Upokorzenia, których doświadcza Kościół, mogą prowadzić do jego oczyszczenia. Ale mogą też prowadzić do jego społecznej marginalizacji i odchodzenia ludzi od wiary. Dokąd zaprowadzą Kościół w Polsce?

Przedwczorajszy wyrok sądu apelacyjnego potwierdzający karę sowitego odszkodowania, jakie zgromadzenie chrystusowców ma zapłacić ofierze przestępstw seksualnych, to jedno z kilku wydarzeń ostatnich tygodni, które – w moim przekonaniu – przesądzają o tym, że dla Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce zaczął się bolesny czas ogołocenia i próby.

O takich okresach w historii Kościoła Benedykt XVI mówił do Kurii Rzymskiej w 2010 r. „Powinniśmy potraktować to upokorzenie jako wezwanie do prawdy i zachętę do odnowy. Tylko prawda zbawia”. Doświadczenia tego typu mogą – poprzez uznanie prawdy, wyznanie win, pokutę, naprawienie szkód oraz nawrócenie osobiste i strukturalne – prowadzić do oczyszczenia Kościoła. Mogą, ale nie muszą. Bo mogą też prowadzić do społecznej marginalizacji Kościoła i odchodzenia ludzi od wiary. Dokąd zaprowadzą Kościół w Polsce? Czy dalej będziemy podążać drogą samosekularyzacji?

W naszym kraju w minionych kilkunastu latach autorytet społeczny Kościoła katolickiego balansował na równym, dość wysokim poziomie. W ostatnim czasie jednak i badania ilościowe CBOS, i wyczuwalna „w powietrzu” atmosfera społeczna wskazują na wzrost ocen negatywnych i spadek opinii pozytywnych. Mówiąc obrazowo, mam wrażenie, że zaczęliśmy zsuwać się po równi pochyłej. Niektórzy biskupi i niektóre środowiska katolickie robią, co mogą, aby ponownie wdrapać się na górę – pozostając jednak w zdecydowanej mniejszości. Większość bowiem – i hierarchów, i świeckich – podejmuje działania, które konsekwentnie przyspieszają ruch w dół.

Buciki pokuty

Pierwszym z serii wydarzeń zmieniających klimat społeczny, była akcja „Baby Shoes Remember”. W jej ramach w niedzielę 26 sierpnia 2018 r. w ok. 50 miastach Polski zawieszano – na i przy budynkach kościelnych – małe dziecięce buciki. Był to mocny obraz mający symbolicznie przypominać o krzywdach wyrządzonych dzieciom przez pedofili w sutannach.

Akcja była tak inteligentnie pomyślana, by sprowokować – czy to księży, czy wiernych uczestniczących w nabożeństwach – do zdejmowania bucików. Tak też się stało – czemu zresztą trudno się dziwić, bo ludzie przychodzący do kościołów spontanicznie uznali tę akcję za próbę zakłócenia spokoju swej modlitwy. Szczęśliwie nie doszło do rękoczynów czy choćby przepychanek. Jednak w efekcie otrzymaliśmy jeszcze bardziej wymowne fotografie – np. dziecięcych butów zrzuconych bezładnie na chodnik czy wrzuconych do koszy na śmieci.

Buciki mogłyby wisieć przy kościołach jako swoisty wyrzut sumienia, np. wraz z dołączonymi cytatami z papieskiego Listu do Ludu Bożego. Stało się inaczej

A można było przecież tę akcję „oswoić”, uznając ją za kolejne – tym razem płynące spoza Kościoła – słuszne wezwanie do pokuty za grzechy przestępstw seksualnych popełnionych przez duchownych. Do takiej pokuty wzywał przecież papież Franciszek w Liście do Ludu Bożego, ogłoszonym raptem kilka dni wcześniej. Pisał w nim m.in.: „Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich. […] Patrząc w przeszłość, nigdy nie będzie dość proszenia o przebaczenie i prób naprawienia wyrządzonych szkód. […] Cierpienie tych ofiar to skarga, która wznosi się do nieba, dotykająca duszy, a która przez długi czas była ignorowana, ukrywana lub wyciszana. […] Jako Lud Boży jesteśmy wezwani, by wziąć na siebie ból naszych braci zranionych na ciele i na duszy”. Papież zresztą w tym samym czasie przebywał z wizytą w Irlandii, gdzie błagał o przebaczenie za grzechy popełnione przed duchownych.

