Można mieć niemieckie ciotki i wujów (takich, którzy ani trochę nie znają języka polskiego), domieszkę krwi „z drugiej strony granicy” a przy tym być w pełni Polakiem, przeżywającym świadomie bolesną historię swojej małej i dużej ojczyzny.

Po obejrzeniu wspaniałego filmu „Kamerdyner” i publikacji w internecie reportażu „Na śmierć i życie” Cezarego Gawrysia z 2007 roku, do którego powstania pośrednio się przyczyniłem, chciałbym podzielić się garścią refleksji. Choć nie jestem Kaszubem (pochodzę z powiatu na północy województwa kujawsko-pomorskiego), problematyka przedstawiona w filmie Filipa Bajona niemal w pełni wiąże się z moimi rodzinnymi stronami. Dopowiedzenie opieram po części na historii rodzinnej, która była treścią wspomnianego wyżej tekstu, ale także na własnych przemyśleniach i moim „czuciu” tematyki pogranicza kultur i narodów.

Dziadkowie mieli gromadkę dzieci, która – jak to wówczas – dość szybko się powiększała. Dzieci chodziły do polskiej szkoły, bawiły się z rówieśnikami, pracowały w polu. Czuły się Polakami – mieszkały w Polsce, rozmawiały z ojcem i między sobą po polsku, z matką zaś po niemiecku. W rodzinie, można rzec, niemiecki dominował „odgórnie” (matka, rodzice między sobą), a polski coraz bardziej podważał tę dominację „oddolnie”. Dzieci były więc dwujęzyczne, ale z polską samoświadomością. Z niemieckim kuzynostwem ze strony matki rozmawiały po niemiecku, z polskimi dziećmi po polsku. To było zupełnie naturalne. Na terenach etnicznie mieszanych te języki się przenikają. Polszczyzna została „wzbogacona” słowami niemieckimi, niemczyzna polskimi. Mimo to człowiek dobrze wie kim jest. Każdy dorasta ze świadomą przewagą jednego żywiołu. Co jednak bardzo ważne – bez odrzucania tego drugiego. Bo właściwie dlaczego miałby go odrzucać?

Niemądra polityka władz polskich przed wojną nie pomagała w budowaniu pokojowych więzi między ludźmi. Gdy po odzyskaniu niepodległości pozbawiono obszarników niemieckich praw własnościowych do ich majątków, natychmiast ustawiono wpływową grupę ludzi na wrogich pozycjach. „Kamerdyner” doskonale to pokazuje.

W dawnym powiecie przygranicznym ludzie o narodowości polskiej, niemieckiej i mieszanej żyli ze sobą w przyzwoitych stosunkach, generalnie w zgodzie

Polityka dotykała wszystkich, także tych trudno wiążących koniec z końcem. Ktoś „życzliwy” doniósł władzom wojewódzkim, że w domu babci i dziadka rozmawia się po niemiecku. Rodzina została obligatoryjnie przesiedlona do powiatu gostyńskiego w Wielkopolsce. Rodzice i ich dzieci musieli zostawić własny skromny dom i z ubogim ruchomym dobytkiem przetułali się koleją w nowe miejsce. Tyle że tam babcia nadal mówiła po niemiecku – w domu i poza domem. W międzywojennej Wielkopolsce każdy znał przecież ten język. Dotkliwe koszty osobiste zostały poniesione, upokorzenie przeżyte. Cel – „przymusowa polonizacja” – nieosiągnięty.

Mimo takich i podobnych posunięć władz, w dawnym powiecie przygranicznym ludzie o narodowości polskiej, niemieckiej i mieszanej żyli ze sobą w przyzwoitych stosunkach, generalnie w zgodzie.

Dojście Hitlera do władzy i powstanie Trzeciej Rzeszy a następnie druga wojna światowa całkowicie zburzyły ten porządek. W tekście „Na śmierć i życie” zauważyłem bardzo skrótowo, ile miejscowa ludność wycierpiała, ile ofiar poniosła. Pierwsze miesiące okupacji i masowe mordy mocno przetrąciły Polakom kręgosłup (znowu film „Kamerdyner” i jego najboleśniejsze sceny – podobne opowieści znane mi są z opowieści ojca, lekcji historii, wart harcerskich przy grobach). Po wcieleniu do Rzeszy i szybkim wymordowaniu wszystkich, którzy mogli stanowić zarzewie jakiegokolwiek oporu, Niemcy „mieli z Polakami spokój” na resztę koszmarnych lat.

