W kanciastym świecie „Kleru” objawia się samotność bohaterów, którzy prowadzą walkę ze sobą oraz z pozbawionym prawdy i nadziei systemem. Problem polega jednak na tym, że Wojciech Smarzowski zdaje się nie dostrzegać niczego więcej.

Wizja Smarzowskiego w jego najnowszym filmie jest demoniczna. Kościół bez Boga staje się korporacją posiadającą prezesa, dwór pożytecznych idiotów, szare eminencje a nawet mędrców. Miotające się w nim człowieczeństwo, próbujące kierować się prawdą i sumieniem, jest samotne i obarczone ogromnym ciężarem. Słowo „demoniczna” nie oznacza tu „rodem z horroru” tylko pozbawiona miłości, tłukąca się w twardym sześcianie materializmu, tego, co doczesne, skończone, policzalne, jak pieniądze na tacy. W tym kanciastym świecie, bardziej niż w „Domu złym” czy „Drogówce”, objawia się samotność bohaterów, którzy prowadzą walkę ze sobą oraz z pozbawionym prawdy i nadziei systemem.

Problem polega jednak na tym, że reżyser zdaje się nie dostrzegać niczego więcej. Tak jakby miał nad głową pomalowany na niebiesko strop, od którego odbijają się modlitwy zarówno naiwnych wiernych, jak i szamoczących się kapłanów. A ci, którzy wiedzą, że błękit jest jedynie kolorem miejscami żałośnie odpadającej farby, wykorzystują to cynicznie i bezwzględnie.

Reżyser nie jest jednak do końca cynikiem. Dramatycznie walczy o człowieka i występuje w jego imieniu, stając się obrońcą niewinnych i oskarżycielem winnych. Jak sam mówi, przygotowywanie scenariuszy swoich filmów, w tym „Kleru”, zaczynał od lektury świadectw pokrzywdzonych. Przyznam, że nie interesuje mnie specjalnie jakie miał intencje, choć mówi o tym w wywiadach. Bardziej interesuje mnie to, jaki posiada i zarazem kreuje obraz świata. Wizje widoczne w „Drogówce”, „Domu złym”, „Weselu”, „Róży”, „Wołyniu” nakładają się, tworząc swoistą antropologię.

Jedyne co w „Klerze” chrześcijańskiego to tęsknota za prawdą, nadzieją i miłosierdziem. Tęsknota ta nie oczekuje jednak odpowiedzi. Przeciwnie, zdaje się rozkoszować w braku spełnienia

Jest to świat boleśnie ludzki. Tak boleśnie, że wymaga znieczulenia w postaci licznych używek i rozrywek. Większość bohaterów bezwolnie poddaje się instynktom niczym z obrazów Boscha i katalogu siedmiu grzechów głównych. Jest to też świat motłochu nieużywającego rozumu, świat raczej małych kanciarzy niż rasowych bandytów, a przede wszystkim świat ludzi zmagających się samotnie z tym całym społecznym sztafażem. Bohaterom Smarzowskiego chodzi najczęściej o dwie rzeczy – o prawdę i o miłość, tak jak w „Klerze” (prawda) czy w „Wołyniu” oraz „Róży” (miłość). Ich walka kończy się najczęściej tragicznie.

Taki świat domaga się dramatycznie nadziei. Woła o nią, jęczy i wije się w spazmach, bezskutecznie próbując przebić obdrapany stop. Reżyser w jednym z wywiadów powiedział, że film pierwotnie miał nosić tytuł „Czarne jest czarne”. Demonicznym – że wrócę znów do tego określenia – czyli do cna cynicznym i przewrotnym przypieczętowaniem tej wizji są słowa „Zło dobrem zwyciężaj” wypowiadane przed sztandarami solidarności przez szczupłego kapłana, który przywodzi na myśl księdza Jerzego Popiełuszkę. Kapłan ten okazuje się pedofilem nakręcającym pokoleniowe, ludzkie i kapłańskie dramaty. Smarzowski, który mówi o swoim najnowszym filmie jak o zbiorze faktów, w tym momencie ostentacyjnie przekracza jednak granice. Dla niego w Kościele i dla Kościoła nadziei nie ma i nie będzie.

Moim zdaniem jednak, „Kler” dopiero na drugim czy trzecim miejscu jest opowieścią o polskim Kościele. W świecie, który buduje Smarzowski, Kościół, którego reżyser nie jest w stanie powiązać z miłosierdziem i przebaczeniem, nie ma prawa istnieć. Skoro więc istnieje – powinien zniknąć. Honorowym wyjściem z sytuacji jest samounicestwienie czy też samospalenie. Płonący kapłan, którego nikt nie próbuje ratować, z oddalającej się perspektywy, w trójkącie ludzkiej ciżby wygląda jak oko Boga – tylko że nie jest to Bóg chrześcijan. Złożono ofiarę – jednak na jakim ołtarzu? Dla twórcy, jest to, jak sądzę, ołtarz prawdy oczyszczającej świątynię obłudy. Rok temu przez polskie ekrany przemknął niezauważony film zatytułowany „Gniew”, którego finał jest zaskakująco podobny do obrazu Smarzowskiego. Ksiądz, winny pedofilii, po tym jak ofiara po latach przebacza mu straszliwą zbrodnię, nie unosi ciężaru świadomości i dokonuje samospalenia. Bohater „Gniewu” jednak dokonuje samospalenia z powodu bycia winnym, bohater „Kleru” zaś z powodu bycia uwikłanym w spiralę zła księdzem.

Nie zgadzam się z Damianem Jankowskim, który w swojej recenzji dopatruje się pierwiastków chrześcijańskich w filmie Smarzowskiego. Jedyne co w nim jest chrześcijańskiego to tęsknota za prawdą, nadzieją i miłosierdziem. Tęsknota ta nie oczekuje jednak odpowiedzi. Przeciwnie, zdaje się rozkoszować w braku spełnienia. Jest to więc demoniczny rewers chrześcijaństwa.

Smarzowski nie jest do końca cynikiem. Dramatycznie walczy o człowieka i występuje w jego imieniu, stając się obrońcą niewinnych i oskarżycielem winnych

Taka wizja mnie upokarza, tej wizji się boję, ale – żeby być szczerym – nie przeszkadza mi to w nią jako człowiekowi i chrześcijaninowi popadać. Demona odwracającego porządek miłosierdzia nie wpuścił do Kościoła twórca „Domu złego”. Robimy to my, chrześcijanie. Znieczulica, korporacjonizm, materializm, nienawiść społeczna, wszelkie formy przemocy, w tym pedofilia, królowa zła, zasklepiają niebo tego Kościoła w gruby strop i wydają nas na pastwę instynktów.

„Kler”, którego kościelne sceny kręcono w pustych czeskich świątyniach a statystami byli w nich Ukraińcy, w ciągu trzech dni obejrzało blisko milion Polaków. To znak, że bardzo potrzebujemy rozmowy o Kościele, że nas ten temat obchodzi, nawet jeśli jednych estetyka Smarzowskiego cieszy, innych denerwuje, boli i upokarza.

Uważam, że ten film, mimo absolutnej niezgody na jego przesłanie, może jednak spełnić swoją rolę. Może być jak demon – oskarżyciel, który mówi „sprawdzam”, jak kubeł lodowatej wody na łeb, jak rentgen, który pokazuje raka. Rak, czyli grzech śmiertelny, mający wyjątkową zdolność do mutacji, nie jest jednak powodem do eutanazji. Przeciwnie, to on sprowokował miłosierdzie.