Konsens liberalno-konserwatywny obowiązywał do roku 2010. Potem Kościół doszedł do wniosku, że sojusz z liberałami już mu się nie opłaca. Choćby dlatego, że hierarchia kościelna przestraszyła się coraz bardziej postępującej laicyzacji – mówi Andrzej Leder.

Sebastian Duda: Rok 1966 – milenium chrztu, a potem pontyfikat Jana Pawła to chyba apogeum władzy Kościoła nad duszami Polaków?

Andrzej Leder: Dariusz Gawin stawia tezę, że ostateczne spolonizowanie ludu polskiego nastąpiło nie w 1920 r., lecz właśnie w 1966 r. wraz z milenijnymi obchodami i wędrówką kopii obrazu Czarnej Madonny przez Polskę. Uważam jednak, że warunkiem tej polonizacji pod auspicjami katolicyzmu było wcześniejsze zregresjonowanie tożsamości polskiej do jądra ludowego z silnym komponentem religijnym. Religia i poczucie narodowe stopiły się wtedy na dobre. Oczywiście wymordowanie Żydów i wypędzenie – albo asymilacja – innych mniejszości religijnych w okresie 1939-1956 bardzo temu sprzyjały.

A jak widzi Pan znaczenie tego stopu katolicyzmu z polskością po roku 1989?

– We wczesnym okresie transformacji nacjonalizm był bardzo słaby, ponieważ pokolenie, które tej transformacji dokonywało, miało jeszcze w kościach męczący i zdyskredytowany nacjonalizm propagowany za PRL. Szczególnie od końca lat 60. PRL była ewidentnie państwem nacjonalistycznym: antyżydowskim, antyniemieckim i oficjalnie prorosyjskim. Ideologia komunistyczna przesycona została nacjonalizmem dawnego, endeckiego chowu.

„Jest ONR-u spadkobiercą Partia”…

– Tak, Miłosz i inni zwracali na to uwagę. Tu coś bardzo aktualnego: logika polskiego nacjonalizmu polega na tym, że musi on być prorosyjski i antyniemiecki. Wystarczy posłuchać Kornela Morawieckiego. Wynika to z tego, że Niemcy kulturowo i cywilizacyjnie są silniejsze. Rosja jest, co prawda, mocna militarnie, lecz cywilizacyjnie słabsza, w każdym razie tak oceniają ją Polacy. Polscy nacjonaliści wybierają zatem sojusz z Rosją i występują przeciwko Niemcom. Dziś oznacza to – przeciw Unii Europejskiej.

Tezy Dmowskiego wiecznie aktualne.

– Jak najbardziej. Jednak początkowo po 1989 r. nacjonalizm był w Polsce słaby. Nie miał mocy przyciągania dla dochodzącej do władzy elity i tworzącej się klasy średniej, zorientowanej na Zachód, przede wszystkim na świat anglosaski, po drugie – na Europę. Ta nowa, liberalna z ducha elita dopuściła jednak do tego, że sfera symboliczna pozostała w rękach nacjonalistycznie zorientowanego konserwatyzmu, w dużym stopniu związanego z Kościołem katolickim.

Zaznaczył się wtedy charakterystyczny podział stref wpływów. Projekt instytucjonalnej przebudowy państwa, tworzenia liberalnej demokracji przedstawicielskiej – z jej tak dyskutowanymi teraz wartościami, jak trójpodział władzy, parlamentaryzm, samorządność – wzięli liberałowie. Kulturę i tożsamość pozostawiono Kościołowi i – w sensie programowym niezmieniającemu się od XIX wieku – systemowi edukacji.

Demokracja III RP była demokracją 50 proc. Ogromna część społeczeństwa nie czuła się u siebie, bo ponosiła koszty ekonomicznej transformacji

Ten podział stref wpływów ma swe korzenie jeszcze w latach 70. – w słynnej książce Adama Michnika „Kościół, lewica, dialog”. Dodam, że jej tytuł właściwie powinien brzmieć: „Kościół, liberałowie, dialog”; Michnik nie był bowiem już wtedy lewicą. Dostał na tę propozycję pozytywną odpowiedź od „personalistycznej linii” w polskim Kościele, była nią praca „Polski kształt dialogu” Józefa Tischnera. Polityczną stronę w tym sojuszu projektowali liberałowie, moralność publiczną – Kościół. Na przykład – to właśnie pod koniec lat 70. w dyskursie publicznym na temat aborcji pojawiła się retoryka „dziecka poczętego”, której oficjalnie używał Kościół, a którą liberałowie – wbrew temu, co ideowo przyjmowali – zaczęli traktować jako dopuszczalną i oczywistą.

Czyli, Pańskim zdaniem, liberałowie zawarli sojusz z Kościołem, bo najważniejsze było dla nich odzyskanie niepodległości?

– Raczej obalenie autorytarnej dyktatury. Jednak po 1968 roku zdawali sobie świetnie sprawę, że – aby zyskać siłę wystarczającą do przeciwstawienia się dyktaturze komunistów – trzeba mieć zaplecze masowe, które miał gwarantować Kościół. I mieli chyba naprawdę nadzieję, że z chwilą nastania demokracji liberalnej kontrowersyjne kwestie znajdą pożądane dla nich rozwiązanie.

Konsens liberalno-konserwatywny obowiązywał do roku 2010. Wcześniej – w imię „sukcesu transformacji” czy „akcesu do Unii Europejskiej” – żadna ze stron nie była gotowa go zrywać. Konflikt polityczny (a także kulturowy) był w tym okresie skutecznie wytłumiany. Pierwsze objawy końca tego modelu pojawiły się w latach 2004–2005, gdy Polska weszła do UE i zmarł papież Jan Paweł II.

