Wypytując w Karczowicach o bohaterską rodzinę Kisielów, nagle dowiedziałem się o tragicznym wydarzeniu, które nigdzie nie zostało opisane. Następnych rozmówców zacząłem pytać: „A jak to było z tymi Żydami w szkole?”.

„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat” – ten cytat z Talmudu widnieje na Medalach Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata wręczanych przez jerozolimski Instytut Jad Waszem osobom, które w czasie Holokaustu ocaliły życie jakiegoś Żyda. A co powiedzieć o tych, którzy uratowali wiele światów?

Z historią uratowania jedenastu Żydów w gospodarstwie Marianny i Aleksandra Kisielów z Karczowic zapoznałem się przed kilkunastu laty. Z okazji 65. rocznicy Zagłady Żydów z ziemi olkuskiej wydaliśmy wtedy książkę, w której opublikowane zostały przechowywane w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie niektóre powojenne relacje odnoszące się do tego terenu[1]. Wśród nich znalazło się zeznanie Aleksandra Kisiela złożone przed Żydowską Komisją Historyczną w Katowicach 24 czerwca 1947 r. oraz zeznanie jednej z uratowanych przez niego Żydówek, Heleny Lederman, złożone 1 września 1947 r. przed Komisją w Łodzi. Zachwyciła mnie opisana historia, a właściwie to postawa głównych jej bohaterów, czyli rodziny Kisielów. Dla kogoś lubującego się w statystykach liczba 11 może nie wyglądać imponująco przy setkach i tysiącach uratowanych osób przez najbardziej znanych Sprawiedliwych, ale biorąc pod uwagę warunki i możliwości jednych i drugich, dokonania Kisielów wcale nie były mniejsze. Przede wszystkim zaś poprzez relacje przebijały sylwetki prostych, ale wspaniałych ludzi. I przecież działo się to tak niedaleko. Gdy ukazała się książka, wybrałem się więc do Karczowic, żeby spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.

Ślady Sprawiedliwych

Spotykani we wsi miejscowi ludzie dość podejrzliwie patrzyli na mnie, kiedy pytałem ich o dom Kisielów. Ale po stosunkowo niedługich poszukiwaniach udało mi się stanąć przed wskazaną kępą drzew leżącą w środku pola. W chaszczach, przez które nie udało mi się przebić, zobaczyłem jednak tylko resztki rozwalających się zabudowań byłego gospodarstwa Marianny i Aleksandra. Nikt z tej rodziny od dawna już w wiosce nie mieszkał. Czy żyją i gdzie mieszkają ich potomkowie? Na to pytanie też nikt spotkany nie potrafił mi odpowiedzieć. Niektórzy pytali wręcz, czy to przypadkiem nie moja rodzina. Wydawało się, że już nic więcej w Karczowicach się nie dowiem.

Pojechałem zatem do sąsiedniego Mstyczowa, gdzie w księgach metrykalnych kościoła parafialnego odnalazłem akty zgonu Aleksandra (1958 r.), Marianny (1961 r.) oraz najstarszego ich syna, Józefa (1963 r.). Dowiedziałem się też, że pół roku przed śmiercią Aleksandra jego najmłodszy syn, Adam, ożenił się.

Udałem się następnie na mstyczowski cmentarz. Chodząc po nim, rozglądałem się po inskrypcjach i zaczepiałem starszych ludzi, czy może znali Kisielów i wiedzą, gdzie są ich groby. Wreszcie trafiłem na jedną panią, która podprowadziła mnie kawałek i pokazała między obmurowanymi nagrobkami niewielkie wybrzuszenie w ziemi porośnięte wysokim, częściowo dobrze już podeschniętym zielskiem, z którego wystawał lekko przechylony w bok, czarny metalowy krzyż. Zarys grobu ledwie widoczny, żadnej tabliczki, czy jakiegoś napisu.

– To grób Kisiela – powiedziała. – Wiem stąd, bo tuż obok jest grób moich rodziców, to jak sprzątam na Wszystkich Świętych, to i tu trochę sprzątnę, lampkę zapalę. Bo jakże by to tak wyglądało. Od wielu lat nie przypominam sobie, żeby tu ktoś był na grobie czy jaka jeszcze lampka się świeciła.

