Halina Skibniewska chciała, aby jej osiedle było pierwszym w kraju miastem otwartym, bez barier, również dla osób z niepełnosprawnościami. Nikt dotąd nie zwrócił uwagi na to, że popularne w latach 60. i 70. przejścia podziemne czy ruchome schody nie zakładały w ogóle istnienia w społeczeństwie ludzi mniej sprawnych.

Mieszkańcy Sadów Żoliborskich w 2011 r. dziwią się, czemu krytyk architektury Jarosław Trybuś zorganizował spotkanie promujące swoją książkę „Przewodnik po warszawskich blokowiskach” w tamtejszym barze „Sady”. I czemu ich osiedle w ogóle znalazło się w przewodniku. Dotąd nie mieli świadomości, że mieszkają w blokach.

Halina Skibniewska podczas XIV kongresu Międzynarodowej Unii Architektów w Warszawie w 1981 r. dowodzi: „Pragnę rozwiązań funkcjonalnych, solidnego wykonania. Dążę do nadania każdemu osiedlu odrębnego indywidualnego wyrazu poprzez najściślejsze nawiązanie do konkretnych warunków, do atmosfery miejsca, otoczenia, tradycji, historii, krajobrazu. Staram się zachować naturalne warunki […]. Człowiek żyjąc w zindywidualizowanym otoczeniu identyfikuje się z nim łatwiej, jest do niego przywiązany, lubi je, dba o nie”[i].

Pierwsze osiedle mieszkaniowe jej projektu – Sady Żoliborskie – realizowane dla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej zaczyna powstawać na fali gomułkowskiej odwilży. Pierwsze i ostatnie, na którego kształt miała pełny wpływ. Blisko przedwojennych osiedli WSM, tonie w zieleni wyrosłej wcześniej, gdy na terenie przeznaczonym pod budowę istniały ogródki działkowe. Z balkonów mieszkańcy widzą kwitnące jabłonie. Bloki są kameralne. Mimo gomułkowskich normatywów Skibniewska robi, co może, żeby mieszkańcy nie czuli się jak zamknięci w ciasnych, ciemnych pudełkach – walczy o wysokość mieszkań. Rozmieszcza klatki schodowe pośrodku kwadratowych budynków, by okna wychodziły na dwie strony świata. Łączy cegłę żerańską z tynkiem na elewacjach. Powtarza, że ludzie muszą mieć możliwość życia również poza mieszkaniem, stąd przestrzeń do zabaw dla dzieci i budynki społeczne, jak wspomniany bar Sady. Wymyśla nawet przestawne elementy umożliwiające zmianę układów mieszkań.

Niestety prace zostają wstrzymane, bo w kraju funkcjonującym na kredyt kończą się pieniądze. Osiedla Przyszłości do dziś istnieją jedynie na papierze

Najbardziej futurystyczny, jak na tamte czasy, jest projekt Białołęki Dworskiej, „osiedla-miasteczka” dla dwudziestu tysięcy osób, który powstaje na zamówienie ekipy Gierka w ramach wielkiego programu PR-5, który ma przynieść „pokoleniu drugiej Polski” również modelowe Osiedla Przyszłości.

Skibniewska chce, aby jej osiedle było pierwszym w kraju miastem otwartym, bez barier, również dla osób z niepełnosprawnościami. Nikt dotąd nie zwrócił uwagi na to, że popularne w latach 60. i 70. przejścia podziemne czy ruchome schody nie zakładały w ogóle istnienia w społeczeństwie ludzi mniej sprawnych, określanych wówczas brutalnie jako „kalecy”. Architektka projektuje mieszkania dostosowane do ich potrzeb, rozsiane w różnych budynkach – by nie tworzyć gett i uwrażliwiać mieszkańców. Drugi istotny element to przyroda – osiedle ma stanąć w krajobrazie starorzecza Wisły, gdzie zachowały się piaszczyste wydmy, las z sędziwymi dębami i resztki dawnej zabudowy podmiejskiej. Projektantka ma nadzieję, że opierając się na studiach nad równowagą ekologiczną, uda się jej stworzyć „w pełni optymalny model biotypu człowieka”. Niestety prace zostają wstrzymane, bo w kraju funkcjonującym na kredyt kończą się pieniądze. Osiedla Przyszłości do dziś istnieją jedynie na papierze.