Buciki mogłyby więc wisieć przy kościołach jako swoisty wyrzut sumienia, np. z dołączonymi powyższymi cytatami. Stało się jednak inaczej. Po pewnym czasie mądrze o swoim odbiorze akcji „Baby Shoes Remember” mówił dla TVN24 prymas Polski, abp Wojciech Polak: „Odebrałem to jako wołanie, by ten problem trafił do większej świadomości i większej wrażliwości”. Wtedy było już jednak za późno. Rozpowszechnione w portalach społecznościowych i w mediach obrazy bucików – i wiszących, i zrzuconych – pozostały w oczach wielu Polaków.

„Tak trzeba” czynić, jak prezes TVP

Kilka dni po akcji z bucikami miała miejsca przedziwna ceremonia w Gdańsku. W rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych i powstania „Solidarności” abp Sławoj Leszek Głódź w bazylice św. Brygidy nałożył tzw. Pierścień Inki na palec prezesa TVP Jacka Kurskiego, dziękując mu za to, że „otworzył oczy wielu Polakom”. „W ogóle ta telewizja zmieniła oblicze. I niech dalej tak się dzieje” – stwierdził metropolita gdański, stojąc w pełnym stroju liturgicznym przy ołtarzu podczas celebracji Mszy świętej (relację TVP Info z tego wydarzenia można zobaczyć tutaj).

Gdy usłyszałem o tym fakcie, najpierw lekceważąco wzruszyłem ramionami. To chyba już efekt wieku i skrzywienia zawodowego. Znane mi są bowiem dobrze i od dawna sympatie ideowe abp. Głodzia oraz jego gorliwość we wplataniu politycznych, a wręcz partyjnych, przekazów nawet w homilie (zob. np. użycie frazy „ulica i zagranica” podczas pasterki w 2017 r.). Pomyślałem więc, że ta scenka z pierścieniem jest tylko kolejnym aktem politycznego zaangażowania metropolity gdańskiego.

W następnych dniach spotkałem się jednak z falą szeptanego wzburzenia wobec gdańskiej ceremonii, płynącą od ludzi o pokolenie młodszych. Właśnie „szeptanego” – chodziło bowiem bardziej o osobiste wyrażenie bólu wobec tak skrajnie partykularnego zaangażowania politycznego arcybiskupa podczas modlitwy. To nie były opinie pisane na profilach facebookowych czy prostackie antyklerykalne deklaracje. To były ciche słowa rozpaczy ze strony osób, które nie są już w stanie ufać instytucji Kościoła, choć wciąż głęboko się z nim utożsamiają jako wspólnotą wiary.

Prezes TVP – który za propagandowe spustoszenie, jakiego dokonuje codziennie jego telewizja w umysłach rodaków, powinien otrzymać raczej Rózgę Dekady – wyróżniony został w świątyni, w modlitewnych ramach liturgii

Wtedy głębiej wniknąłem w symbolikę tego gdańskiego aktu. Okazuje się, że Pierścień Inki przyznawany jest „za promowanie wartości narodowych, postawę patriotyczną i krzewienie pamięci o Żołnierzach Wyklętych”. Na każdym pierścieniu wygrawerowany jest zaś napis „Tak trzeba”, nawiązujący do słów bohaterskiej Danuty Siedzikówny, która w ostatnim grypsie z więzienia napisała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”.

I wtedy zrozumiałem, że bulwersujące przesłanie tego wydarzenia polega na całkowitym odwróceniu wartości. Oto bowiem arcybiskup Kościoła – tego Kościoła, który ma być „znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” – błogosławi działania medialne mające na celu coś dokładnie przeciwnego niż budowanie jedności. Oto szef TVP – który za propagandowe spustoszenie, jakiego dokonuje codziennie jego telewizja w umysłach rodaków, powinien otrzymać raczej Rózgę Dekady – wyróżniany jest w świątyni, w modlitewnych ramach liturgii. A zaplanowane przesłanie całego wydarzenia ma być właśnie takie, że w opinii Kościoła (przecież rzecz dzieje się przy ołtarzu podczas Mszy świętej, a inicjatorem działania jest kościelny metropolita!) właśnie „tak trzeba” czynić, jak prezes Kurski.