– A który tu Kisiel leży?

– No, ten, co go prąd zabił.

– Aha, to grób Heńka – skwitowałem. Tyle już zdążyłem się wcześniej we wsi dowiedzieć, że ostatni mieszkający w Karczowicach na gospodarce Kisiel (chodziło o Józefa, najstarszego syna Marianny i Aleksandra) zwany był Heńkiem i zginął porażony prądem z instalacji elektrycznej w swoim domu; długo wcześniej chorował i był tak biedny, że nie było nawet w co go ubrać do trumny, więc ówczesny proboszcz, ks. Nowaczek podarował swoje ubranie, żeby jakoś go pochować.

– A rodzice Heńka też tutaj są pochowani? – dopytałem jeszcze.

Pani poprowadziła mnie niedaleko, pokazała ręką grupę kilku starych krzyży wystających z wysokiej, pożółkłej trawy i rzekła:

– To któreś z tych grobów, ale nie wiem które.

Podszedłem, próbowałem odszukać jakieś ślady. Na jednym ze wskazanych grobów, w trawie znalazłem starą tabliczkę nagrobną, ale tak przerdzewiałą, że już pewnie od wielu lat nic z niej nie dało się odczytać. Zadumałem się chwilę, pomodliłem za Kisielów i naszła mnie gorzka myśl: „A więc to tak wyglądają groby ludzi ratujących cały świat”.

W niezbyt optymistycznym nastroju opuściłem mstyczowski cmentarz. Tego dnia dowiedziałem się jednak jeszcze czegoś, po czym mój podziw dla Kisielów znacznie wzrósł. Wróciłem bowiem do Karczowic, ponieważ wskazano mi kilku starszych mieszkańców wsi, których mógłbym o Kisielów zapytać i być może uzyskać jakieś informacje. Jedną ze wskazanych kobiet wypytywałem o Kisielów, których, oczywiście, znała, ale niewiele potrafiła o nich powiedzieć. Próbowałem jakoś naprowadzić, pytałem o wojnę, Żydów… I nagle wtedy padły dziwne, trochę jakby nieposkładane słowa, mniej więcej w takim brzmieniu: „jak ich zastrzelili, tam gdzie zakopali na drugi dzień jeszcze się ziemia ruszała o tak”. Mówiąc to, pani z wyrazem przerażenia na twarzy, rękami pokazywała jak się ta ziemia ruszała. Zaskoczony i zaintrygowany zacząłem dopytywać:

– Kogo zastrzelili? U Kisielów???

– Nie u Kisielów. Tych Żydów, co tu w szkole zamknęli.

– To Niemcy w Karczowicach Żydów w szkole zamknęli?

– Jacy Niemcy?! Nasi! Tu żadnych Niemców nie było. Niemcy to się bali do wsi przyjeżdżać, bo tu wkoło partyzanty były.

– To w którym miejscu we wsi tych Żydów zastrzelili?

– Nie we wsi. W Wolbromiu. Jak ludzie na drugi dzień pojechali na targ, to widzieli, że tam, gdzie ich zakopali, ziemia się jeszcze ruszała, o tak.

Dla kogoś lubującego się w statystykach liczba 11 może nie wyglądać imponująco przy setkach i tysiącach uratowanych przez innych Sprawiedliwych, ale biorąc pod uwagę warunki i możliwości jednych i drugich, dokonania Kisielów wcale nie były mniejsze

I pani znów rękami zaczęła demonstrować, jak się ta ziemia ruszała. A ja kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi, gdyż przekazywane przez nią informacje nijak mi się w całość nie mogły połączyć. Dalsze próby jej dopytywania też na niewiele się zdały, bo przejęta rozmówczyni tylko powtarzała – „Boże! I po co to było?”.

