Każdy z nas szuka małych uniesień, największe emocje kryją się w drobnych gestach, zaś uważność i pochylenie się nad każdym dniem sprawiają, że jesteśmy bardziej ludzcy. O tym myślę po ostatnim wieczorze Nagród „Nike”.

W corocznym czekaniu na ogłoszenie wyników Nagrody Literackiej „Nike” nie skupiam się na analizowaniu tego, kto zostanie laureatem. Zdecydowanie więcej frajdy sprawia mi szukanie wspólnego mianownika w nominacjach. Jaki obraz naszego społeczeństwa wyłania się z książek nominowanych do najważniejszej nagrody literackiej w Polsce? Co jest elementem wspólnym? Na co autorzy starają się nas uwrażliwić?

Wybitny pisarz i poeta Paweł Hertz twierdził, że ludzie we wszystkim, co pisane, bezustannie szukają wiedzy i poezji. Tegoroczne nominacje do „Nike” zdają się odzwierciedlać jego słowa. Chronicznie szukając wzruszeń, wybrałam kilka tytułów, w których poezja codzienności budzi wrażliwość i łagodzi kontury zwykłego życia.

Nominowany w tegorocznej edycji Wojciech Bonowicz zauważa, że „pierwsza myśl jest zawsze najlepsza”. Szukając tej pierwszej myśli, którą najlepiej mogłabym opisać emocje wzbudzone po przeczytaniu wszystkich siedmiu finałowych książek (i kilku nominacji, które w finałowej siódemce się nie znalazły), zapatrzyłam się w widok za oknem mojego tymczasowego mieszkania. Migające neony obdrapanego całodobowego, monotonny turkot przejeżdżających co chwila tramwajów, urywane rozmowy osób spieszących się do pracy, śmiech, przekleństwa, szczekanie psa, wdeptywanie niedopałków. Nie widziałam ani kawałka niebieskiego nieba, nie zauważyłam kojącej zieleni drzew. Świat za oknem tworzyły beton i chmury, szarość i zmęczone, niedoskonałe twarze. „Poezja – pomyślałam – wszystkim nam w życiu potrzeba poezji”.

Chyba przestaliśmy zauważać małe rzeczy, które są wokół nas. Chyba trochę zapomnieliśmy o poezji w naszej codzienności. Czytamy o shinrin yoku, uprawiamy jogę, oglądamy serial o medytacji według Osho, a marząc o japońskim drzewku hinoki, potykamy się o nierówny chodnik na osiedlu, mijając własne „tu i teraz”. A „tu i teraz” to rzeczy, których nie wyrzucił Marcin Wicha. To ławki, na których siadał Paweł Sołtys. „Tu i teraz” to „Wymazane” Witkowskiego, to światła miasta pod światłami gwiazd Andrzeja Dybczaka. To ludzie czekający na pociąg i schnące pranie u Wojciecha Bonowicza. Brakuje nam wzruszeń, szukamy ich za daleko.

Z fascynacją przyglądam się szukaniu poezji w prozie życia. Drobne wzruszenia poruszają mnie najbardziej. Wybór finałowej siódemki „Nike” 2018, a także werdykt jury i nagroda publiczności utwierdziły mnie w przekonaniu, że każdy z nas szuka małych uniesień, że największe emocje kryją się w najdrobniejszych gestach, a uważność i pochylenie się nad każdym swoim dniem sprawiają, że jesteśmy bardziej ludzcy. Po prostu.

Nie tylko Wicha, ale także Sołtys w „Mikrotykach” i Bonowicz w „Drugiej ręce” zdecydowali się przedstawić codzienność. Prawdę, którą na co dzień zdarza nam się omijać szerokim łukiem

Początkowo zdziwił mnie wybór finalistów, wśród których były aż trzy tomiki poezji i ani jednej powieści. Ale jak to tak, taka ważna nagroda, a tu ani jednego opasłego tomiszcza? Po zapoznaniu się z propozycjami, pomyślałam jednak: formy krótkie, bo i świat jakiś taki krótszy, szybszy.

Takie też są „Mikrotyki” Pawła Sołtysa, taki jest tomik „Druga ręka” Wojciecha Bonowicza, a także esej (forma wciąż nie jest do końca określona) zwycięzcy, czyli „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy. Nie ma w nich miejsca na ckliwą melancholię, sentymentalizm. Jest za to czułość. Jest ostry kadr. Każda z książek to delikatne dźgnięcie palcem w środek oka. Chwilowo znika otaczający świat, po to, by zamigotały kolorowe, wirujące plamki. A potem świat wyłania się znowu. Ale ostrzejszy, bardziej kolorowy. Szczegóły, które dotychczas nie wydawały się istotne, zwracają uwagę i stają się integralną częścią własnego świata czytelnika.