Rzeczywiście trudno to zdzierżyć, jeśli się świadomie jest w Kościele.

Pierwszy milion

W połowie września pojawiła się pierwsza informacja o odszkodowaniu zasądzonym wobec zgromadzenia chrystusowców. Kobieta wielokrotnie gwałcona w dzieciństwie przez księdza, swego duszpasterza, ma otrzymać milion złotych i dożywotnią rentę od zakonu, do którego należał sprawca.

Sąd uznał odpowiedzialność cywilną zgromadzenia, powołując się na art. 430 Kodeksu cywilnego, który mówi o odpowiedzialności tego, kto powierza komuś wykonanie jakiejś czynności, gdy przy jej wykonywaniu wyrządzona zostaje zawiniona szkoda. Według sądu ks. Roman B. wykorzystał swoją pozycję zawodową: poznał dziewczynkę na lekcji religii, zapraszał na plebanię, czyli do „miejsca służbowego”. „Gdyby nie uczył religii, gdyby nie był księdzem, to do jego spotkania z pokrzywdzoną w ogóle nie doszłoby. Gdyby nie wykorzystał swojej funkcji księdza do zdobycia zaufania pokrzywdzonej, szkoda nie zostałaby wyrządzona” – czytamy w wyroku. Wyrok ten co do istoty został podtrzymany przez sąd apelacyjny i jest już prawomocny – tyle że pełnomocnik zakonu zapowiedział wniesienie skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego (nawiasem mówiąc, zapowiedź zgłoszenia kasacji świadczy o tym, że chrystusowcy bez żadnych zmian, konsekwentnie patrzą na tę sprawę wyłącznie z punktu widzenia „interesu” instytucji, a nie z perspektywy moralnej, nie po Chrystusowemu).

O możliwości pojawienia się takiej sytuacji pisałem tu przed ponad czterema laty, w komentarzu po krakowskiej konferencji „Jak rozumieć i odpowiedzieć na wykorzystanie seksualne małoletnich w Kościele”: „w pewnym momencie pojawi się precedensowy wyrok sądowy, który nakaże wypłacenie przez instytucję kościelną odszkodowań za – mówiąc językiem potocznym, a nie prawniczym – poważne zaniedbanie nadzoru nad pracownikiem delegowanym do pracy z dziećmi i młodzieżą. Może to uruchomić z jednej strony złe, nerwowe reakcje kościelne, a z drugiej – lawinę kolejnych analogicznych wniosków”. Z tą drugą konsekwencją właściwie na pewno będziemy mieć wkrótce do czynienia.

Nie tylko w wymiarze medialnym, ale również sądowym społeczeństwo polskie wkracza w tę fazę podejścia do problemu wykorzystywania seksualnego dzieci, jaką specjaliści określają mianem „epidemii”

Rzecz jasna, w sensie ścisłym w Polsce nie ma prawa precedensowego, jednak istnieje coś, co można nazwać linią orzeczniczą w przypadku interpretowania i stosowania poszczególnych przepisów. Dlatego – choć każda sprawa rozpatrywana jest indywidualnie – niektóre orzeczenia o charakterze precedensowym wpływają na późniejsze orzeczenia w innych sprawach. Tak prawie na pewno będzie w przypadku wyroku dotyczącego zgromadzenia chrystusowców. Będzie to oznaczało, że nie tylko w wymiarze medialnym, ale również sądowym społeczeństwo polskie wkroczy w tę fazę podejścia do problemu wykorzystywania seksualnego dzieci, jaką specjaliści określają mianem „epidemii”.

Za tym pierwszym milionem mogą więc pójść następne odszkodowania zasądzone przez sądy w przypadku poważnych zaniedbań innych kościelnych osób prawnych. Polscy katolicy (również niżej podpisany) mogą więc boleśnie finansowo odczuć, co w praktyce oznacza teologiczne stwierdzenie o społecznym wymiarze każdego grzechu: grzech jednej osoby dotyka także całej wspólnoty. Przejawem solidarności wspólnoty Kościoła z ofiarami przestępstw seksualnych może więc być sprzedaż kościelnych nieruchomości, ale także specjalne zbiórki na rzecz wypłaty odszkodowań. Na ile znam kościelne realia, tajemnicze pomieszczenie za drzwiami, z którego biskup może w nieograniczony sposób wynosić kolejne worki z pieniędzmi, istnieje tylko w filmie „Kler”.