Po tej rozmowie byłem nieco skołowany. Za to następnych rozmówców dopytywałem już nie tylko o Kisielów, ale w trakcie rozmowy rzucałem zazwyczaj pytanie: „A jak to było z tymi Żydami w szkole?”. I wtedy zwykle padała odpowiedź z wyczuwalną nutą zdziwienia, a zarazem konfidencji: „A to pan wie o szkole”. Brzmiało to trochę jak formuła przyjęcia do grona „swoich” – znających wioskowe tajemnice. Dawało mi to pewne fory, bo jak się można domyślić, do obcych na ten temat nie mówiło się nic. Z drugiej jednak strony ograniczało, skoro bowiem wiedziałem, to nie mogłem pytać o rzeczy dla „swoich” oczywiste. Z ostrożnych odpowiedzi udawało się mimo wszystko wyławiać kolejne puzzle do składanego obrazu wydarzenia.

Nie ze wszystkimi wskazanymi ludźmi udało mi się wówczas porozmawiać. Z bliskimi tych, których nie zastałem, ustaliłem jednak, że przyjadę na rozmowę za kilka dni. Czas ten wykorzystałem na doczytanie dokumentów i opracowań historycznych, które mogłyby mieć jakiś związek z wydarzeniem, o jakim się dowiedziałem. I zaczął mi się zarysowywać w miarę spójny jego obraz. Ale też pojawiło się sporo nowych pytań oraz kwestii, które trzeba było doprecyzować bądź zweryfikować na miejscu. Kiedy następnym razem zajechałem do Karczowic, rozmówcy bali się jednak powiedzieć na ten temat choćby jednego słowa. Sukcesem było, gdy niektórzy z nich zgodzili się, bym to ja mówił, a oni skinieniem głowy potwierdzali lub zaprzeczali podawanym przeze mnie informacjom.

Skąd ten lęk? Okazało się, że wkrótce po tym, gdy byłem tu poprzednim razem, niektórzy z moich rozmówców mieli wizytę agresywnie zachowujących się sąsiadów wypytujących: co to za facet tu przyjeżdża?, czego tu szuka?, co ksiądz w tym wszystkim robi? (mstyczowski proboszcz pamiętał mnie z czasów, kiedy był wikarym w Olkuszu, i oferując pomoc w moich poszukiwaniach wiadomości o Kisielach, zaanonsował mnie dwóm paniom oraz asystował przy jednej z rozmów), co powiedzieli? I przykazali, żeby lepiej trzymali gębę na kłódkę. Samotnie mieszkającej starszej pani zagrozili nawet wprost, że może jej się coś stać. Oczywiście, wiadomość o tym rozeszła się natychmiast pocztą pantoflową po całej wsi i skutecznie zamknęła usta innym.

Uwięzieni w szkole i rozstrzelani

Czas już by opisać samo wydarzenie. Zważywszy na przedstawione powyżej okoliczności i ograniczenia, pamiętać trzeba jednak, że szkicowany obraz może być niedokładny i niepełny.

Pewnego dnia gdzieś w środku okupacji na drodze prowadzącej przez Karczowice pojawiła się kolumna furmanek, najprawdopodobniej kilkunastu (rozmówcom trudno było wskazać konkretną liczbę). Jechały od strony Koryczan. We wsi natknęły się na idącą z naprzeciwka grupę – prawdopodobnie lekko podchmielonych – mężczyzn z Karczowic i sąsiednich Marcinowic, którzy z okrzykiem „Żydy jadą!” zatrzymali czoło kolumny. Wkrótce zrobiło się zbiegowisko, a mężczyźni wartko wzięli się za dowodzenie akcją. Żydom nakazano zejść z furmanek i zabrać z nich swoje rzeczy, zaś woźniców zawrócono i pognano, by czym prędzej wracali do siebie. Następnie wszystkich Żydów zapędzono do budynku szkoły, w którym ich zamknięto, wystawiając wokół straże. Ktoś został wysłany na posterunek do Żarnowca (według innych – do Wolbromia, co jest jednak mało prawdopodobne) z wiadomością, że we wsi została zatrzymana duża grupa Żydów (obowiązywały ich już wtedy zakazy podróżowania i opuszczania getta), którzy są trzymani pod strażą w miejscowej szkole, skąd policja może ich sobie zabrać. Niemcy, podobno z obawy, że może to być zaplanowana przez partyzantów zasadzka, nie zdecydowali się pojechać do Karczowic, tylko wydali rozkaz dla sołtysa, że ma zorganizować podwody i przewieźć tych Żydów do Wolbromia. Co też następnego dnia zrobiono (jednak już bez większości dobytku, który ze sobą mieli). Natychmiast po przywiezieniu do Wolbromia wszyscy ci Żydzi zostali rozstrzelani.