Wtedy też powstał pierwszy rząd PiS.

– Owo zwycięstwo było, jak sądzę, pierwszym sygnałem, że Kościół zmienia sojusznika. PiS był już wtedy popierany przez większą część hierarchii polskiego Kościoła, wśród której dominował i dominuje głęboki, antymodernizacyjny konserwatyzm. Kościół doszedł do wniosku, że sojusz z liberałami już mu się nie opłaca. Choćby dlatego, że hierarchia kościelna przestraszyła się coraz bardziej postępującej laicyzacji.

Ludzie, którzy praktycznie nie mają nic (majątku, pracy, wykształcenia) mają jednak jakąś tożsamość. Ta zaś może być dowartościowywana przez pogardę względem innych

A jednocześnie straciło wpływ pokolenie „personalistyczne”. Na jego miejsce weszło inne – o mentalności zdecydowanie „kontrreformacyjnej”. Stąd zwrot w kierunku nacjonalizmu. Tymczasem w społeczeństwie dorosło nowe, wychowane już po 1989 r., pokolenie. Nie pamiętało nacjonalistycznej retoryki PRL, a retorykę liberalną kojarzyło z wykluczeniem ekonomicznym. Liberalizm w stroju neoliberalnym stał się nieatrakcyjny, więc część młodych ludzi zwracała się w podobnym kierunku co Kościół.

Do PiS-owskiej ideologii przystało dziś również wielu z tych, którzy uznali, że nie odnieśli odpowiedniego do swych aspiracji sukcesu ekonomicznego. Ta wizja ideowa kongenialnie łączy w sobie nacjonalizm z troską o wykluczenie, dmowszczyznę z piłsudczyzną.

– Zamiana liberalizmu na nacjonalizm z socjalizującym wkładem wielokrotnie już miała miejsce w historii. Gdy rządzą liberałowie, zawsze część społeczeństwa jest wykluczona z dostępu do dobrobytu. Podobnie demokracja III RP była demokracją 50 proc. Ogromna część społeczeństwa nie czuła się u siebie, bo ponosiła koszty ekonomicznej transformacji. Co więcej, byli to ludzie stanowiący w dużym stopniu siłę dawnej „Solidarności” – w Polsce robotnicy zostali przez transformację potraktowani jak najgorzej. Wygrała wielkomiejska klasa średnia, której część zresztą istniała już w PRL: urzędnicy, wolne zawody, nowe kadry korporacji, w mniejszym stopniu nauczyciele. A wielu zaangażowanych w „Solidarność” ludzi, którzy do inteligencji wielkomiejskiej nie należeli, poczuło, że nowy ustrój wyraźnie ich odtrąca. Z tego powodu szukali dla siebie innej opcji niż dominujący w polityce liberalizm.

Dlaczego jednak przemówił do nich nacjonalizm, a nie np. „nowa lewica”?

– Grzechem pierworodnym lewicy w Polsce po 1989 r. był brak odcięcia się i rozliczenia z ludźmi komunistycznej dyktatury. Błędem było nieprzeprowadzenie cywilizowanej lustracji (potrafili to zrobić Niemcy). Z dekomunizacją mam już większy problem, bo np. Czesi przeprowadzili dekomunizację i niespecjalnie im to pomogło. Jednak mogłoby być tak, że komunistyczni aparatczycy nie pełniliby w nowym ustroju stanowisk publicznych. Sądzę, że brak tego rodzaju działań bardzo skomplikował sytuację, bo SLD zmonopolizował dyskurs „lewicowy”, a był przez lata w istocie partią neoliberalizmu gospodarczego i konserwatyzmu obyczajowego. Nie mógł zatem spełniać nadziei wielkiej rzeszy wykluczonych ekonomicznie przez transformację. I to miejsce zajęli „narodowi socjaliści”. Nowa lewica musi swoją pozycję praktycznie budować od zera.

Tu znowu historia mogłaby być niezłą nauczycielką. Narodowy socjalizm zawsze był atrakcyjną propozycją dla wykluczonych. Choćby dlatego, że ludzie, którzy praktycznie nie mają nic (majątku, pracy, wykształcenia) mają jednak jakąś tożsamość. Ta zaś może być dowartościowywana przez pogardę względem innych. Nie trzeba tej tożsamości nawet specjalnie pielęgnować. Wystarczy wyrażać gniew i pogardę, myśleć dobrze o „swoich”, a źle o „obcych”. To dość tani, ale skuteczny sposób budowania kapitału społecznego.

Nacjonalizm sprzężony z socjalizmem odwołuje się więc do ludzi, którzy nie mają ani majątku, ani szczególnego kapitału kulturowego, ani szczególnej pozycji społecznej. Jest dla nich atrakcyjny, bo odbierają go jako realne wsparcie dla ich aspiracji. Bardzo liczne zaniedbania III RP, choćby brak wsparcia dla rodzin, stopniowo przyczyniały się do promocji nacjonalizmu. Duża część wyborców PiS głosowała kiedyś na SLD czy Samoobronę.

Andrzej Leder — ur. 1960. Filozof kultury, dr hab., studiował też medycynę, jest psychoterapeutą. Kieruje Zespołem Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Autor książek i esejów, m.in. „Przemiana mitów, czyli życie w epoce schyłku”, „Nieświadomość jako pustka”, „Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej”.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, jesień 2018