Niewykluczone, że niektórzy diecezjanie manifestacyjnie będą odmawiać udziału w takich zbiórkach funduszy, wypowiadając przy okazji sporo niecenzuralnych słów pod adresem bezpośrednich sprawców oraz ich przełożonych – bo to właśnie za dawne błędy biskupów mielibyśmy w przyszłości wszyscy płacić. Znając tradycyjny ludowy antyklerykalizm Polaków, można przypuszczać, że tego typu sytuacje mogą mocno nadwerężyć więź wielu osób z Kościołem.

Złapani w promocyjną pułapkę

Wspomniany film Wojciecha Smarzowskiego to kolejne z wydarzeń tej jesieni, które zmieniają atmosferę. Znaczna część środowisk katolickich zareagowała na film negatywnie, jeszcze zanim pojawił się on na ekranach. Zwłaszcza prorządowe pisma konserwatywne budowały na swych łamach twierdze broniące rzekomo prześladowanego Kościoła, a niektóre stowarzyszenia wzywały do bojkotu filmu. W efekcie „Kler” pobił rekord frekwencyjny podczas pierwszego weekendu obecności w kinach.

Całe szczęście, w promocyjną pułapkę filmu nie dała się złapać Konferencja Episkopatu Polski. Wbrew nadziejom niektórych, a obawom innych, biskupi nie zabrali głosu na temat filmu Smarzowskiego po swoich wrześniowych obradach w Płocku. Jakikolwiek krytyczny głos tego gremium byłby w dzisiejszej Polsce natychmiast uznany za cenzorskie wytyczne. Ta godna szacunku powściągliwość to zatem – Bogu dzięki, zbiorowy! – poważny krok do góry po wspomnianej równi pochyłej.

Masowe zainteresowanie „Klerem” przełożyło się na tysiące osobistych komentarzy w mediach społecznościowych do tego filmu. Z mojego punktu widzenia lektura tych tekstów daje dużo do myślenia. Widziałem bowiem zaskakująco wiele opinii, które – nawet pisane przez osoby mocno konserwatywne i z reguły w zaparte broniące racji prawicowo-kościelnych – dostrzegały w „Klerze” dużo więcej niż tylko chęć dołożenia Kościołowi.

Bp Andrzej Czaja poszedł na „Kler”, zastanawiając się, co Bóg chce mu powiedzieć przez ten film. Odpowiedź znalazł w słowach filmowej ofiary pedofilii przesłuchiwanej przez bezduszną komisję księży: „Ludzie, co wy robicie, co wy robicie?”

W ostatnich dniach zasłużoną furorę zrobiła natomiast pierwsza osobista wypowiedź hierarchy, który obejrzał film. Biskup opolski Andrzej Czaja poszedł do kina, zastanawiając się, co też Pan Bóg chce mu powiedzieć przez ten film. Odpowiedź znalazł w słowach filmowej ofiary pedofilii przesłuchiwanej przez bezduszną komisję księży: „Ludzie, co wy robicie, co wy robicie?”. Mówi bp Czaja: „wręcz jakby przez ten film Pan Bóg woła w naszą stronę, do nas księży, do nas najbardziej pogubionych to już w szczególności: Ludzie, co wy robicie?!”. W końcowej scenie filmu biskup opolski dostrzegł „obraz oka Boskiej Opatrzności, które mówi do nas: «jak długo mam jeszcze na to patrzeć?»”.

Tak nieoczywistej reakcji reżyser na pewno nie przewidywał.

Biskupie równanie w dół

Niestety, wraz z tymi dobrymi wiadomościami przyszły i niedobre. Wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom obrady plenarne biskupów nie zaowocowały bowiem ani raportem na temat przestępstw seksualnych popełnianych przez duchownych, ani listem pasterskim do Ludu Bożego w tej sprawie. Podjęto jedynie decyzję o „zebraniu danych statystycznych na temat tych nadużyć”, w żaden sposób jednak nie zapowiadając ich upublicznienia. Nastąpiła również zmiana tonu przygotowywanego listu pasterskiego. Zamiast uznania problemu, przeprosin, pokuty i apelu o ujawnianie wyrządzonych krzywd zapowiedziano list pasterski w duchu „chwalimy się tym, co robimy”.