Ilu ich było? Najczęstsze odpowiedzi świadków: „oo! dużo”, „około setki”, „na pewno ponad pięćdziesiąt”. W większości, o ile nie wszystkimi, ofiarami byli Żydzi z Żarnowca. Jedna pani opowiadała, że wśród uwięzionych był Żyd z Żarnowca, dobry znajomy jej ojca, z którym ów przed wojną handlował i pozostawał w przyjaznych stosunkach. Dodała, że ojcu udało się w nocy dużymi pieniędzmi przekupić straże i uwolnić ze szkoły znajomego oraz parę osób z jego rodziny. Być może byli wśród uwięzionych również Żydzi piliccy, bo nazwa tej miejscowości też padła w którejś rozmowie.

Z doprecyzowaniem czasu wydarzenia, choćby roku, rozmówcy mieli jeszcze większe problemy niż jeśli chodzi o liczebność grupy. Wydaje mi się jednak, że mogę to zrobić sam. Na podstawie przedstawionych okoliczności można bowiem z niemal stuprocentową pewnością stwierdzić, że rzecz miała miejsce w pierwszych dniach września 1942 roku.

Ilu było zabitych Żydów? Najczęstsze odpowiedzi świadków: „oo! dużo”, „około setki”, „na pewno ponad pięćdziesiąt”

W okresie okupacji pojawienie się w Karczowicach tak dużej grupy Żydów z Żarnowca mogło nastąpić tylko przed akcją wymordowania – czy, jak ją eufemistycznie nazywano, „likwidacji getta” bądź „wysiedlenia” – społeczności żydowskiej z tej miejscowości. Choć o szczegółach przebiegu tej akcji niewiele wiadomo, to jest bardzo mało prawdopodobne, żeby tylu Żydom udało się razem ukryć i ją przeżyć, a jeszcze mniej prawdopodobne, by po tej akcji mogli oni wynająć choćby jedną, dwie furmanki, nie mówiąc o kilkunastu. Wszystko jednak wskazuje, iż wydarzenie było bezpośrednio związane z tą akcją, a Żydzi na furmankach po prostu przed nią starali się uciec.

Akcję zagłady Żydów z Żarnowca Niemcy zaplanowali na 5 września 1942 r. (w tym samym dniu podobne akcje były w pobliskiej Pilicy i Wolbromiu). Jeśli przebiegała ona wedle scenariusza znanego z innych miejscowości, to prawdopodobnie dzień wcześniej ogłoszono zarządzenie, że następnego dnia z rana w określonym miejscu mają się stawić wszyscy Żydzi przygotowani do wyjazdu, a niezastosowanie się do zarządzenia będzie karane śmiercią. I zapewne wtedy przez część z nich została podjęta decyzja o ucieczce. Biorąc pod uwagę warunki geograficzne, można zaryzykować twierdzenie, iż jeżeli w zatrzymanej grupie Żydów w Karczowicach byli też Żydzi piliccy, to najprawdopodobniej oni byli inicjatorami tej ucieczki: na wieść o zarządzeniu uciekli do Żarnowca, a gdy tam okazało się, że sytuacja jest podobna, postanowili uciekać dalej, a dołączyła do nich grupa Żydów żarnowieckich. Tak czy inaczej, wszyscy oni musieli wyjechać z Żarnowca najpóźniej 4 września po południu, bo tego dnia wieczorem został on otoczony kordonem składającym się z junaków z Baudienstu, strażaków i granatowych policjantów, którzy przez noc pilnowali, by nikt nie opuścił miejscowości.

Za tym, że uwięzienie Żydów w karczowickiej szkole miało miejsce właśnie 4 września przemawiają również okoliczności ich śmierci. Wiadomo bowiem, że w Wolbromiu, w dniach 5-13 września 1942 r., w lasku przy drodze olkuskiej rozstrzelano ok. 800 Żydów z likwidowanych gett w Pilicy, Wolbromiu i Żarnowcu.