Wywalczona samodzielność

– Bohdan Pniewski, Romuald Gutt – to byli nasi idole – wspomina architekt Tadeusz Mycek, rocznik 1938. – Do ich pracowni było najtrudniej się dostać, wszyscy chcieli robić tam dyplomy.

Skibniewska po studiach decyduje się na Gutta, który wciąga ją do pracy dla Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Po latach projektantka wskazuje go jako największą inspirację: – On miał to patrzenie „twarzą w twarz”, rozumiał skalę człowieka i jego miejsce (…) w świecie przyrody – powie w 1977 r. Czesławowi Bieleckiemu. – Było w tym tyleż miłości, co wiedzy o człowieku. Kiedy projektowaliśmy u Gutta drzwi, to wiedzieliśmy, że zawsze lepiej, żeby miały np. metr dziewięćdziesiąt dziewięć niż dwa metry[1].

Drugie źródło inspiracji Skibniewskiej to Zachód. Na fali odwilży po 1956 r., gdy polscy architekci mogą wreszcie zobaczyć na własne oczy, jak buduje się po tamtej stronie żelaznej kurtyny, poznaje Francję (swoją największą – odwzajemnioną – miłość), Skandynawię, wygłasza wykłady we Włoszech. W 1964 r. spędza trzy miesiące na stypendium w Anglii i Szwajcarii. Z wojaży przywozi innowacyjne pomysły.

– Dość szybko wiedzieliśmy z Zygmuntem, że nasze sympatie nie przystają do praktyk PRL – mówi w 2000 r. Agnieszce Wróblewskiej. – Ale co miało wynikać z tej świadomości? Czy lepiej iść na emigrację wewnętrzną, czy wybudować dom? Wybrałam pozytywizm.

Z balkonów mieszkańcy widzą kwitnące jabłonie. Bloki są kameralne. Mimo gomułkowskich normatywów Skibniewska robi, co może, żeby mieszkańcy nie czuli się jak zamknięci w ciasnych, ciemnych pudełkach

„Nasze społeczeństwo może być nie tylko odbiorcą, nie może być tylko użytkownikiem mieszkania, ale także uczestnikiem i współtwórcą jego budowy – napomina w 1972 r. z sejmowej mównicy. – Dla kogo budujemy mieszkania? Dla użytkowników. A w związku z tym najważniejsze jest ustalenie, jacy to są użytkownicy, jakie mają potrzeby i jakie mają aspiracje. Zapominamy często, że potrzeba jest to materia żywa, dynamiczna, że się zmienia”.

Już do dyrektora przedsiębiorstwa wznoszącego pierwszą część osiedla Sady Żoliborskie wpływały zażalenia od wartownika pilnującego budowy, że Skibniewska budzi go codziennie o wpół do szóstej rano, żądając klucza do bramy, by doglądać robót. W trakcie projektowania rozmawiała z dziećmi, bo te „rozumowały racjonalniej niż wielu dorosłych”. Ubrana w szarą sukienkę i francuskie buciki, z małym plecakiem na ramieniu wizytuje własne budowy albo zwiedza cudze. Angażuje się bezpośrednio również politycznie. Jej kandydaturę do sejmu wysuwają w 1965 r. lokatorzy Sadów. W ławach poselskich spędzi 20 lat, za Gierka jako przedstawicielka bezpartyjnej inteligencji zostaje pierwszym wicemarszałkiem kobietą w historii polskiego parlamentaryzmu. Dzięki temu zyskuje mieszkanie na Frascati, ale również poczucie, że może więcej. Broni jakości, nawet gdy decydenci zarzucają jej, że „woli, żeby ludzie mieszkali pod mostem”.


[1] „Problemy z Witruwiusza”, z Haliną Skibniewską rozmawia Czesław Bielecki, „Architektura” 1977, nr 3–4.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, jesień 2018