O różnicach stanowisk w tej sprawie pomiędzy polskimi biskupami pisała już tu Joanna M. Kociszewska: „Kościół w Polsce można porównać do rozciągniętego kolarskiego peletonu, w którym mamy liderów, środek stawki i tych, którzy jadą na końcu. Trzeba się z tym pogodzić. I ciesząc się, że indywidualni liderzy podkręcają tempo, trzeba pilnować, by ostatni zbytnio nie odstawali”. Kłopot w tym, że w przypadku ciała tak licznego jak Konferencja Episkopatu Polski do podjęcia kluczowych decyzji w skali ogólnopolskiej trzeba woli większości. Na taką większość wspomniani liderzy liczyć zaś nie mogą. Dlatego tak osamotnione społecznie są obecnie liczne apele prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka, czy działania tych kilku hierarchów, którzy zdecydowali się na opublikowanie danych liczbowych dotyczących zgłaszanych nadużyć w swoich diecezjach.

Zapowiadane statystyki ogólnopolskie są oczywiście bardzo potrzebne. Nie dopuszczam myśli, by miały one być niepełne czy (zwłaszcza) pozostać poufne. Dla oczyszczenia Kościoła potrzeba jednak dużo więcej! O potrzebie stanięcia w prawdzie mówił cytowany na początku Benedykt XVI i wielokrotnie powtarza to Franciszek. Doświadczenia innych krajów są pod tym względem jednoznaczne. Samo zestawienie danych liczbowych to nie to samo, co raporty publikowane w innych krajach, ukazujące z pełną szczerością nie tylko przypadki przestępstw seksualnych, lecz także kościelne mechanizmy ich przemilczania, tuszowania, ukrywania i niszczenia dokumentacji. Analiza powinna sięgnąć również wstecz, a nie dotyczyć tylko ostatnich lat, gdy standardy reagowania i działania zostały zdecydowanie podwyższone. Konferencja Episkopatu powinna też zaprosić zewnętrznych ekspertów do opracowania takiego raportu, a nie sporządzać go tylko własnymi siłami.

Zamiast uznania problemu, przeprosin, pokuty i apelu o ujawnianie wyrządzonych krzywd polscy biskupi zapowiedzieli list pasterski w duchu „chwalimy się tym, co robimy”

Na takie decyzje przyjdzie nam jeszcze poczekać. A przecież to oczekiwanie trwa już zdecydowanie zbyt długo. Przypominam sobie, jak 16 lat temu pisałem przedmowę do pionierskiej książki o. Augustyna „Głęboko wstrząśnięci. Samooczyszczenie Kościoła”, opublikowanej po pierwszej serii skandali seksualnych z udziałem duchownych w USA i po polskiej sprawie abp. Paetza. Jezuita przestrzegał wtedy: „naszych problemów zakonnych, księżowskich, kościelnych nie rozwiążemy, ukrywając je. Kiedy ukrywamy problemy, one się rozwijają podskórnie”. Apelował: „zbyt pospiesznie otwieramy drzwi seminariów i zakonów przed młodymi ludźmi. Każdy, kto deklaruje chęć wstąpienia do seminarium, bywa przyjmowany niemalże z ulicy”.

Ojciec Augustyn zaczerpnął tytuł swojej książki z listu Jana Pawła II do kapłanów na Wielki Czwartek 2002. Papież z Polski pisał: „Jako kapłani jesteśmy głęboko wstrząśnięci grzechami niektórych naszych braci, którzy sprzeniewierzyli się łasce otrzymanej w Sakramencie Święceń, ulegając najgorszym przejawom mysterium iniquitatis, jakie dokonuje się w świecie”. Niestety, po kilkunastu latach wielu polskich kościelnych decydentów wciąż nie jest wstrząśniętych wystarczająco głęboko, aby podjąć działania, o które wtedy apelował jezuita: jasne, przejrzyste i radykalne.