Warto jeszcze zaznaczyć, iż celowo w tekście nie podaję personaliów sprawców wydarzenia, choć większość ich znam. Zbyt skromne jednak miałem możliwości weryfikacji zdobytych informacji, by takie dane upubliczniać.

Na marginesie „Dalej jest noc”

Czytelnik mógłby w tym miejscu słusznie zapytać, czemu piszę o tym dopiero teraz, skoro prawie wszystkie podane tu informacje znałem już przed 10 laty. Cóż, wówczas miałem nadzieję, że możliwe będzie pełniejsze opisanie zdarzenia i uda mi się skonfrontować relacje ustne z dokumentami. Gdy okazało się, iż w Karczowicach mam minimalne szanse, by jeszcze czegoś istotnego się w sprawie dowiedzieć, a swoją obecnością jedynie narażam rozmówców na ostracyzm sąsiadów albo nawet coś gorszego, postanowiłem się w wiosce nie pokazywać aż zdobędę informacje o wydarzeniu niezależne od zasłyszanych opowieści mieszkańców. Wiedziałem wszak, że kwestia wyszła choćby podczas któregoś z powojennych procesów sądowych. Niestety, nie udawało mi się znaleźć w dokumentach jednoznacznego potwierdzenia opisywanego faktu. I lata mijały, a mnie wciąż brakowało impulsu, który zmobilizowałby do opisania tej historii.

Impulsem takim okazało się opublikowanie przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów dwutomowego dzieła „Dalej jest noc”[2]. W książce tej obszerny, dwustustronicowy rozdział autorstwa prof. Dariusza Libionki poświęcony jest bowiem losom Żydów na terenie okupacyjnego powiatu miechowskiego, a tam właśnie rozegrały się opisywane przeze mnie sceny. Tyle, że w „Dalej jest noc” nie ma o tym zdarzeniu ani jednego słowa. Bynajmniej nie zamierzam czynić autorowi z tego powodu zarzutu. Świadczy to tylko, iż mimo imponującej kwerendy archiwalnej, nie udało mu się (jemu również – chciałoby się dodać, gdyby nie to, że samo porównywanie obu kwerend wydaje mi się niestosowne) natrafić na żaden pisany ślad tego wydarzenia w Karczowicach. Bo nie wątpię, że gdyby wzmianka znalazła się w którymś z dokumentów, to zdarzenie zostałoby odnotowane. Uświadomienie sobie tej sytuacji sprawiło, że poczułem się wewnętrznie zobligowany do opisania poznanej historii, choćby ułomnego i obarczonego niepewnością co do zgodności wszystkich szczegółów ze stanem faktycznym. Żeby chociaż ślad pozostał.

A skoro już o „Dalej jest noc” jest mowa, chciałbym tu jeszcze krótko wspomnieć kilka historii z terenu okupacyjnego powiatu miechowskiego, a właściwie z tej jego części, która przed wojną wchodziła w skład powiatu olkuskiego, a po niemieckich zmianach administracyjnych z końca 1939 r. znalazła się w Generalnej Guberni.

Zadumałem się chwilę, pomodliłem za Kisielów i naszła mnie gorzka myśl: „A więc to tak wyglądają groby ludzi ratujących cały świat”

Przypuszczam, że podobnie jak opisane tu przeze mnie zdarzenie z Karczowic, tylko w pamięci miejscowych, „swoich” z okolic Kolbarku żyje opowieść o tym jak grupa Żydów chciała nielegalnie przekroczyć granicę pomiędzy GG a Rzeszą, opłaciła jako przewodników znających teren chłopów, a ci zamiast przez granicę poprowadzili Żydów do pobliskiego lasku, w którym ich zamordowali i ograbili. Bliższych szczegółów nie znam, ale słyszałem tę opowieść z kilku niezależnych źródeł (jednak nie od świadków, tylko „z drugiej ręki”).

W wydanej przed kilkunastu laty monografii wsi Jeżówka, Ryszard Kyzioł opisał historię zamordowania rodziny żydowskiego lekarza z Miechowa przez ukrywających ją wcześniej gospodarzy z Wierzbia (wsi sąsiadującej z Jeżówką), którzy przed wojną byli pacjentami tegoż lekarza. Wszyscy starsi mieszkańcy okolicy doskonale sprawę znali. Jednak – jak napisał pochodzący z Jeżówki Kyzioł: „Miałem niezwykle trudne zadanie, bo w tej akurat sprawie wszyscy jak na komendę «nabierają wody w usta»”[3]. Widać tabu w takich sprawach obowiązywać może także w stosunku do „swoich”.