Bolesna pamięć krwawych ofiar była pielęgnowana jeszcze przez długie lata po wojnie. Z pietyzmem dbano, i nadal się dba, o miejsca kaźni. Pamiętali ci, którzy wówczas stracili ojca, matkę, sąsiada, szanowanego nauczyciela, znajomą bibliotekarkę czy proboszcza. Ich dzieci nie zapominają również dzisiaj.

Naturalna powojenna antyniemieckość była – niestety – wzmacniana przez politykę PRL-u. Rodzimi Polacy w powiecie zostali przez władze wojewódzkie uznani za element „zainfekowany germaństwem” i określani jako „ukryta opcja niemiecka”. Autochtoni mieli szklany sufit. Władze gminne i powiatowe nie były rekrutowane spośród miejscowych, tylko pochodziły z drugiej strony Wisły, z ziem dawnego zaboru rosyjskiego. Przybysze „z Kongresówki” („prawdziwi Polacy”) odnosili się do miejscowych nieufnie i z wyższością.

Brzemię stało się piętnem. W mojej rodzinie również. Ojciec dla przedstawicieli władz był „Niemcem”. Poradził sobie, zrobił bowiem doktorat w czasach, gdy było jeszcze bardzo niewielu magistrów. Pod względem wykształcenia przewyższył wszystkich w miasteczku o co najmniej głowę. To było bardzo skuteczne posunięcie w warunkach Polski powiatowej lat sześćdziesiątych, ale w późniejszych też. Ojciec znalazł swój sposób, większość jednak musiała pogodzić się z etykietą mniej wartościowego, niepełnego i „niepewnego” Polaka.

Jeśli władze skłaniają obywateli do prześcigania się w zapewnieniach o patriotyzmie, gdy podgrzewają atmosferę podejrzliwości i podziałów – ludzie pogranicza odmówią udziału w takich zawodach

Mieszkańcy terenów przygranicznych oczekują dziś zrozumienia dla swojej złożoności kulturowo-etnicznej, uznania przeżytych cierpień i poniesionych ofiar na równi z ofiarami i cierpieniami Polaków z centralnych obszarów kraju. Można mieć niemieckie ciotki i wujów (takich, którzy polskiego nie znają ani trochę), mieć domieszkę krwi „z drugiej strony granicy” a przy tym być w pełni Polakiem, przeżywającym świadomie bolesną historię swojej małej i dużej ojczyzny.

Gdy władze państwowe podchodzą do etniczności mieszanej w sposób mądry, nacechowany tolerancją, przyciągają ludzi noszących w sobie i harmonijnie łączących różne tradycje. Sprawiają, że polski element powoli, ale konsekwentnie i w sposób naturalny umacnia się w jednostce, z czasem zaś zaczyna całkowicie dominować. Odniesienia niepolskie nie zagrażają polskości, tylko ją przyozdabiają. W ten sposób tworzy się bogactwo, tak jak zapożyczenia wzbogacają język, który nadal jest językiem polskim.

Jeśli zaś władze skłaniają obywateli do prześcigania się w zapewnieniach o patriotyzmie, gdy przypisują całym zbiorowościom „ukryte opcje” i  głośno mówią o „różnych sortach”, gdy podgrzewają atmosferę podejrzliwości i podziałów – ludzie pogranicza odmówią udziału w takich zawodach. Nie będą chcieli w nich uczestniczyć.

Mariusz Buława jest ekonomistą, absolwentem kierunku Handel Zagraniczny na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Pochodzi z Sępólna Krajeńskiego w województwie kujawsko-pomorskim, mieszka w Poznaniu. Krótko pracował jako nauczyciel języka angielskiego w III Liceum Ogólnokształcącym w Poznaniu, następnie w bankowości korporacyjnej i w zarządzaniu finansowym w przedsiębiorstwach z kapitałem polskim i zagranicznym.