Jak już pisałem, społeczeństwo polskie pod względem podejścia do wykorzystywania seksualnego nieletnich przez duchownych jest już w fazie narastającej „epidemii”. Tymczasem większość biskupów wciąż znajduje się na etapach wcześniejszych: „zaprzeczania” istnieniu problemu lub co najwyżej jego trudnego uznawania i „legitymizacji”. Dążenie liderów rozciągniętego kościelnego peletonu do wspólnych ustaleń na poziomie ogólnopolskim i wzajemna lojalność biskupów zaowocowały, niestety, równaniem w dół.

Półprawda nie ma mocy wyzwalającej

O tym, co jest dla kogo ważne, świadczy czasem fakt, na co wydaje się pieniądze. O pomstę do nieba woła gotowość chrystusowców do opłacania adwokatów broniących współbrata przy równocześnie trwającej od wielu lat niechęci do zadośćuczynienia jego ofierze. Smutnym paradoksem jest fakt, że polscy biskupi – deklarując przede wszystkim troskę o ofiary – o wiele więcej czasu i uwagi poświęcają tematyce ochrony prawnej przed odszkodowaniami finansowymi niż działaniom naprawczym i profilaktyce. Sekretariat KEP nie przejawia też zainteresowania finansowym aspektem funkcjonowania Centrum Ochrony Dziecka – prowadzącego wspaniałą działalność pod kierownictwem ojca Adama Żaka i Ewy Kusz – oraz samego ojca Żaka jako koordynatora KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży.

Czy arcybiskup przemyski nie powinien wreszcie spojrzeć w oczy ofiarom z Tylawy, które były pomawiane o szkalowanie zasłużonego duchownego, oraz w imieniu diecezji przynajmniej je przeprosić?

Rzecz jasna, najważniejsze są w tym wszystkim nie pieniądze, lecz zwykła ludzka przyzwoitość. „Więź” od 2001 r. towarzyszy jednej z ofiar ks. Michała M. w Tylawie. Przed 17 laty na naszych łamach Jacek Borkowicz przekonywał, że dobro dzieci to dobro Kościoła. W końcu w tej sprawie (pomimo wysiłków prokuratora Stanisława Piotrowicza) zapadł po kilku latach wyrok skazujący. Tyle że władze archidiecezji przemyskiej nie miały odwagi, by choćby spotkać się z ofiarami duchownego. „Nikt z kurii nie kontaktował się ze mną tak przed wyrokiem, jak i po nim” – mówiła Ewa Orłowska w poruszającej rozmowie z Katarzyną Jabłońską w 2011 r. Minęło kolejne 7 lat, w Przemyślu zmienił się arcybiskup, ale ta sytuacja się nie zmieniła. Rozumiem, że ówczesny metropolita abp Józef Michalik nie jest w stanie przeskoczyć samego siebie. Czy jednak jego obecny następca nie powinien wreszcie spojrzeć w oczy ofiarom, które były pomawiane o szkalowanie zasłużonego duchownego, oraz w imieniu diecezji przynajmniej je przeprosić?

Wszystkim kościelnym decydentom gorąco polecam uważną lekturę tekstu irlandzkiego arcybiskupa Diarmuida Martina. Opisując szczerze swoją osobistą drogę przez skandale seksualne, stwierdził on: „Wszystkie instytucje mają wrodzoną tendencję do ochrony samych siebie i ukrywania swoich brudów. Musimy nauczyć się, że prawda ma moc wyzwalającą, której nie mają półprawdy. Pierwszym warunkiem sprawiedliwości naprawczej jest chęć wszystkich stron do powiedzenia prawdy i przejęcia za nią odpowiedzialności, nawet jeśli jest to prawda nieprzyjemna. Tak jak powiedziałem na niedawnym nabożeństwie pokutnym w Dublinie: «Prawda nas wyzwoli, ale nie w banalny sposób. Prawda boli. Prawda oczyszcza nie jak delikatne, eleganckie mydło, ale jak ogień, który pali, rani i przecina»”.

„Tylko prawda zbawia” to słowa nie – zwanego przez złośliwych „nowinkarzem” – papieża Franciszka, lecz Benedykta XVI. Trzeba za nimi konsekwentnie pójść w praktyce działania. No chyba że jednak wolimy dalej żyć w przekonaniu, iż tak naprawdę nas ten problem nie dotyczy…