Również relacji pacjent-lekarz dotyka historia opisana we wspomnieniach przez Jana Gużę[4]. Chodziło o dentystę z Wolbromia, który młodemu małżeństwu z Poręby Górnej oddał swoją siedmiomiesięczną córeczkę i – sowicie za to płacąc – prosił o jej ocalenie. Wkrótce wioskowe kobiety zaczęły intensywnie dopytywać, skąd u młodych takie już podchowane maleństwo, że coś to ono jakieś niepodobne do naszych, itp. Kiedy zmyślone wyjaśnienia nie skutkowały, a wścibskie pytania się nasilały, po kilku tygodniach młoda kobieta nie wytrzymała psychicznie tego dochodzenia sąsiadek. Któregoś dnia wsadziła dziewczynkę do wózka i zawiozła na posterunek żandarmerii w Wolbromiu, tłumacząc, że dziecko zostało znalezione u nich pod stodołą. Żandarm wyprowadził ją razem z dzieckiem do lasu, gdzie roztrzaskał główkę dziecka o pień drzewa, obryzgując roztrzęsioną kobietę krwią i resztkami mózgu niemowlęcia. Po czym kazał jej wracać do domu.

W nocy z 7 na 8 lutego 1943 r. miało miejsce najście plutonu Kripo z Będzina na podolkuską wieś Braciejówkę. Przewodnikiem Niemców był niejaki Heniek, doskonale zorientowany w warunkach wsi i tym, co się w niej dzieje. Wcześniej trudnił się przemytem przez pobliską granicę między GG a Rzeszą, prawdopodobnie więc wpadł przy jej przekraczaniu i został konfidentem. W Braciejówce wskazał kilka gospodarstw, w których miano ukrywać Żydów. Faktycznie znaleziono wówczas czworo Żydów (mężczyznę o imieniu Wacek oraz 3 kobiety), którzy zostali aresztowani wraz z ukrywającymi ich gospodarzami. W kolejnym wskazanym domu odbywało się akurat spotkanie (być może konspiracyjne, bo był na nim szef miejscowego AK) ok. 15. osób, którego uczestnicy rzucili się do ucieczki, lecz dziewięciu zostało zastrzelonych. Dobrze po północy Niemcy opuścili wieś, zabierając ze sobą aresztowanych. Żydów najprawdopodobniej wkrótce zamordowali, zaś czwórka gospodarzy trafiła do KL Auschwitz, gdzie zostali straceni 2 czerwca 1943 roku[5].

Z przedstawionym zdarzeniem z Karczowic łączy wymienione tu historie m. in. fakt, iż w „Dalej jest noc” nie ma o nich ani słowa, choć niewątpliwie należą do tematu opracowania. Co można by prof. Libionce wytknąć, zwłaszcza gdy chodzi o informacje, które pojawiły się w publikacjach. Tyle, że jeśli nawet były one opublikowane, miało to miejsce w wydawnictwach lokalnych, o ograniczonym nakładzie i zasięgu, niełatwo dostępnych. Przypuszczam jednak, iż w praktyce nie to było największą trudnością w dotarciu do nich, lecz fakt, że aby do nich sięgnąć, właściwie trzeba było już wcześniej wiedzieć, że wspomniane historie tam się znajdują. Z czego wynika, że historie takie z trudem wydostają się z zaklętego kręgu „swoich” nie tylko jeśli chodzi o przekaz ustny, lecz nawet wtedy, kiedy są publikowane. Ile zatem jeszcze może być podobnych historii? Nie tylko zresztą o Żydach zamordowanych, ale i ocalonych. Z moich rozmów z mieszkańcami Karczowic dowiedziałem się przecież, że oprócz ocalonych przez rodzinę Kisielów, w wiosce tej przeżyło okupację jeszcze co najmniej troje Żydów. Wiem też, że z żydowskich rodzin, które zamieszkiwały przed wojną podolkuskie Racławice[6] i Czubrowice, w wioskach tych przeżyły ukrywane cztery kobiety (najmłodsza z nich, Pesla Grosman do dzisiaj jeszcze żyje w Izraelu, choć stan jej zdrowia nie pozwala już na skontaktowanie się z nią). O tych ocalałych też informacji w „Dalej jest noc” nie znajdziemy.