U Marcina Wichy to przedmioty jako pierwsze wyłaniają się po aktywowaniu ośrodka naszej wrażliwości. Rzeczy odgrywają tu ogromną rolę w budowaniu relacji. Są tłem, które nagle staje w blasku reflektorów i przypomina o osobie, do której należały. Są świadectwem po pokoleniu, któremu obiecywano piękne życie. Porządkowanie drobiazgów po zmarłej matce staje się przyczynkiem do subtelnych opowieści o niej samej, o własnym dzieciństwie i katapultuje nas do codzienności w PRL-u. Mimo podkreślenia marności pełnego estetycznych koszmarków okresu, Wicha nie przedstawia go w biało-czarny sposób. Sam fakt posiadania stał się powodem radości. Rzeczy były otaczane szacunkiem, traktowane jak zdobycze, trofea. Ciężko było rozstać się z nimi, nawet po kilkudziesięciu próbach reanimacji.

Kapitalizm, wraz ze swoim nadmiarem, przyszedł szybko i gwałtowanie zamknął drzwi punktów naprawczych, w rewanżu otwierając szerzej wrota supermarketów. „Poligrafia zastąpiła wyobraźnię (ale za to w sklepach pojawiła się gorgonzola)”. Dla wielu ludzi taki świat okazał się rozczarowaniem. Przedmioty przestały mieć w sobie duszę. Przestaliśmy się do nich przywiązywać, dbać o nie, traktować jako stałe elementy naszego życia. Otaczające nas rzeczy mają teraz konkretny cel, a spełniwszy go, mogą zostać wyrzucone na śmietnik. Nie wzruszają, nie ma w nich poezji.

„W latach sześćdziesiątych wydawcy jeszcze nie wstydzili się małych książek. Drukowali cienkie tomiki, nie kombinowali z rozmiarem marginesu, stopniem pisma, ani interlinią (…). Współczesne książki (…) robią się coraz grubsze i coraz lżejsze. Głównie dzięki technologii spulchniania papieru” – pisze Wicha. Bonowicz z kolei w wierszu „Staruszek” „nie potrafi wyrzucić ubrań, które są za małe”. Rzeczy, które są z nami przez długi czas przesiąkają naszymi emocjami, wzbudzają czułość, tworzą historię, zostawiają po nas ślad. Czy nadal potrafimy to zauważać?

Nie tylko Wicha, ale także Sołtys w „Mikrotykach” i Bonowicz w „Drugiej ręce” zdecydowali się przedstawić codzienność. Prawdę, którą na co dzień zdarza nam się omijać szerokim łukiem. Bohaterów skrzywionych, niedoskonałych, ale autentycznych. Poezja tej codzienności jest trudna, ale piękna i niezwykle uwrażliwiająca.

„Ten świat jest opętańczo piękny, nie dlatego że jest, ale że ja go tak widzę” – pisał Bohumil Hrabal. Jedno z opowiadań Sołtysa o tytule będącym nazwiskiem wyżej wymienionego pisarza przedstawia także zgodę na niedoskonałość tego świata, niezrozumienie podszyte subtelną tęsknotą. „Rozmawiały o jakichś idiotyzmach. Dużo było w tej rozmowie anglicyzmów wklepanych polską fleksją, żeby nie wystawały, jakieś wakacje w Mielnie i picie wódki z jakimś Andrzejem. Pojąłem, że jestem dziadem i że to nie są żadne idiotyzmy, tylko życie, choć opowiadane w języku, który już nie jest mój. Ktoś go wziął i przemalował na seledynowo. Byłem przez te kilka minut w Kraju Młodych Dziewczyn” – czytamy.

To, co w szczególny sposób zwróciło moją uwagę to nieśmiało przemycone przepisy na proste i szczęśliwe życie. „Trzeba mieć oczy na poziomie wzroku dziecka” – pisze Wicha. „Boże, uczyń mnie czymś mniejszym” – prosi Bonowicz. „Patrzeć na świat jak sześcioletnia dziewczynka na ojca, wspinając się bezwiednie na palce, aż słychać chrobot kostek stóp. Tak patrzeć” – zauważa Sołtys. Gdzieś w tym wszystkim jest niezgoda na dosłowność, jest marzenie o wyostrzonym kadrze i pragnienie poezji w życiu. W końcu kto ma w sobie więcej wrażliwości na codzienność niż dziecko?

Znowu zapatrzyłam się w szary świat za oknem. Jest zimno, więc ludzie idą szybciej, kuląc się w sobie, chuchając w czerwone dłonie. Na przystanku ktoś podpala papierosa, wypuszcza dym prostą strużką. Gdzieś znowu zaszczekał pies, gdzieś bez ceregieli przeklęła głośno kobieta. Pod moim oknem przeszli objęci zakochani o zaróżowionych twarzach. Odłożyłam książki na półkę i pomyślałam sobie, że to właśnie w tym rzeczowym świecie chcę dalej szukać poezji. I prostych wzruszeń.