcjom ideologicznym, według których nie wszystko, co się działo na Soborze, nadawało się dla czytelnika, a już koniecznie musiał on być przekonany, że biskupi są podzieleni na konserwatystów i postępowych, a wśród tych pierwszych prym wiodą biskupi polscy, z kard. Stefanem Wyszyńskim na czele. Z rzeczywistą informacją o Soborze można było dotrzeć do społeczeństwa prawie wyłącznie poprzez listy pasterskie oraz niskonakładową prasę katolicką. Jeżeli zważyć, że teksty dokumentów soborowych ukazały się w Polsce w niewielkim nakładzie w 1968 roku (uzyskano pozwolenie na druk 10 tys. egzemplarzy), i że w początkach lat siedemdziesiątych, by je szerzej udostępnić, powielano je przez kalkę na zwykłej maszynie do pisania, to nie można mieć pretensji o to, że znajomość ich treści nie mogła być w Polsce w tym czasie wystarczająca. Nie była to zresztą jedyna przyczyna.

Reformy soborowe były u nas realizowane wolno. Na szybkie ich tempo nie pozwalała ani sytuacja wewnętrzna kraju, ani świadomość eklezjalna wiernych. Większość wysiłku duszpasterskiego włożono w Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski, stopniowo i z ostrożnością wprowadzano liturgię soborową i dopiero w połowie lat siedemdziesiątych rozpoczął się poważniejszy wysiłek w kierunku przyswojenia sobie dorobku Soboru. Wysiłek ten skupiał się głównie na kilkuletnich synodach diecezjalnych, z coraz to większym uwzględnieniem ich pastoralnego charakteru. Do problematyki soborowej nawiązywały też ogólnopolskie programy duszpasterskie, a już w całej pełni nauczanie papieża Jana Pawła II, który poprzez swoje pielgrzymki do Ojczyzny, encykliki i otwarty styl duszpasterskich kontaktów z wiernymi całego świata, cierpliwie i konsekwentnie wskazywał, jak żyć Soborem i jak wcielać jego naukę w myślenie i działalność ludzi Kościoła. Lata osiemdziesiąte, mimo że z przyczyn politycznych („Solidarność”, stan wojenny) nie sprzyjały wewnętrznej pracy Kościoła, raczej eksponując jego możliwości działań i wpływów zewnętrznych, to jednak postawiły go w centrum zainteresowania społecznego, co nie pozostało bez wpływu na recepcję nauki soborowej, przynajmniej w niektórych kręgach, np. w środowiskach twórczych czy wśród ludzi opozycji politycznej.

W tych okolicznościach Kościół w Polsce dokonywał ocen, szukał sposobów skuteczniejszego przyswojenia społeczeństwu soborowego spojrzenia na człowieka, na świat i na sam Kościół. Wydaje się, że to właśnie te poszukiwania nasunęły biskupom ideę zwołania II Polskiego Synodu Plenarnego, którego myślą przewodnią stała się pogłębiona recepcja Soboru Watykańskiego II w Polsce. Jakkolwiek ocenialibyśmy przebieg i owoce tego trwającego jeszcze synodu, to przecież z jego duszpasterskich założeń wynika jasno, że przyjął on jako punkt wyjścia przekonanie o braku wystarczającej znajomości i aplikacji Soboru w Polsce.

Zaczęliśmy żyć Soborem, jego niepowtarzalną atmosferą, w której sprawy najwyższej wagi dla wiary, Kościoła i świata, przeplatały się z tanimi sensacyjkami rzucanymi przez środki przekazu, często dlatego, by zwrócić na siebie uwagę

Osobiście na tym tle widzę problem „dzieci Soboru”. Przyznaję, że mam pełną wyrozumiałość dla tego pokolenia, które – teoretycznie rzecz ujmując – mogło być wychowane w duchu Soboru Watykańskiego II, ale w konkretnej polskiej sytuacji nie było po temu sprzyjających warunków. Właśnie dlatego mam wielki szacunek dla tych rodziców – bo określenie „dzieci” sugeruje pytanie o „rodziców” – którzy w trudnych warunkach potrafili przekazać swoim dzieciom tę nowoczesną myśl Kościoła, wymagającą przecież przetrawienia w sobie wielu istotnych spraw. Oznacza to, że wbrew wszystkim trudnościom, potrafili się oni przebić przez przeciętność i utrzymać w sobie puls życia Kościoła powszechnego. Mówiąc o rodzicach, mam na myśli nie tylko tych fizycznych, których wkład w przekazanie myśli soborowej swoim dzieciom mógł być niekiedy wielki, ale myślę także o tych wszystkich osobach, wspólnotach i ruchach kościelnych, instytucjach, wydawnictwach i wreszcie Kościołach partykularnych, które podjęły się trudu wychowania młodego pokolenia w klimacie soborowym.

Nie ulega wątpliwości, że przed Kościołem w Polsce stoi nadal ogromne zadanie uczenia się Soboru. Chodzi głównie o to, by nie była to wiedza dostępna dla elit, ale by mogli ją zdobyć wszyscy wierni i umieli żyć z pełną świadomością przynależności do Kościoła Chrystusowego, podejmując w nim swoją część odpowiedzialności.

Z ogromnym zainteresowaniem patrzę na „dzieci Soboru”, czyli na tych młodych ludzi, którzy mając dziś trzydzieści lat, zostali ukształtowani przez idee Soboru Watykańskiego II i starają się myśleć i żyć jego atmosferą. W tym pokoleniu pokładam wielką nadzieję na przyszłość Kościoła w Polsce.

Tekst ukazał się jako przedmowa do książki  „Dzieci soboru zadają pytania”, Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 1995.