Materiał zebrany i przedstawiony przez prof. Libionkę jest tak obfity, że brak tych kilku wskazanych faktów zasadniczo nie wpływa na całościowy obraz ukazany w jego znakomitym opracowaniu. Pisząc o tych faktach, nie chodziło mi o to, żeby się tego opracowania czepiać. Raczej, żeby przedstawić skalę trudności badacza tego typu historii, który mimo ogromnej pracy nie jest czasem w stanie dotrzeć do wiadomości o interesujących go wydarzeniach, bo są to niejednokrotnie pilnie strzeżone lokalne tajemnice, pozostające tylko w pamięci miejscowych. A łatwiej chyba nie będzie, zwłaszcza przy tzw. polityce historycznej, która de facto wspiera koalicję strażników wioskowych i małomiasteczkowych tabu.


[1] „Olkusz: Zagłada i pamięć. Dyskusja o ofiarach wojny i świadectwa ocalałych Żydów”, red. Ireneusz Cieślik, Olgerd Dziechciarz i Krzysztof Kocjan, Olkusz 2007 (aktualnie książka w całości dostępna jest na internetowej stronie www.olkuscyzydzi.pl); wzmiankowane relacje znajdują się na stronach 291-320.
[2] „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, red. Barbara Engelking i Jan Grabowski, Warszawa 2018.
[3] Ryszard Kyzioł, „Jeżówka. Zarys dziejów”, Olkusz 2006, s. 218.
[4] Jan Guża, „Na Budzyniu i na Śląsku”, [Chrzanów] 2000, s. 85-87.
[5] Na podstawie relacji mieszkańców Braciejówki wydarzenia te opisał Bohdan Piętka, pracownik Muzeum Auschwitz-Birkenau – zob. Tragiczne wydarzenia w Braciejówce w dniu 7 lutego 1943 r., [w:] A. Cyra, „Mieszkańcy ziemi olkuskiej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych”, Oświęcim – Olkusz 2005, s. 197-199.[6] Trzeba pamiętać, że w okupacyjnych granicach powiatu miechowskiego istniały dwie miejscowości o nazwie „Racławice”, oddalone od siebie o ok. 50 km. Jedne to wieś położona kilkanaście kilometrów na wschód od Miechowa, rozsławiona za sprawą bitwy stoczonej na okolicznych polach podczas insurekcji kościuszkowskiej. Te drugie Racławice, mniejsze i dużo mniej znane, przed wojną wchodziły w skład powiatu olkuskiego, położone były we wschodniej jego części, która została przyłączona do powiatu miechowskiego w ramach zmian administracyjnych wprowadzonych przez Niemców po utworzeniu Generalnej Guberni. Oddalone kilka kilometrów na południe od Przegini Racławice znalazły się wówczas tuż przy południowo-zachodniej granicy okupacyjnego powiatu miechowskiego. Ludność z okolicznych terenów, mówiąc o Racławicach, dodawała więc zazwyczaj do nazwy przymiotnik „Kościuszkowskie” lub „Olkuskie”, jeśli trzeba było doprecyzować, o którą miejscowość chodzi.
Niestety, na mapie powiatu miechowskiego z czasów okupacji zamieszczonej w książce „Dalej jest noc” Racławice Olkuskie nie figurują, podobnie w indeksie znajduje się tylko jedna miejscowość o nazwie „Racławice”. Dariusz Libionka, autor opracowania poświęconego powiatowi miechowskiemu, wszystkie bowiem wzmianki w dokumentach dotyczące Racławic traktuje jakby odnosiły się do Racławic Kościuszkowskich. Tymczasem kilka z nich z całą pewnością dotyczy Racławic Olkuskich. Nie sprawdzałem dokumentów, na których opierał się Libionka, nie mogę zatem wykluczyć, że jego błąd spowodowany jest uprzednim tego typu błędem popełnionym przez autorów dokumentów.